Najbardziej fantastyczna plotka głosi, że jeśli do zwycięstwa koalicji w przyszłorocznych wyborach konieczna byłaby zmiana premiera, Magdalena Sobkowiak-Czarnecka ma być na krótkiej liście następców Tuska.
Długi korytarz na pierwszym piętrze kancelarii premiera. Tutaj gabinety mają wicepremierzy, by poza swoimi resortami mogli pracować także w pobliżu premiera. Czwarty gabinet po prawej miał należeć do Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, ale nie doczekała się awansu i mosiężna tabliczka na drzwiach ogłasza, że urzęduje tu Magdalena Sobkowiak-Czarnecka. To nowa żelazna dama Donalda Tuska. Oficjalnie pełnomocniczka rządu do spraw instrumentu na rzecz zwiększenia bezpieczeństwa Europy. Po ludzku „pani od czołgów”, czyli wdrażania SAFE.
— Jak już ma gabinet Pełczyńskiej, to może dostać też i jej tekę, prawda? — złośliwie komentuje polityk KO.
Pełczyńska-Nałęcz w swoim resorcie funduszy i polityki regionalnej też miała narzędzie do budowania swojej politycznej pozycji: Krajowy Plan Odbudowy. Tyle że KPO jest już passé. Aferki, niejasności i wydłużające się procedury sprawiają, że Polacy już nie widzą i nie wiedzą, na co właściwie te pieniądze poszły. Na topie jest teraz SAFE, a nic nie robi tak dobrze politykom jak zdjęcia na tle sprzętu wojskowego, żołnierskich mundurów i powiewającej biało-czerwonej. Narracja jest narodowo-patriotyczna (inwestujemy w polski przemysł), ale jednocześnie prounijna (nie byłoby tych środków, gdyby nie przynależność do Wspólnoty) i na dodatek huraoptymistyczna (armia rośnie w siłę).
— Trzeba przyznać, że Magda się w tym odnalazła — mówi jeden z polityków PSL, który nie należy do entuzjastów pełnomocniczki rządu. — Ale to samograj jest, jakkolwiek by się starała, to nie da się tego zepsuć — dodaje złośliwie.
Sama o sobie mówi, że jest perfekcjonistką: — Nie odpuszczam, bo wszystko musi być zrealizowane na sto procent.
Politycy, którzy pracowali z Magdaleną Sobkowiak-Czarnecką, twierdzą, że jest chorobliwie ambitna i będzie dążyć do celu bez względu na wszystko. I że mocno weszła jej w krew narracja: „osiągnęłam sukces i nikt mi go nie zabierze”.
Od tygodnia pani minister jest pod ochroną Żandarmerii Wojskowej, bo w wyznawcach PiS budzi skrajne emocje. Ale jest w tym również element kreowania wizerunku. Tak samo jak jej czerwone garnitury odbijające się na tle mundurów i stali pancernej.
Kim jest Magdalena Sobkowiak-Czarnecka?
Rocznik 1984, Poznanianka. Absolwentka Wydziału Gospodarki Międzynarodowej Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. Skończyła też studia podyplomowe z zarządzania i dyplomacji w Collegium Civitas w Warszawie.
Była dziennikarką w lokalnym radiu w Poznaniu, potem w Polsacie i TVP. Zawsze chciała zajmować się polityką, przede wszystkim tą zagraniczną. Relacjonować wizyty prezydenta i premiera, obsługiwać duże międzynarodowe imprezy, co wielu dziennikarzom telewizyjnym kojarzy się z prestiżem.
— Była skoncentrowana na sobie, szła po trupach do celu, nie stroniła od intryg — wspominają ją dawni koledzy z TVP. I opowiadają, jak nie wiadomo skąd nagle wylądowała w Brukseli, zastępując tam wieloletnią korespondentkę TVP.
Miała dojścia do polityków. — W Brukseli mniej widać. Spotkania dziennikarzy z politykami są chyba nawet bardziej towarzyskie niż w Warszawie i nie budzą takiego zdziwienia. I Magda z tego korzystała — opowiadają byli korespondenci z Brukseli.
Odeszła z telewizji, kiedy na Woronicza nastał Jacek Kurski, ale do Warszawy nie wróciła. Znalazła pracę w Komisji Europejskiej, pisała przemówienia komisarzom i nauczyła się, jak działa Unia.
— Podczas polskiej prezydencji i teraz przy negocjowaniu SAFE spotykałam ludzi, z którymi pracowałam wtedy w Brukseli, bo tam też zajmowałam się obronnością — mówi nam pełnomocniczka ds. SAFE.
Została mamą, córka miała już 1,5 roku i w pewnym momencie Bruksela Sobkowiak-Czarnecką znudziła. Chciała wrócić do Polski i zajmować się bardziej żywą polityką, a nie tylko pracą na zapleczu. Ułatwił jej to Władysław Kosiniak-Kamysz. Została jego doradczynią od wizerunku, od komunikacji, a w 2020 r. szefową jego kampanii w wyborach prezydenckich.
— Sukces to nie był — złośliwie uśmiechają się ludowcy, ale uczciwie przyznają, że Sobkowiak-Czarnecka poświęciła kampanii wiele tygodni i naprawdę ciężko pracowała. Bardzo osobiście przeżyła porażkę swojego kandydata. Nie tłumaczyła się: „to nie moja wina, co mogłam zrobić”, tylko naprawdę się załamała, że nie dowiozła wyniku.
Tusk był wkurzony
Została z PSL i w 2023 r. była murowaną kandydatką na posłankę. Ku zdziwieniu wszystkich nie dostała jednak biorącego miejsca w rodzinnym Poznaniu. — Chyba trochę było tak, że koledzy zadziałali — śmieją się polityczki KO. — Bycie kobietą w polityce jest trudne, a bycie kobietą w PSL jest bardzo trudne.
Zamiast działać w strukturach ludowców, Sobkowiak-Czarnecka założyła organizację Kobiety w Centrum. Działają od pięciu lat i mają ponad tysiąc członkiń w całej Polsce. To nie jest organizacja stricte polityczna, tylko wspierająca ambicje kobiet, ale w Sejmie są trzy posłanki z nią związane.
Po wyborach 2023 r. została bez przydziału. Nie dość, że bez poselskiego mandatu, to bez wystarczająco mocnych pleców wśród ludowców, żeby dostać konkretną posadę. Pomogły kontakty z KO, które nawiązała wcześniej. Zwłaszcza z Pawłem Grasiem, jednym z najbliższych od lat ludzi premiera, którego poznała, pracując w Brukseli. Została wciągnięta do zespołu Adama Szłapki i przejęła częściowo organizację polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. Właśnie w tym czasie powstawał program SAFE, ale polska prezydencja się skończyła i po 1 lipca zeszłego roku Sobkowiak-Czarnecka znów została bez konkretnego planu na przyszłość. Miała ponoć obietnicę, że zostanie wiceministrą spraw zagranicznych, ale jak słyszymy, jej nominacja leżała kilka tygodni na biurku premiera i nie doczekała się podpisu.
— To był taki moment, że Tusk był wkurzony na cały świat. Miał pretensje do Rafała, bo przegrał wybory na prezydenta, do Sikorskiego, bo pojawiały się głosy, że mógłby wygrać. A jeszcze wybuchła dyskusja, że należałoby wymienić premiera, i zabierali w niej głos PSL-owcy, więc uznał, że nie podpisze awansu Magdy — wspomina polityk KO związany z dyplomacją.
Sobkowiak-Czarnecka stała się potrzebna
Wściekłość kierownika jednak minęła, a znajomość unijnych mechanizmów i programu SAFE sprawiła, że Sobkowiak-Czarnecka stała się Tuskowi potrzebna. Trzeba było sprawnie zarządzać wydawaniem wyszarpanych z Unii pieniędzy, a kobieca twarz polskiego bezpieczeństwa wpisuje się także w wizerunkowy plan premiera. Ale początkowo była to twarz urzędniczki, a nie polityczki. Pełnomocniczka miała być raczej tą, która precyzyjnie zapisuje cyferki w Excelu i towarzyszy tylko panom politykom na zdjęciach na tle armatohaubic i dronów.
Ani premier, ani wicepremier Kosiniak nie przewidzieli jednak, że Sobkowiak-Czarnecka ma dziennikarski background, który pcha ją do publicznych występów. Czy jest to Telewizja Republika, czy TVN, pójdzie wszędzie. I nie daje sobie w kaszę dmuchać. Merytoryczna, przygotowana, mówi jasno i zdecydowanie. Wyborcy koalicji 15 października zobaczyli w niej energię, od dawna niewidzianą w „starych” politykach.
Nagle przestała być urzędniczką i zaczęła coraz ostrzej atakować otoczenie prezydenta i PiS. — Chyba poczuła się oszukana wetem Nawrockiego — mówi nam jej współpracownik. — Latała do pałacu prezydenckiego, przekonywała Cenckiewicza i Boguckiego, tłumaczyła wszystko, co chcieli wiedzieć, a na koniec prezydent i tak powiedział „nie”.
Podpadli jej też niektórzy generałowie, którzy nie mieli pewności, czy SAFE im się podoba i czy naprawdę listę zakupów dla armii mają przekazać kobiecie. Początkowo nawet trochę dworowali, że nie odróżnia Rosomaka od Borsuka, ale im przeszło, kiedy okazało się, że tym razem armia naprawdę dostanie, o co prosi.
Sobkowiak-Czarnecka ma jednak momenty, kiedy widoczny jest brak politycznego doświadczenia. W Stalowej Woli, gdzie pojechała ogłosić, że właśnie zakontraktowano 60 mld na sprzęt w tym jednym zakładzie, jej wystąpienie stało się wiralem w internecie. A wszystko przez emocjonalne zakończenie:
— Jestem bardzo wzruszona, bo to jest sześć miesięcy trudnej pracy. Córeczko, wiem, że nie było mnie w domu w Dzień Matki — mówiła. A potem jeszcze dodała: — Nie wybaczę tym, przez których czytasz i boisz się, czy mama nie pójdzie do więzienia. Do żadnego więzienia nie idę. Buduję bezpieczną i silną Polskę. Polskę SAFE.
— Za dużo emocji — komentują politycy rządzącej koalicji. — Pokazała, że można ją trafić i że ją to dotyka. Że nie dorosła do poważnej politycznej wojny. No i teraz dostanie w socialach, bo przecież nikt nie będzie się zastanawiał, że nie wypada dowalić, bo kobieta, bo dziecko.
Bycie paprotką jej nie odpowiada
– Dostałam pytanie, kim chciałabym być, gdybym mogła wybrać. Odpowiedziałam, że prezydentem Stanów Zjednoczonych, bo chciałabym mieć realny wpływ. No, ale nie urodziłam się w Stanach i trzeba wybrać coś innego — śmieje się pełnomocniczka ds. SAFE.
Jej problemem jest kompletny brak politycznego zaplecza, ale rola paprotki ustawionej przez kierownika dla przyciągnięcia wzroku wyborców na pewno jej nie odpowiada. Na scenie politycznej pojawiło się nawet kilka dość fantastycznych plotek na jej temat. Pierwsza głosi, że Sobkowiak-Czarnecka miałaby dostać stanowisko wicepremiera, i to do spraw bezpieczeństwa. Sęk w tym, że PSL, dla którego byłby to policzek, bo na obronie kraju buduje swój wizerunek Kosiniak-Kamysz, w ogóle się tą plotką nie przejmuje. Donald Tusk na razie przynajmniej nie zamierza im go wymierzać.
Plotka numer dwa jest jeszcze bardziej fantastyczna — według niej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka ma być planem B Donalda Tuska na przyszłoroczną kampanię wyborczą. Niektórzy mówią nawet, że jeśli kierownik dojdzie do wniosku, że potrzebna jest zmiana premiera, żeby wygrać, to właśnie pełnomocniczka ds. SAFE znajdzie się na jego krótkiej liście potencjalnych kandydatów.
— Odkładając na bok wszystkie wątpliwości, popatrzmy na plusy. Jest nowa, nie opatrzyła się jeszcze wyborcom, nasz elektorat jest nią zachwycony, na razie ma tylko pozytywną historię „kobiety, która wydaje miliardy na czołgi”. To jest jej największy atut — mówią politycy KO. Zwłaszcza że Donald Tusk szuka od jakiegoś czasu kobiety, która mogłaby być następną liderką partii. Barbara Nowacka po 2,5 roku w resorcie edukacji zdążyła zirytować rodziców, uczniów i nauczycieli, i to bez względu na ich partyjne sympatie. Więcej wyrazistych polityczek, które mogłyby bez szkody dla partii stanąć na czele rządu, nie ma.
— To jest jej zaleta, że nigdy tak naprawdę do partii nie należała. Była związana z PSL, ale wciąż jako niezależna ekspertka, a nie działaczka. Oficjalnie nie jest w polityce i nie ma się do niej jak przyczepić — mówią politycy KO. Ale od razu prostują, że na razie te wszystkie plotki o nowych stanowiskach dla Sobkowiak-Czarneckiej faktycznie mają swoje źródło w kancelarii premiera, ale raczej w okolicy gabinetu pełnomocniczki, a nie w otoczeniu premiera.





