Harlan Coben sprzedał ponad 100 mln książek, a jego powieści regularnie trafiają na ekrany. W rozmowie z „Newsweekiem” opowiada o tym, dlaczego nie myśli osobno o fabule i bohaterach, co dały mu seriale Netfliksa, dlaczego nie korzysta ze sztucznej inteligencji i skąd w „Nie ma głupich” wziął się bohater, którego książka odziedziczyła po ekranizacji.
„Newsweek”: Do pisarzy zazwyczaj najpierw przychodzi bohater, konkretne działanie albo motyw. I od tego zaczynają pisać książkę. A pan jest znany z tego, że na proces pisania patrzy holistycznie. Co to właściwie znaczy?
Harlan Coben: Ostatnio sporo o tym myślę, bo niedługo ukaże się moja książka o pisaniu, „Plot Twist”. Jej główna idea jest taka, że ludzie często próbują oddzielić od siebie fabułę, bohatera i miejsce akcji. A według mnie to wszystko powinno być jednym.
Kiedy tworzę bohatera, zwykle robię to poprzez fabułę, przez coś, co się wydarza. Jeśli powiem: Ola jest dziennikarką — to jest charakterystyka. Ale jeśli pokażę Olę, która robi coś, co ujawnia, że jest dziennikarką, wtedy fabuła i bohater istnieją razem. Bohater rozwija się przez fabułę, a sposób, w jaki reaguje, zmienia fabułę.
Czyli daje się pan prowadzić bohaterom?
— Kiedy zaczynałem pisać historię Kierce’a, czyli bohatera mojej najnowszej książki „Nie ma głupich”, wiedziałem, że zobaczy kobietę, która wygląda jak jego dawna dziewczyna, choć ta kobieta powinna nie żyć. Wiedziałem, że to go zatrzyma. Wiedziałem też, czy ona naprawdę żyje, czy nie. Ale nie miałem pojęcia, co dokładnie wydarzy się po drodze.
Gdy napisałem kolejną scenę, w której Kierce po wielu latach spotyka kobietę, zacząłem zadawać sobie pytania: co on teraz zrobi? Pójdzie za nią? Ktoś go zatrzyma? Ona wsiądzie do samochodu? On wsiądzie do samochodu? Tego, rozpoczynając pisanie, nie wiedziałem. Musiałem zacząć myśleć bohaterem. Ale zawsze wiem, gdzie chcę skończyć. To trochę jak podróż samochodem. Jeśli jadę z New Jersey do Los Angeles, wiem, gdzie jest cel, ale po drodze mogę skręcać, zatrzymywać się, jechać inną trasą.
Gdy pisze się thrillery, łatwo się chyba pogubić. Używa pan Excela albo tablicy jak w policyjnym pokoju śledczym?
— Wszystko mam w głowie. Piszę dużo ręcznie, zawsze mam przy sobie coś do pisania — notes i dziesiątki różnych długopisów. Przez większość życia pisałem w kawiarniach, bibliotekach, restauracjach, miejscach publicznych. Lubię biały szum, mogę pisać właściwie wszędzie.
Jak pan odpoczywa?
— Jeden z najbardziej znanych polskich autorów kryminałów Wojciech Chmielarz mówił mi, że nie ogląda horrorów, a w środku ma duszę jak różowy kwiatek.
Też nieszczególnie przepadam za horrorami. Większość ludzi ma jakieś kreatywne hobby: ktoś maluje, ktoś gotuje, ktoś coś kolekcjonuje. Ja nie mam nic takiego. Nie lubię niczego innego tak bardzo jak pisania. To mi pomaga, bo w pewnym sensie odpoczywam, wykonując swoją pracę.
Dlaczego miałbym malować, skoro mogę wymyślać historie? Nie kupuję rzeczy, nie zbieram rzeczy, nie tworzę rękodzieła ani nie gotuję. Właściwie cały czas myślę o opowieściach.
Mieszkam blisko Central Parku. Kiedy idę na spacer, patrzę na ludzi i zadaję sobie pytania: jakie są nadzieje i marzenia tej osoby? Czy się spełniły? Czy wciąż je ma? Co się z nimi stało? W ten sposób zaczynam budować historie.
„Nie ma głupich” jest powiązane z „Już mnie nie oszukasz”, a właściwie z serialową wersją tej historii. Adeel Akhtar zagrał Kierce’a tak wyraziście, że zmienił pan nawet imię bohatera w książce. Zwykle ekranizacja podąża za książką, a tutaj książka odpowiada ekranizacji.
— To prawda, nie wiem, czy coś takiego zdarzyło się wcześniej. Adeel Akhtar jest wspaniałym aktorem. Był tak dobry w tej roli, że bardzo go polubiłem. W serialu stworzyliśmy dla niego cały dodatkowy wątek, którego w książce było niewiele.
Pomyślałem wtedy o tej postaci: co dalej się z nią dzieje? Gdzie jest teraz? Jaka jest jej historia? W serialu „Już mnie nie oszukasz” Kierce traci pracę, rozwodzi się, jest wypalony. Zacząłem się zastanawiać: co stanie się z nim teraz? I tak pojawiła się ta książka.
Okładka książki „Nie ma głupich”
Foto: Wydawnictwo Albatros
Ma pan duży wpływ na ekranizacje swoich książek. To jednak także wizja reżysera i aktorów. Czy trudno jest puścić historię w cudze ręce?
— Mniej, niż mogłoby się wydawać. Kiedy piszę książkę, jestem wszystkim: reżyserem, aktorem, światłem, kamerą, dźwiękiem. Jestem trochę dyktatorem — wszystko jest moje.
Kiedy robimy adaptację, oddaję historię innym ludziom. I to jest wspaniałe. Na przykład w Polsce stworzyłem postać Grety, ale Maria Dębska zagrała ją inaczej, reżyser poprowadził to inaczej. To nie było dokładnie to, co miałem w głowie, kiedy pisałem. Ale było świetne, może nawet lepsze.
Czy kiedy pisze pan nową książkę, myśli pan czasem obrazami, scenami, rytmem serialu?
— Nie. Widzę historię wizualnie, ale nie myślę w ten sposób. To najgorsze, co można zrobić. Książka jest książką, a serial telewizyjny jest serialem telewizyjnym. To nie jest to samo i nie powinno być. Książka jest bardziej wewnętrzna, pozwala wejść do głowy bohatera, serial działa w medium wizualnym. Jeśli piszesz książkę z myślą: „to będzie świetny serial”, to jesteś skończony. Ja chcę napisać najlepszą możliwą książkę. Dopiero potem martwię się tym, czy stanie się serialem.
Jednym z najmocniejszych wątków nowej powieści jest zniknięcie Victorii Belmond — dziewczyny z bardzo bogatej rodziny, która wychodzi z sylwestrowej imprezy tuż przed północą i znika na 11 lat. Co bardziej pana interesowało — samo pytanie, co się z nią stało, czy to, jak rodzina, pieniądze i status potrafią zaciemniać prawdę?
— Mam nadzieję, że wszystko naraz. Mam nadzieję, że to jest opowieść o niej, o jej rodzinie, o jej życiu. Kluczem do dobrego thrillera jest to, żeby nie mieć tylko jednej warstwy. Owszem, jest zagadka i znam jej rozwiązanie. Ale jeśli zagadka nie ma emocjonalnego elementu, jeśli nie ma w niej rodziny, relacji, wtedy nie działa jak pełna powieść.
Często mówi się o moich książkach, że są szybkie, że są jak rollercoaster. I cieszę się z tego. Ale rollercoaster nie ma sensu, jeśli nie zależy nam na ludziach, którzy nim jadą. Czytelnik musi naprawdę chcieć odpowiedzi nie tylko dlatego, że to dobra łamigłówka, ale dlatego, że to wydaje się prawdziwe.
W książce pojawia się też satyra na świat wellness i pogoń za pięknem: kroplówki, zabiegi o nazwach Super Odporność, Beauty Boost, Elite Energy, Hydro Shot. Takie miejsca naprawdę istnieją?
— Oczywiście, jestem pewien, że w Warszawie też je znajdziesz.
Zawsze szukam sposobu, żeby scena była ciekawsza. To jest przykład tego, co wcześniej mówiłem o holistycznym podejściu. Miejsce, w którym bohaterowie rozmawiają, mówi coś o ich charakterach i zmienia fabułę, to nie jest tylko dekoracja. Ta sytuacja informuje nas o postaciach.
Napisałem prawie czterdzieści książek, więc zawsze szukam nowych miejsc, które będą dla mnie ciekawe do eksplorowania, a dla czytelnika ciekawe do czytania. A jeśli mogą przy okazji opowiedzieć kawałek świata, który znamy z naszej rzeczywistości — to świetnie.
Co teraz przed panem?
— Dużo się dzieje. Na Netflix trafi serial „I Will Find You”, oparty na mojej książce, z Samem Worthingtonem, Britt Lower i Milo Ventimiglią. Netflix zaczyna też pracę nad serialem o Myronie Bolitarze. „W głębi lasu”, które miało już polską adaptację, będzie realizowane w nowej wersji przez Netflix UK. „Plot Twist” będzie moją pierwszą książką non-fiction — opowieścią o pisaniu i tworzeniu. Zdradzę ci newsa! Pracuję też z Marią Dębską nad anglojęzycznym filmem dla Netfliksa. Maria przyszła do mnie z bardzo ciekawym pomysłem i wspólnie go rozwijamy.
Chciałabym zapytać o sztuczną inteligencję. W Polsce dużo mówiło się ostatnio o tym, że Olga Tokarczuk korzysta z AI. Czy boi się pan, że pisarze będą używać sztucznej inteligencji do pisania książek?
— Nie boję się, bo będzie, co będzie. Patrzę na to jak na wyzwanie. Myślę: dobrze, będę musiał być jeszcze lepszy.
Sam nie używam AI, bo jeszcze jej nie rozumiem. Nie wiem, jak miałaby mi pomóc. Mam nadzieję, że jeśli weźmiesz jedną z moich książek i otworzysz ją na dowolnej stronie, usłyszysz mój głos. Nie sądzę, żeby komputer albo AI potrafiły go naśladować.
Lubię podawać przykład malarstwa. Jeśli maluję, częścią miłości do malowania jest to, że sam maluję. Nie rozumiem, jaki sens miałoby oddanie tego maszynie.
Dla mnie to niezwykle istotne — wiedza, że za książką stoi człowiek. Mam wtedy wrażenie, że mogę prowadzić rodzaj dialogu z autorem.
— Tak, kiedy czytasz książkę, rozmawiasz z autorem. Czasem z kimś, kto już dawno nie żyje. Być może AI stworzy kiedyś dobrą historię, może nawet świetną, ale myślę, że jest pewien rodzaj chłodu, jeśli za tekstem stoi maszyna. Dla mnie pisanie nadal jest próbą nawiązania kontaktu z drugim człowiekiem — i nie chciałbym jej tego oddawać.





