„Mąż bardzo dużo czasu poświęcał na to, żebym ja przypadkiem nie wykryła jego picia. Tu już mówię o alkoholu mocnym, bo piwo cały czas traktował jak zwykły napój. No a później pojawiła się agresja słowna. Mówił, że się czepiam, żebym dała mu spokój, żebym się od niego odczepiła. Z czasem przestał się kontrolować, zaczęły się moczenia nocne, i nie tylko nocne, wymioty. To już było takie destrukcyjne picie” — czytamy w książce „Współuzależnione” Marka Sekielskiego.
Marek Sekielski: Ile czasu minęło od jego powrotu z Norwegii, zanim poszłaś na terapię?
B: — Trzy lata, może trochę więcej.
I ten czas wystarczył, żeby wykształcił się u ciebie syndrom współuzależnienia?
— Tak, myślę, że tak. Bagatelizowanie i umniejszanie problemu alkoholowego przez męża i moja ogromna determinacja, aby mu udowodnić, że jednak problem istnieje, były tego początkiem.
A co było takim momentem zwrotnym? Kiedy stwierdziłaś, że naprawdę masz już dość jego picia?
— Po jakimś roku od powrotu z Norwegii stracił pracę w ochronie. Była duża reorganizacja, sporo ludzi zostało zwolnionych. Została mu działalność, ale ją też prowadził już niedbale, bo pił. Tak że było widać, że zaniedbuje także swoją pracę. Siłą rzeczy pieniędzy też było mniej.
Wróćmy jeszcze do jego wypadku. Bo on nie miał nic wspólnego z piciem?
— Nie jestem tego pewna. Nie było mnie wtedy w domu, wyjechałam z dziećmi na wakacje. No i dostałam telefon od szwagra, że mój mąż spadł ze schodów na klatce schodowej i połamał kręgosłup. Dziś myślę, że to wielce prawdopodobne, że był pijany, bo jego tłumaczenia były takie mętne. Zresztą w dokumentacji z pogotowia była uwaga, że znajdował się pod wpływem alkoholu. Oczywiście zapytałam go, jak to było. Sprzedał mi bajeczkę, że niby jak wzywał pogotowie, powiedział im, że został pobity przez kolegów przy alkoholu, żeby szybciej przyjechało.
Kulisy pałacu
Foto: Newsweek
Uwierzyłaś w to?
— Tak. To były czasy, kiedy jeszcze byliśmy dobrym małżeństwem i ja mu po prostu ufałam. No i kupiłam tę bajkę. Wtedy jeszcze nawet nie podejrzewałam, że on może mieć jakieś problemy. A dzisiaj myślę, że to już były początki. Na pewno były sporadyczne incydenty z alkoholem, które zdarzały się tylko podczas mojej dłuższej nieobecności, w wielkiej tajemnicy przed rodziną i znajomymi. Klasyczne „zerwanie się z łańcucha”, ale też duże poczucie wstydu.
No i co się stało, że w końcu trafiłaś na terapię?
— Tak naprawdę to był przypadek. Byłam w poradni rejonowej i wpadł mi w oczy plakat informujący o poradniach antyalkoholowych. Jakoś do mnie przemówił. Spisałam z niego numer i zadzwoniłam. Bo mi już naprawdę jego picie przeszkadzało. Muszę też wspomnieć, że mój tata, który był z zawodu elektrykiem i różne tak zwane fuchy robił, też czasem pił, bo wszędzie, gdzie szedł, stawiali jakąś butelczynę. Moja mama bardzo to przeżywała, cierpiała z tego powodu, nie znosiła alkoholu i nie znosiła, jak tata był pod wpływem – i my z siostrą to widziałyśmy. Jako dzieci nie odczuwałyśmy tego, bo tata nigdy nie podniósł na nas ręki, nie zrobił nam żadnej krzywdy – ani fizycznej, ani słownej, ale widziałyśmy, jak to wpływa na mamę, jak bardzo się denerwuje. Szczęście w nieszczęściu, bo u taty wykryli raka, więc on po prostu przestał pić, nie zdążył się uzależnić.
W każdym razie ja jakoś zawsze wiedziałam, że alkohol to jest zło. No więc zadzwoniłam pod numer z tego plakatu, żeby się dowiedzieć, jak pomóc mężowi, jak go nakłonić do leczenia. Pani z poradni zaprosiła mnie na rozmowę. Poszłam, porozmawiałyśmy i ona mi uświadomiła, że oprócz tego, że on potrzebuje pomocy, to dobrze by było, żebym ja też sobie pomogła. Ta pierwsza rozmowa to był taki rodzaj testu, który miał pokazać, czy ja jestem współuzależniona. Oczywiście okazało się, że jestem, że mam typowe zachowania: próba kontroli, myślenie przez cały dzień o tym, jak to będzie, gdy wrócę do domu, czy on jest trzeźwy czy pijany, wszystko kręciło się wokół alkoholu. Przy kolejnym spotkaniu pani z poradni miała zdecydować, jaka forma terapii będzie dla mnie najlepsza. Poprosiła też, żebym przyjechała z dziećmi w celu sprawdzenia, czy one są DDA.
No i co wyszło?
— Wtedy wyszło, że jeszcze nie są. Ale ja umówiłam się na terapię. To była terapia grupowa z innymi współuzależnionymi kobietami. No i chodząc na tę terapię i słuchając tych historii, robiłam coraz większe oczy, szczęka mi opadała, bo naprawdę dopiero tam dowiedziałam się, co to jest uzależnienie, z czym to się je, jak się zachowuje osoba uzależniona, jakie są mechanizmy. I dowiadywałam się, co ja mogę zrobić. Te kobiety opowiadały swoje historie, a ja później wracałam do domu i te same zachowania były u mnie.
A jakie to były zachowania?
— Na początku to wspomniane już zapieranie się, bagatelizowanie i tak dalej. Później było skupianie się na chowaniu alkoholu za wszelką cenę. Mąż bardzo dużo czasu poświęcał na to, żebym ja przypadkiem nie wykryła jego picia. Tu już mówię o alkoholu mocnym, bo piwo cały czas traktował jak zwykły napój. No a później pojawiła się agresja słowna. Mówił, że się czepiam, żebym dała mu spokój, żebym się od niego odczepiła. Z czasem przestał się kontrolować, zaczęły się moczenia nocne, i nie tylko nocne, wymioty. To już było takie destrukcyjne picie. Gdzieś się przewrócił, połamał sobie żebra. Działalność kompletnie zaniedbał – klienci się dobijali, dopytywali, bo wziął jakąś zaliczkę, a nie zrealizował usługi albo w nieskończoność wydłużał termin wykonania. Raz przyjechali jacyś ludzie do nas do domu, walili w drzwi, kopali, wyzywali go. A jak otworzył, praktycznie wywlekli go z mieszkania, pijanego, w kapciach, kazali mu wsiadać do samochodu i jechać do warsztatu, żeby im pokazał, czy zrobił dla nich obiecane schody. Dla mnie i dzieci to była wielka trauma. Mąż i ojciec spowodował, że obcy ludzie brutalnie zakłócili nasz spokój i wpakowali się w nasze życie. I to nie byli mili panowie. Po tym incydencie mąż ze strachu odstawił alkohol. Ponieważ zrobił to raptownie, skończyło się drżeniem mięśni i potliwością. To był jego pierwszy zespół abstynencyjny, który wystraszył go nie na żarty, bo potem przez miesiąc nie tknął alkoholu.
Dziewczynki to widziały?
— Słyszały. Schowałyśmy się w pokoju, ale było wszystko słychać. Była też taka sytuacja, że kolega, też stolarz, z którym mąż pracował wcześniej przez wiele lat, potrzebował pomocy i namówił męża, żeby pojechał z nim na Litwę, bo tam było jakieś ważne zlecenie, trudne do zrealizowania. W Polsce robili elementy stolarskie i później mieli to wszystko zabrać na Litwę i zamontować. Już nawet nie pamiętam, co to było. W dniu, kiedy mieli jechać, ten kolega po niego przyjechał, a mój mąż oczywiście był pijany, nieprzytomny praktycznie. No i ten kolega też w zasadzie na siłę postawił go na nogi. Był szybki prysznic, głowa pod zimną wodę i tak dalej – i jakoś go zabrał na tę Litwę. Dla mnie to był wstyd, bo myśmy się z tym chłopakiem znali, przez wiele lat się przyjaźniliśmy. Dla niego to też była nowość, że mój mąż ma taki problem z alkoholem. No i tak się skończyła ta przyjaźń. Do takich sytuacji coraz częściej dochodziło, do zawalania wszystkiego, wszędzie i na okrągło.
A mąż wiedział, że chodzisz na terapię?
— Tak, wiedział. Zresztą właśnie moja terapeutka wpadła na pomysł, żeby zrobić tak zwaną interwencję. Miało to polegać na tym, że przyjedzie do niego jego rodzina, bo to są osoby, z których zdaniem on się jeszcze liczył. Dla niego rodzina była dość istotna, budziła w nim respekt. No więc chodziło o to, żeby oni z nim porozmawiali, namówili go, żeby poszedł na jedno spotkanie dla uzależnionych i sprawdził, czy ma problem z alkoholem. No i przyjechała chyba wtedy czwórka jego rodzeństwa. Wszyscy mieliśmy mu powiedzieć o naszych emocjach, co czujemy, kiedy on nadużywa alkoholu, tak żeby miał świadomość, że na nas to też wpływa. Ja i córki tak zrobiłyśmy, nawet spisały śmy sobie na kartce, żeby niczego nie zapomnieć. Natomiast jego rodzeństwo nie do końca odrobiło tę lekcję. Głównie mówili, że się martwią i niepokoją.
Pamiętasz, co ty mu powiedziałaś?
— Pamiętam. Powiedziałam, że czuję się opuszczona, że tak jak kiedyś tworzyliśmy rodzinę i wspieraliśmy się nawzajem, tak teraz nie czuję już tego wsparcia, nie czuję się zaopiekowana, jestem osamotniona, nie mogę na niego liczyć i tracę do niego zaufanie. Mówiłam też, że niepokoję się o niego, ale bardziej chodziło mi o to, żeby zaakcentować moje samopoczucie. Efekt tego spotkania był taki, że mąż zgodził się pójść ze mną na spotkanie z psychologiem, choć oczywiście uważał, że nie ma żadnego problemu. Ale jak nadszedł dzień wizyty, zmienił zdanie. Powiedział, że to nie jest jego sprawa, tylko moja, że skoro sobie wymyśliłam problem z alkoholem, to mam się w to bawić sama.
Fragment książki „Współuzależnione” Marka Sekielskiego wydanej przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Tytuł, lead i skróty od redakcji „Newsweeka”. Książkę można kupić tutaj.
Wspoluzaleznione
Foto: Wydawnictwo Prószyński
