Rosjanie ponoszą straty większe niż w ostatnich miesiącach. Oddziały szturmowe, zwłaszcza złożone z byłych skazańców, zmobilizowanych i żołnierzy kontraktowych przeznaczonych do natarć, bardzo rzadko pozostają na pierwszej linii dłużej niż kilka dni. Brytyjski wywiad ocenił, że średnia długość życia rosyjskiego żołnierza, który pierwszy raz trafił na pierwszą linię, wynosi 20-30 minut.
Po kolejnych ogłoszeniach o zdobyciu Konstantynówki Rosjanie skoncentrowali działania bojowe już nie na efektach propagandowych, lecz na stopniowym rozszerzaniu strefy, którą kontrolują, oraz odcinaniu ukraińskiej logistyki. Przez co nie doszło do przełamania obrony, ale Rosjanie utrzymywali wysokie tempo natarć, zmuszając Ukrainę do nieustannego przerzucania odwodów.
Zamiast frontalnego szturmu na całą Konstantynówkę, kolejne grupy szturmowe próbowały poszerzać wyłomy na obrzeżach miasta oraz wychodzić na tyły ukraińskich pozycji. Największą aktywność odnotowano na południe i południowy zachód od miasta, gdzie niewielkie oddziały piechoty wspierane przez drony FPV oraz bomby szybujące starały się zmusić Ukraińców do wycofywania kolejnych punktów oporu. Rosjanie nadal wykorzystują do tego niewielkie grupy liczące po kilku żołnierzy, które po przedostaniu się do zabudowy były wzmacniane kolejnymi falami piechoty.
Rosjanie przy tym ponoszą bardzo duże straty. Większe niż w ostatnich miesiącach. Rosyjskie oddziały szturmowe, zwłaszcza złożone z byłych skazańców, zmobilizowanych i żołnierzy kontraktowych przeznaczonych do natarć, bardzo rzadko pozostają na pierwszej linii dłużej niż kilka dni. Według relacji ukraińskich żołnierzy oraz analiz ISW, podczas szczególnie intensywnych walk pierwsza fala szturmowa bywa wymieniana już po 24–72 godzinach. Po takim czasie oddział po prostu przestaje istnieć jako zdolna do walki grupa z powodu strat i jego miejsce zajmuje kolejny.
Rosyjskie dowództwo stosuje obecnie tzw. rotację ciągłą. Nie wycofuje jednocześnie całych batalionów. Zamiast tego sukcesywnie dosyła kilku- lub kilkunastoosobowe grupy, które zastępują poległych i rannych. Dzięki temu nacisk na ukraińskie pozycje trwa praktycznie bez przerwy. Ukraińscy dowódcy wielokrotnie opisywali sytuacje, w których po zniszczeniu jednej rosyjskiej grupy już po kilkunastu lub kilkudziesięciu minutach pojawiała się następna. Brytyjski wywiad ocenił, że średnia długość życia rosyjskiego żołnierza, który pierwszy raz trafił na pierwszą linię wynosi 20-30 minut.
Frontowa stagnacja
Rosjanie skoncentrowali większość swoich sił i środków na wąskim odcinku frontu pod Konstantynówką, przez co na pozostałych odcinkach zapanował względny spokój. Mimo że Rosjanie opanowali już Pokrowsk, nie udało im się rozwinąć sukcesu operacyjnego na zachód.
Zamiast tego próbują poszerzać wyłom na północ i północny wschód, aby zagrozić ukraińskim liniom zaopatrzenia prowadzącym w stronę Dobropola i Konstantynówki. Ukraiński Sztab Generalny regularnie informuje o ok. 30 kontaktach bojowych dziennie. To znaczny spadek w porównaniu do kwietnia, gdzie miało miejsce ok. 60 kontaktów bojowych.
Na kierunku zaporoskim jest ich jeszcze mniej — ok. 15-20 dziennie na całym froncie. Rosjanie prowadzą niewielkie uderzenia i rozpoznanie bojem w rejonie Orichowa, Hulajpola i Kamiańskiego. Są to jednak działania o ograniczonej skali.
Na pozostałych odcinkach panuje podobna cisza. W rejonie Siwerska Rosjanie od wielu miesięcy wciąż próbują obejść miasto zarówno od północy, jak i południa. Ich celem nie jest już wyłącznie zdobycie samego Siwerska, lecz otwarcie drogi w kierunku Słowiańska od wschodu. Postępy pozostają jednak niewielkie. Ukraińskie umocnienia oraz trudny teren powodują, że każda rosyjska zdobycz mierzona jest w dziesiątkach metrów.
Jedynie pod Łymaniem, gdzie Rosjanie starają się rozszerzyć przyczółki w rejonie rzeki Żerebiec walki stopniowo przybierają na sile. Zdobycie tego miasta pozwoliłoby im zagrozić północnym drogom zaopatrzeniowym prowadzącym do Słowiańska i Kramatorska z obwodu charkowskiego.
Wojna w powietrzu
Po zeszłotygodniowych masowych atakach Rosjanie weszli w tryb oszczędnościowy. W nocy z 17 na 18 lipca rosyjskie lotnictwo i wojska rakietowe przeprowadziły atak z wykorzystaniem 90 bezzałogowców oraz siedmiu pocisków rakietowych — dwóch balistycznych Iskanderów-M, dwóch przeciwokrętowych Oniks oraz trzech pocisków Ch-59/69.
Następnej nocy według ukraińskich sił powietrznych użyto 125 dronów, 25 rakiet balistycznych, 10 hipersonicznych pocisków 3M22 Cyrkon oraz sześciu innych pocisków rakietowych. Głównym celem był Kijów. Alarm lotniczy trwał ponad godzinę, a kolejne fale rakiet nadlatywały z różnych kierunków. Ukraińskie dowództwo poinformowało o trafieniach w 10 lokalizacjach oraz spadających szczątkach zestrzelonych pocisków w 18 kolejnych miejscach.
W kolejnych dniach atakowano cele na południu. Uderzenia na porty w Odessie i Mikołajowie uszkodziły kilka statków handlowych. W Mikołajowie zginęło dwóch ukraińskich członków załogi na pokładzie zagranicznej jednostki, a w jednym z portów obwodu odeskiego trafiony został statek pod banderą Wysp Marshalla. Wybuchł na nim pożar, a czterech marynarzy zostało rannych.
19 lipca rosyjskie pociski manewrujące trafiły masowiec „Golden Leo”, pływający pod banderą Gwinei Bissau, który przewoził kukurydzę i znajdował się u wybrzeży Odessy. Na pokładzie znajdowało się 17 marynarzy z Indii i Syrii oraz ukraiński pilot morski. W chwili ataku statek stanął w płomieniach. Początkowo informowano o co najmniej pięciu ofiarach śmiertelnych i kilku zaginionych, jednak po całonocnej akcji ratowniczej bilans wzrósł do 10 zabitych — dziewięciu członków załogi i ukraińskiego pilota. Osiem osób udało się uratować. Był to najkrwawszy atak na statek handlowy na Morzu Czarnym od wielu miesięcy.
W odpowiedzi Ukraińcy uderzyli w rosyjskie magazyny. Pierwsze ukraińskie uderzenie na rosyjskie centra logistyczne przeprowadzono 18 lipca. Drony zaatakowały magazyny w Kotowsku w obwodzie tambowskim oraz w Elektrostali pod Moskwą. Zginęło co najmniej osiem osób — siedem w Kotowsku i jedna w Elektrostali, a ponad 80 zostało rannych. Najwięcej ofiar było wśród pracowników nocnej zmiany, którzy znajdowali się w halach magazynowych, gdy wybuchły pożary.
Kolejny nalot miał miejsce 22 lipca. Tym razem celem stały się centra logistyczne Wildberries w Krasnodarze i Niewinnomyssku. W obu obiektach doszło do pożarów, a personel został ewakuowany. Według dostępnych informacji nikt nie zginął, choć przez wiele godzin nad magazynami unosiły się gęste kłęby czarnego dymu.
Dobór celów nie był przypadkowy. Magazyn w Elektrostali jest jednym z najważniejszych węzłów logistycznych Wildberries i każdego dnia obsługuje miliony przesyłek. Tego typu obiekty pełnią funkcję centralnych punktów przeładunkowych, od których zależy sprawność całej sieci dystrybucyjnej. Ich czasowe wyłączenie zmusza operatora do przekierowania ogromnej liczby transportów do innych magazynów, zwiększa obciążenie pozostałej infrastruktury i prowadzi do opóźnień w dostawach.
Znaczenie tych ataków wykracza jednak poza zakłócenie działalności największej rosyjskiej platformy handlu internetowego. Według władz w Kijowie przez centra logistyczne Wildberries przechodzą również komponenty elektroniczne oraz inne towary wykorzystywane przez przedsiębiorstwa realizujące zamówienia dla rosyjskiego przemysłu obronnego. Dotyczy to przede wszystkim podzespołów sprowadzanych z Chin, które są następnie wykorzystywane przy produkcji bezzałogowców i innego wyposażenia wojskowego. Dlatego ukraińskie dowództwo traktuje tego rodzaju magazyny jako element zaplecza logistycznego wspierającego rosyjski wysiłek wojenny.
W ubiegłym tygodniu dziennik „Ukraińska Prawda” poinformował, że prezydent Wołodymyr Zełeński nie zgłosi Mychajła Fedorowa na stanowisko ministra obrony w nowym rządzie. Co w zasadzie nie dziwi, ponieważ konflikt z wojskowymi doszedł do takiego poziomu, że sam Zełeński powiedział, że w normalnych warunkach zdymisjonowani powinni zostać wszyscy. Wówczas ze względu na wojnę dostało się tylko Fedorowowi.
Wkroczyła jednak opinia publiczna, z którą — wobec spadającego poparcia — Zełeński coraz częściej się liczy. W Kijowie oraz kolejnych miastach Ukrainy rozpoczęły się demonstracje. Początkowo ich uczestnicy domagali się przywrócenia Fedorowa do resortu obrony. Jednak bardzo szybko pojawiły się również żądania odwołania Syrskiego oraz powierzenia dowodzenia gen. Mychajłowi Drapatemu. Wśród organizatorów znaleźli się również weterani wojny, którzy dali prezydentowi kilka dni na podjęcie decyzji kadrowych.
To właśnie reakcja społeczeństwa okazała się przełomowym momentem. Zełenski znalazł się w sytuacji, w której utrzymywanie dotychczasowego składu personalnego mogło oznaczać dalszy konflikt nie tylko wewnątrz armii, ale również z częścią opinii publicznej. A w ostatnich miesiącach poparcie dla prezydenta spadło do poziomu sprzed wojny. Dlatego ostatecznie zdecydował się na zmianę na stanowisku naczelnego dowódcy.
Jednocześnie prezydent na każdym kroku starał się podkreślić, że dymisja Syrskiego nie przekreśla jego dotychczasowych zasług. Przypomniał, że generał dowodził obroną Kijowa w pierwszych tygodniach pełnoskalowej inwazji, kierował kontrofensywą w obwodzie charkowskim, a później odpowiadał również za operację w obwodzie kurskim. Było to wyraźne pokazanie, że zmiana nie wynika z negatywnej oceny całego okresu jego dowodzenia, lecz z przekonania, że to społeczeństwo oczekuje zmian.
Podobnie sprawa miała się z Fedorowem, któremu — wedle „Ukraińskiej Prawdy” — Zełeński miał zaproponować stanowisko wicepremiera ds. rozwoju technologicznego. Fedorow odmówił. Miał stwierdzić, że nie rozumie powodów odwołania i uważa je za czysto osobiste. Dodał, że po zmianie głównodowodzącego jego ekipa w Ministerstwie Obrony może znów podjąć współpracę.
Gazeta dodała, że dymisja Syrskiego zmieniła również sytuację polityczną. Wraz z jego odejściem zniknął bowiem argument, którym wcześniej Zełenski uzasadniał brak nominacji Fedorowa na stanowisko ministra obrony w nowym gabinecie.
Nowy głównodowodzący
Następcą Syrskiego został gen. mjr Mychajło Drapaty. W ukraińskich siłach zbrojnych od dawna uchodzi za jednego z bardziej rzutkich przedstawicieli młodszego pokolenia dowódców. Walczy od 2014 r., najpierw w obronie Mariupola, a potem na wschodzie Ukrainy. Od 2016 r. dowodził 58. Samodzielną Brygadą Piechoty Zmotoryzowanej. Po pełnoskalowej agresji dowodził na południu, w tym był jednym z oficerów opracowujących plan odbicia Chersonia.
W lutym 2024 r. został mianowany zastępcą szefa Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy odpowiedzialnym za szkolenie wojsk. Kilka miesięcy później powierzono mu dowództwo operacyjno-taktycznego zgrupowania „Charków”, a następnie stanął na czele zgrupowania „Ługańsk”. Po kolejnych roszadach na najwyższych stanowiskach został dowódcą Wojsk Lądowych, a następnie Połączonych Sił.
Jednocześnie jest postrzegany jako oficer znacznie bardziej otwarty na wykorzystanie nowych technologii niż większość starszych generałów. Nieprzypadkowo to właśnie jego nazwisko od wielu miesięcy pojawiało się wśród zwolenników reform jako naturalnego następcy Syrskiego, który mógłby znacznie lepiej współpracować z Fedorowem.
Zełenski poinformował, że uzgodnił z nowym naczelnym dowódcą najważniejsze zadania na najbliższy okres. Wśród nich znalazło się utrzymanie stabilności działań na froncie oraz kontynuowanie programu dalekosiężnych uderzeń i rozwoju środków rażenia średniego zasięgu.
Najbliższe tygodnie pokażą, czy zmiana na stanowisku naczelnego dowódcy będzie jedynie korektą personalną na najwyższych szczeblach, czy początkiem szerszej przebudowy ukraińskich sił zbrojnych. Drapat będzie musiał nie tylko utrzymać ciągłość działań bojowych, ale również zdecydować, czy pozostawi obecny model dowodzenia, czy rozpocznie wymianę części kadry dowódczej. Wiele wskazuje na to, że zmiany będą znacznie głębsze.

