Niesłychane historie możliwe są tylko w dyktaturach, a nie w państwie prawa — tak prof. Tomasz Nałęcz mówi o kuriozalnym okólniku premiera z lipca 1936 r., ustanawiającym kult Edwarda Rydza-Śmigłego.
Okólnik premiera RP Felicjana Sławoja Składkowskiego z 13 lipca 1936 r. formalnie był niskiej rangi pismem administracyjnym. W rzeczywistości zmieniał ustrój państwa: „Zgodnie z wolą Pana Prezydenta RP Ignacego Mościckiego zarządzam, co następuje: Generał Śmigły-Rydz, wyznaczony przez Pana Marszałka Józefa Piłsudskiego, jako Pierwszy Obrońca Ojczyzny i pierwszy współpracownik Pana Prezydenta RP w rządzeniu państwem, ma być uważany i szanowany, jako pierwsza w Polsce Osoba po Panu Prezydencie RP. Wszyscy funkcjonariusze państwowi z prezesem Rady Ministrów na czele okazywać Mu winni objawy honoru i posłuszeństwa”.
Newsweek: Kto wpadł na pomysł tego kuriozum sprzed 90 lat?
Prof. Tomasz Nałęcz: Tego już na 100 proc. nie ustalimy. Być może był to Wojciech Stpiczyński, publicysta i trochę awanturnik medialny, bardzo aktywny przed zamachem majowym, którego Piłsudski odsunął, bo chciał stabilizacji państwa, a nie awantur. Po śmierci Marszałka w 1935 r. Stpiczyński znów wypłynął, tym razem w otoczeniu Rydza-Śmigłego. Ale tak naprawdę to nie jest ważne, kto wpadł na pomysł. W polityce bardzo często jest tak, że główni aktorzy nie wymyślają, tylko akceptują myśl podsuniętą im z boku.
Skłaniam się do reguł obowiązujących w klasycznych kryminałach. Fabuła skomplikowana, mnóstwo tropów i postaci, a na końcu i tak okazuje się, że ten zabił, kto na tym najbardziej skorzystał. W tym przypadku jest podobnie: najbardziej zyskał generał Edward Rydz-Śmigły. Sam okólnika nie wymyślił, bo nie miał temperamentu politycznego. Był wojskowym, przyzwyczajonym do świata rozkazów i regulaminów.
Lipiec 1936. Co to był za czas?
— Czas dyktatury, która była zbudowana wokół jednego człowieka, czyli Piłsudskiego, i przetrwała po jego śmierci. To on o wszystkim decydował, a reszta była tylko fasadą: rząd, Sejm, prezydent.
W dyktaturach znaczenia nie mają stanowiska, tylko człowiek, który decyduje o ich obsadzie. To przecież Piłsudski wyznaczył na prezydenta Ignacego Mościckiego, na szefa rządu — Walerego Sławka, a marszałkiem Sejmu zrobił Kazimierza Świtalskiego.
Rydza-Śmigłego trzymał z dala od polityki. Cenił go, ale jako wojskowego, już od czasów Legionów, a zwłaszcza wojny z bolszewikami. Uważał, że na robieniu polityki kompletnie się nie zna. Zachował się dokument, w którym wprost zapisał, że Rydz-Śmigły w razie wojny może być wodzem, można mu powierzyć najbardziej odpowiedzialne zadania wojskowe, ale nie ma kwalifikacji do kierowania państwem i podejmowania decyzji poza sferą wojskową.
Wtedy w Polsce wszystkie decyzje podejmował osobiście Piłsudski. Jednoosobowo. Tak było aż do jego śmierci.
Co się wtedy zmieniło?
— Nie zostawił politycznego testamentu. W ostatnich dniach życia napisał tylko wytyczne, które dotyczyły jego pochówku. Precyzyjnie określił, jak ma wyglądać jego pogrzeb, że ma być pochowany na Wawelu, a serce ma spocząć w rodzinnym grobie w Wilnie. Mózg — ponieważ był przekonany o swojej genialności — miał służyć badaniom naukowym na wileńskim Uniwersytecie Stefana Batorego.
Okólnik premiera RP Felicjana Sławoja Składkowskiego opublikowany w „Monitorze Polskim”
Foto: Materiały prasowe
Dlaczego nie było tam ani słowa o polityce?
— Historycy się o to spierają. Przecież mimo choroby myślał logicznie i precyzyjnie, co widać w tym osobistym testamencie, choć ręka mu drżała, widać pomyłki językowe. Uważam, że o polityce, choćby w kilkunastu prostych zdaniach, nie chciał świadomie napisać. Obawiał się upokorzenia, że po jego śmierci następcy nie podporządkują się jego woli. I jak widać, miał rację, bo następcy, podejmując decyzje, cynicznie powoływali się na jego autorytet. Bardzo dobrze to widać w tym horrendalnym okólniku podpisanym przez Sławoja Składkowskiego.
Czyli?
— Przecież to kuriozum pod względem prawnym i ustrojowym. Okólnik dotyczył spraw najistotniejszych, a takie powinny być rozstrzygane w dokumencie rangi konstytucyjnej, być może ustawą, a co najmniej uchwałą Rady Ministrów, ale w okólniku?! To okólnik ma rozstrzygać o władzy w państwie? Decydować, kto ma być najbardziej szanowany i być pierwszą osobą po prezydencie?
W dodatku ten okólnik, wydany 13 lipca, trzy dni później ukazał się w „Monitorze Polskim” — uwaga! — w dziale nieurzędowym, gdzie zazwyczaj zamieszczano informacje takiej rangi, jak kogo przyjął premier albo z kim się spotkał!
Czyli informację o znaczeniu ustrojowym dla państwa opublikowano w swoistej kronice towarzyskiej premiera?
— Tak niesłychane historie możliwe są tylko w dyktaturach, a nie w państwie prawa.
Ktoś protestował?
— Właściwie przeszło to bez najmniejszego echa.
Przecież okólnik rewolucjonizował ustrój państwa?
— To się stało już wcześniej, przy przyjmowaniu konstytucji kwietniowej. Państwem rządzili tak zwani pułkownicy — ludzie Piłsudskiego z premierem Walerym Sławkiem na czele. Przepchnęli, mówiąc w skrócie, niezgodnie z prawem nową konstytucję, która całą władzę oddała w ręce prezydenta, czyli akurat wtedy Mościckiego.
To jest paradoks Polski przedwojennej, że obie konstytucje — marcowa z 1921 r. i kwietniowa z 1935 r. — były pisane z myślą o tym, że to Piłsudski będzie sprawował urząd prezydenta. Tę pierwszą pisali jego przeciwnicy i chcieli maksymalnie ograniczyć kompetencje prezydenta, bo nie byli w stanie zapobiec jego wyborowi.
Piłsudski nie chciał być malowanym prezydentem, ograniczanym demokratycznymi ramami państwa prawa. Dlatego konstytucja kwietniowa dawała ogromną władzę głowie państwa, porównywalną z tą, jaką dziś ma prezydent USA.
Śmierć Piłsudskiego zaskoczyła przeróżne sanacyjne koterie.
— Piłsudski nie chciał być prezydentem w czasie obowiązywania konstytucji marcowej. Po zamachu majowym wskazał Mościckiego, człowieka — w przeciwieństwie do jego poprzednika Stanisława Wojciechowskiego — bez kręgosłupa.
Mościcki godnie wyglądał na zdjęciach i firmował bez szemrania wszystkie decyzje Marszałka, a Piłsudski go publicznie nie poniżał, w czasie oficjałek stawał w drugim szeregu, ale praktycznie i tak rządził. Druga kadencja Mościckiego miała trwać do 1940 r., w jej trakcie uchwalono konstytucję kwietniową, a tuż potem w wieku 67 lat zmarł Piłsudski.
Umarł w najgorszym momencie, bez rozstrzygniętej sprawy sukcesji. Nadzieję na nią miał Walery Sławek, stary towarzysz Piłsudskiego.
Polityk i historyk Tomasz Nałęcz
Foto: Adam Stępień Agencja Wyborcza.pl
I tak też wydawało się większości obserwatorów ówczesnej polityki?
— Sławek skupiał w ręku trzy najważniejsze wówczas funkcje: był premierem, liderem partii rządzącej, czyli Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, oraz szefem bardzo wpływowego Związku Legionistów.
Pamiętajmy, że od zakończenia pierwszej wojny światowej minęło zaledwie kilkanaście lat. Piłsudczycy uważali, że mają mocny mandat do rządzenia krajem, bo to oni — legioniści komendanta — wywalczyli niepodległość Polski.
Zresztą Piłsudski parę razy wprost mówił publicznie, że „nie jest wieczny”, a jego zastępcą powinien być właśnie Sławek. No i na tej podstawie Sławek był przekonany, że ustalenia wciąż obowiązują.
Czyli co miało się wydarzyć w praktyce?
— Mościcki — uważał logicznie Sławek — powinien podać się do dymisji. Ale ten niespodziewanie odmówił, choć dotąd mawiał, że jego misją jest tylko „służenie genialnemu człowiekowi, którym opatrzność obdarzyła Polskę”, czyli Piłsudskiemu.
Obudził się w nim jednak polityk, i to już w nocy z 12 na 13 maja, gdy Marszałek umarł i rząd Sławka zebrał się na Zamku Królewskim pod przewodnictwem Mościckiego. To wtedy — oprócz omówienia szczegółów pogrzebu — zapadły dwie ważne decyzje o obsadzeniu funkcji dotąd sprawowanych przez Piłsudskiego: ministra spraw wojskowych i generalnego inspektora sił zbrojnych.
W pierwszym przypadku sukcesja była prosta: ministrem został generał Tadeusz Kasprzycki, mianowany przez Piłsudskiego pierwszym wiceministrem w 1934 r.
Spory wywołała za to obsada generalnego inspektora sił zbrojnych. Nie było jednoznacznych wskazań Marszałka, ale naturalnym następcą Piłsudskiego do objęcia najwyższej funkcji w wojsku wydawał się Kazimierz Sosnkowski. Od początku był osobą numer dwa w Legionach, świetny oficer, doskonale znający sprawy państwowe.
Ale w nocy po śmierci Marszałka na Sosnkowskiego nie zgodził się Mościcki. Obawiał się, że generał w naturalny sposób wejdzie w buty Piłsudskiego, wypełni całą przestrzeń i nie zostawi jej Mościckiemu i jego frakcji, która też się wtedy uaktywniła, bo doskonale wiedziała, jak ogromne kompetencje dawała mu konstytucja kwietniowa.
Co na to wszystko Sławek?
— Zachował się niesłychanie — sam sobie wytrącił z rąk wszystkie argumenty. Po pogrzebie i rzeczywistej traumie po śmierci komendanta, bo legioniści naprawdę nie wyobrażali sobie rządzenia bez niego, zajął się przygotowaniem nowej ordynacji wyborczej. Sejm przyjął tę ordynację przed końcem kadencji, która kończyła się jesienią.
Cała opozycja zbojkotowała ówczesne wybory parlamentarne, w związku z czym 100 proc. mandatów przypadło rządzącej partii. Posłami zostali ci, których na listach umieścił Sławek. Opozycja ogłosiła, że większość Polaków zbojkotowała wybory (frekwencja była na poziomie zaledwie czterdziestu kilku procent) i nie uznaje takich rządów.
Ta sytuacja podkopała mocno pozycję Sławka, co wykorzystał Mościcki. Gdy już w nowym parlamencie Sławek poszedł do niego, by zrzekł się funkcji prezydenta, odmówił. Oświadczył, że składał przysięgę na nową konstytucję i ma być prezydentem do końca kadencji, czyli do 1940 r.
Sławek oburzył się, powoływał na słowa Piłsudskiego, liczył na wsparcie innych pułkowników, ale się przeliczył. Nie walczył, nie tupnął nogą, nie wykorzystał realnych wpływów, tylko uniósł się honorem i zrezygnował z funkcji premiera. Środowisko piłsudczyków nie wzięło go w obronę — na co liczył — tylko stanęło za Mościckim, który premierem zrobił ministra spraw wewnętrznych w rządzie Sławka, Mariana Zyndrama-Kościałkowskiego (był nim od 13 października 1935 r. do 15 maja 1936 r.).
Co wtedy zrobił Sławek? Rozwiązał Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem, czyli sam wytrącił sobie kolejne narzędzie nacisku. Z prestiżowego fotela prezesa Związku Legionistów został odwołany w 1936 r.
Marszałek Edward Rydz-Śmigły wygłasza przemówienie
Foto: Biblioteka Narodowa
Kogo wsparli urzędnicy i wojskowi związani z władzą?
— Przede wszystkim czuli się osieroceni, ale i zdegustowani rozpasaniem ludzi prezydenta. Coraz częściej zaczęli się skupiać wokół Rydza-Śmigłego, czyniąc go z miesiąca na miesiąc coraz potężniejszym. Na początku 1936 r. Mościcki został zmuszony do podzielenia się władzą. Zyndram-Kościałkowski otrzymał dymisję, a stanowiskami w nowym gabinecie podzielili się ludzie Rydza i Mościckiego.
Żadna z frakcji nie chciała oddać rywalom funkcji premiera, więc został nim człowiek bez politycznych ambicji, tylko administrujący krajem. Był to generał Felicjan Sławoj Składkowski, który okazał się najdłużej urzędującym premierem w II RP. Jak to często bywa — prowizorki trwają dłużej, niż się przypuszcza. Za gospodarkę w randze wicepremiera odpowiadał Eugeniusz Kwiatkowski, a za politykę zagraniczną — Józef Beck.
Wciąż jednak nie potrafię zrozumieć, dlaczego nikt nie protestował przeciw okólnikowi, który pozakonstytucyjnie wskazywał człowieka numer dwa w państwie.
— Cała opozycja protestowała przeciw legalności konstytucji kwietniowej. Nie uznawała jej; uważała, że jest niedemokratyczna, tak jak ordynacja wyborcza. To nie jest nasz cyrk, nie nasze małpy, bawcie się bez nas. A więc w tej sytuacji także wasze kuriozalne okólniki nie są ważne.
Nikt z piłsudczyków nie czuł zażenowania, obciachu? Przecież wśród ludzi wiernych Marszałkowi byli też ludzie inteligentni i honorowi?
— Dla części piłsudczyków to też było nie do zaakceptowania. Pułkownik Adam Sokołowski, jeden z najwierniejszych współpracowników Piłsudskiego, wieloletni szef jego gabinetu w Ministerstwie Spraw Wojskowych, a po jego śmierci mianowany wojewodą nowogródzkim, nie odczytał okólnika swoim urzędnikom, bo uważał, że obraża to pamięć o Marszałku.
Najstarszy stopniem w obozie władzy, niezwykle emocjonalnie związany z Marszałkiem generał broni Lucjan Żeligowski poddał go krytyce w sejmowej komisji wojskowej, za co odwołano go z tego stanowiska.
Czołowy publicysta obozu Stanisław Cat-Mackiewicz napisał zaś, że „dalej nie można było iść w łamaniu całej prawniczej konstrukcji konstytucji 23 kwietnia”.
A gazety? Kabarety nie drwiły? Ktoś o tym pisał choćby we wspomnieniach?
— We wspomnieniach wielu piłsudczyków pisze o tym okólniku krytycznie. W trakcie samych wydarzeń niewiele osób ośmieliło się wychylić, bo konsekwencją było zwichnięcie kariery. Ostrożni byli też dziennikarze i satyrycy. Dobrze pamiętali, że ich koledzy wcześniej szydzący z Piłsudskiego bywali brutalnie pobici przez „nieznanych sprawców”. Dyktatura to ustrój pozbawiony poczucia humoru.
Okólnik przerodził się w rzeczywisty kult Rydza-Śmigłego?
— Bardzo szybko, a zainicjowało ten proces mianowanie przez prezydenta Mościckiego generała Rydza-Śmigłego marszałkiem Polski w dniu Święta Narodowego 11 listopada 1936 r. Po raz kolejny pogwałcono wolę Piłsudskiego, który jasno stwierdzał, że nominacji marszałkowskiej w czasach pokoju nie będzie, bo zasługuje się na nią wygraniem wojny, tak jak on w 1920 r.
Jaka lekcja dla współczesności płynie z tej historii?
— To jest lekcja, jak nisko może upaść państwo w sytuacji, kiedy zdemontowane są instytucje strzegące praworządności. Jak ważne jest przestrzeganie konstytucji i dbanie o niezależny wymiar sprawiedliwości. To znacznie trudniejsze niż proste łamanie prawa i dyktatorskie ciągoty.
Profesor Tomasz Nałęcz jest historykiem specjalizującym się w II RP, w latach 2001-2005 był wicemarszałkiem Sejmu, przewodniczył sejmowej komisji śledczej badającej tzw. sprawę Rywina; w latach 2010-2015 był doradcą prezydenta Bronisława Komorowskiego. Autor książek, m.in. „Polska Organizacja Wojskowa 1914-1918”, „Józef Piłsudski — legendy i fakty” (wspólnie z Darią Nałęcz)

