— To miasteczko jest znane jako jedno z bogatszych miejsc w Hiszpanii, ale poziom tolerancji wynosi tu zero — mówi mieszkający w El Ejido Vincent. Publikujemy fragment książki „Gdzie słońce spędza zimę”.

Kupujący dźwigają ogromne plastikowe torby, w powietrzu unosi się zapach świeżych pomarańczy. W ogólnym gwarze dominują głosy przekrzykujących się straganiarzy: „Dwa kilo za jedno euro!”, „Najwyższa jakość!”, „Tanio!”. Najpierw po hiszpańsku, później także po arabsku. Jest środa, trwa cotygodniowy mercadillo: targ, na który zjechali się ze swoimi produktami sprzedawcy z pobliskich miejscowości.

Moją uwagę przykuwa rozmowa pewnego (jak się później okaże) Mauretańczyka z dwiema kobietami przy stoisku z damską odzieżą. Widząc mój aparat fotograficzny, chyba specjalnie stara się mówić głośniej. — Nie chcę tu dłużej mieszkać! — rzuca impulsywnie. Dopytuję, o co chodzi. — Przecież słyszałaś. Nie chcę tu mieszkać i już! To miasto jest rasistowskie.

Mężczyzna zapala papierosa, a drugą ręką próbuje założyć na manekin spodnie dresowe. — Ja do moich sąsiadów Hiszpanów zwracam się „señor”, „usted” — przywołuje tradycyjne formy grzecznościowe. — A oni do mnie „negro” czy „moreno”. Mam być dla nich czarnuchem? To niesprawiedliwe. Żyję tu dziesięć lat i mam dość — ucina rozmowę.

Trochę dalej, wśród straganów z warzywami, dwóch Hiszpanów usiadło przy stoliku i zajada się winogronami. Obok stoi pięćdziesięciolatek w białej bluzce z logo własnej firmy. Vincent, bo tak ma na imię, mówi do mnie, że nie ma jeszcze trzynastej, a im już nie chce się pracować. Wskazuje teraz na mężczyzn siedzących przy stoliku i zaczyna się śmiać. Vincent mieszka w oddalonej o niespełna czterdzieści kilometrów Almeríi i przyjeżdża tu co tydzień sprzedawać warzywa i owoce. Przyznaje, że El Ejido nie jest tolerancyjne. — To miasteczko jest znane jako jedno z bogatszych miejsc w Hiszpanii, ale poziom tolerancji wynosi tu zero — rzuca. Za chwilę poprawia się i dodaje: — Dla mnie kolor skóry czy rasa nie mają znaczenia. Rozumiem, że imigranci szukają lepszego życia, i nie mam nic przeciwko. Ale niech przyjeżdżają z pozwoleniem na pracę.

Od czterech kadencji burmistrzem El Ejido (stolicy gminy o tej samej nazwie) jest polityk centroprawicowej Partii Ludowej Francisco Góngora. Po wygranych wyborach regionalnych w 2019 roku ludowcy z rady miasta podzielili się władzą ze skrajnie prawicową partią VOX, która urosła tu do rangi drugiej siły politycznej i miała sześciu przedstawicieli w dwudziestopięcioosobowej radzie.

Od majowych wyborów w 2023 roku prawicowa PP ma już absolutną większość w gminie. Według danych Krajowego Urzędu Statystycznego aż jedną trzecią spośród niespełna 92 tys. mieszkańców gminy El Ejido stanowią imigranci. Gmina należy do obszarów o najwyższym poziomie migracji w kraju. Łącznie mieszkają tam cudzoziemcy ze 110 narodowości, którzy często żyją w warunkach wykluczenia społecznego. 37 procent uczniów szkół podstawowych w El Ejido to cudzoziemcy. A w szkołach na obrzeżach miasta w Las Norias, San Agustín czy Santa María del Águila odsetek uczniów migrantów przekracza 60 procent.

Profesor Pablo Pumares Fernández, socjolog i dyrektor Centrum Studiów Migracyjnych na Uniwersytecie w Almeríi, tłumaczy mi, że partia VOX zyskuje najbardziej dzięki temu, że krytykuje dążenia niepodległościowe Katalonii, ale w zależności od regionu VOX dopasowuje swoją narrację, tak by odwoływać się do emocji. To może być sprzeciw wobec rosnącej roli kobiet, nacjonalizm czy migracja. Tutaj, w El Ejido, kluczowa jest właśnie kwestia migracji. Partia VOX istnieje od 2013 r., a od 2019 r. jej reprezentanci zasiadają także w hiszpańskim parlamencie w Madrycie (w Kongresie Deputowanych). Wówczas w skali kraju partia zdobyła nieco ponad dziesięć procent głosów, a najwięcej w prowincji Almería (do której należy El Ejido) — 19 procent. Na poziomie regionalnym VOX w El Ejido zdobyła w 2019 roku rekordowe 36,6 procent głosów, by przy kolejnych wyborach stracić ponad tysiąc głosów na rzecz Partii Ludowej.

Wracając z mercadillo, mijam kobiety w hidżabach, które na ławkach w cieniu wydają się odpoczywać po udanych zakupach. Obok postawiły wypchane po brzegi plastikowe torby. W drodze na dworzec autobusowy widzę kobietę siedzącą z może dziesięcioletnim synem przed ośrodkiem zdrowia. Zadaję kilka pytań, kobieta się uśmiecha, wydaje się rozumieć, ale na każde z pytań odpowiada tylko sí, no, vale, czyli „tak”, „nie” lub „dobrze”. Po chwili prosi syna o przetłumaczenie. Fátima mieszka tu od siedmiu lat, wraz ze swoją rodziną z Maroka żyją na przedmieściach El Ejido. To tutaj częste: kiedy imigranci muszą załatwić sprawy urzędowe czy iść do lekarza, zabierają ze sobą dzieci, które znają już język i występują w roli tłumaczy. One bowiem uczą się hiszpańskiego w lokalnych szkołach.

Na problemy językowe z imigrantami narzeka 89-letni Juan, który mieszka w pobliżu cmentarza. Mężczyzna ma bujną siwą czuprynę, jest niski i bardzo szczupły. Wokół jego domu powstało mnóstwo szklarni (plastikowych tuneli), przy których zamieszkali pracujący w nich Marokańczycy. Mówi, że przyjeżdżają bez znajomości języka i wcale nie chcą się go nauczyć. Nie integrują się.

— To trudne mieć przy sobie tylu ludzi i nie móc z nimi porozmawiać — mówi Juan. Mężczyzna od śmierci żony mieszka sam i narzeka na samotność. Gdy jest sam w domu, otwiera drzwi i ze swojego fotela w korytarzu obserwuje przechodniów. Jego siedmioro dzieci już wiele lat temu wyprowadziło się z domu. Juan, żeby poradzić sobie z samotnością, przelewa słowa na papier, a wiersze gromadzi w szufladzie. Cieszy się, gdy mi je pokazuje, i chce mi opowiedzieć tak wiele rzeczy naraz.

Kiedy na głównym dworcu autobusowym czekam na miejski autobus linii 11 lub 21, zagaduje mnie mężczyzna w średnim wieku. — Jedziesz do Almerimar? To zawsze przyciąga turystów — dodaje. To prawda, w mieście nie ma wielu przyjezdnych, choć liczne plakaty informują o rozpoczynającej się następnego dnia kolejnej edycji Festiwalu Teatralnego. Nieliczni, którzy tu docierają, są raczej przejazdem w drodze na plaże w Almerimar. Coraz mniej Hiszpanów chce mieszkać w centrum El Ejido — przeprowadzają się do oddalonego o osiem kilometrów nadmorskiego kurortu. W efekcie koszt wynajmu mieszkania w El Ejido staje się niższy i bardziej przystępny dla imigrantów. Teraz, przechadzając się po mieście, niemal na każdej ulicy można znaleźć napisy: „Se vende”, „Se alquila” [na sprzedaż, na wynajem].

W niektórych częściach miasta coraz więcej szyldów sklepów jest już po arabsku. Hiszpanie przeprowadzają się do pobliskiego Almerimar także ze względu na szkoły dla swoich dzieci. W podstawówkach publicznych w El Ejido znaczny procent uczniów stanowią imigranci z Maroka, a według Hiszpanów bariery językowe obniżają poziom kształcenia. Imigranci z El Ejido — pracujący we wszechobecnych tutaj szklarniach, gdzie uprawia się warzywa i owoce — dawniej pomieszkiwali w tak zwanych asentamientos, osadach nazywanych też dzielnicami biedy. Położone były one poza miastem, zwykle w pobliżu miejsca pracy.

Obecnie wokół El Ejido pozostało zaledwie kilka takich osad. Dla porównania: w całej prowincji Almería jest ich wciąż około stu. Trudno to dokładnie oszacować, ponieważ ciągle powstają nowe, a niektóre są burzone. Statystyki prowadzą organizacje pozarządowe, takie jak Almería Acoge czy Czerwony Krzyż. Szklarnie, czyli ciągnące się kilometrami plastikowe tunele (używane kiedyś w ich konstrukcji szkło zastąpił plastik, ale nazwa pozostała), to cecha rozpoznawcza El Ejido. Okalają centrum miasta i rozpościerają się od Morza Śródziemnego aż po zbocza pobliskich gór Sierra de Gádor. Łącznie zajmują tu ponad trzydzieści dwa tysiące hektarów, co jest jednym z największych skupisk szklarni na świecie. Widoczne na zdjęciach zrobionych z kosmosu, z takiej perspektywy określane są jako morze plastiku.

To właśnie szklarniom El Ejido zawdzięcza intensywny rozwój, zapoczątkowany w latach 80. XX wieku (sama nazwa El Ejido znaczy dosłownie „pole na obrzeżach miasta”). Z czasem stały się one podstawą tutejszej gospodarki i źródłem zamożności mieszkańców. Uprawia się w nich głównie paprykę, pomidory i cukinię: produkty, które trafiają na sklepowe półki w całej Europie, także w Polsce. Dzięki szklarniom uprawa warzyw może trwać cały rok. A przyczyniają się do tego zwłaszcza imigranci z Afryki Subsaharyjskiej i Maroka, którzy stanowią dziś większość pracowników szklarni. 11 września El Ejido obchodziło el Día del Municipio, Dzień Gminy. Na pamiątkę oddzielenia się od pobliskiej gminy Dalías. Z tej okazji radni VOX w 2021 roku opublikowali na swojej stronie na Facebooku nagranie wideo. Almudena Martínez zauważa w nim, że w ostatnich czterech dekadach El Ejido czterokrotnie zwiększyło liczbę mieszkań ców. Mówi, że stało się to dzięki przedsiębiorcom i rolnikom, a także ich rodzinom, które imigrowały do El Ejido z innych miejscowości prowincji Almería oraz z terenów górskich 102 Alpuharry. W całym nagraniu nie padło ani jedno słowo o imigrantach z Afryki, którzy swoją pracą przyczyniają się do zamożności gminy.

Z danych Europejskiego Banku Centralnego wynika, że imigranci napędzają hiszpańską gospodarkę. Według instytucji obcokrajowcy odpowiadają za 80 procent wzrostu gospodarczego kraju w latach 2019-2025 7. Społeczeństwo Hiszpanii zwyczajnie się starzeje, z roku na rok rodzi się mniej dzieci, a młodzi pracownicy z Afryki pomagają ich zastąpić. Pewne napięcie pomiędzy jednoczesną krytyką migracji i masowym zatrudnianiem imigrantów w szklarniach widział Juan Enciso, były burmistrz El Ejido i niegdyś członek Partii Ludowej. Mawiał, że o ósmej rano imigrantów jest mało, a o ósmej wieczorem jest ich mnóstwo. Była to — czytelna tutaj — aluzja do tego, że o poranku, gdy potrzeba rąk do pracy, właściciele szklarni chętnie zatrudniają imigrantów i wręcz narzekają, gdy nie znajdą ich w odpowiedniej liczbie. A potem, już po robocie, gdy ci zrobią swoje, ci sami ludzie nierzadko chcieliby, aby imigranci zniknęli z ich pola widzenia. Juan Goytisolo pisał na łamach „El País” w 1999 r.: „W naszym społeczeństwie nowych bogaczy, nowo wyzwolonych i nowych Europejczyków zmiana statusu ekonomicznego dużej części ludności nie przebiegła równolegle z rozwojem demokratycznej edukacji i kultury moralnej. Niektórzy mieszkańcy zapominają o biedzie z przeszłości”.

W ten sposób nawiązywał do trudnej sytuacji ekonomicznej rolników sprzed półwieku, jeszcze przed rozpowszechnieniem szklarni. Dziś w podobnej sytuacji materialnej są imigranci z Afryki pracujący w regionie.— Łamane są ich prawa dotyczące płacy minimalnej, warunków, w jakich pracują, czy prawa do odpoczynku — wylicza mi José García Cuevas ze związku zawodowego pracowników Andaluzji SOC‑SAT. I jak dodaje, nawet wielu polityków ma udziały w dużych firmach rolnych, które uprawiają warzywa.

— Spektakularny rozwój tego miasta w tak krótkim czasie już wiele lat temu doprowadził do ogromnej eksploatacji pracowników imigrantów, ich marginalizacji oraz wykluczenia — uważa José García Cuevas. Przykładem polityka‑rolnika był Juan José Bonilla, niegdyś koordynator partii VOX w El Ejido. Odszedł, jak uzasadniał lakonicznie, z powodu „rozbieżności” z partią. Wcześniej znany był jako polityk, który swój kapitał publiczny budował na hasłach antyimigracyjnych.

Zapytany w 2019 r. przez Agencję Reutera, dlaczego w swoich szklarniach zatrudnia imigrantów, stwierdził, że w El Ejido potrzeba pracowników, natomiast nie potrzeba nielegalnych imigrantów i przestępców. „Zatrudniłem moich pracowników i pomogłem im zdobyć dokumenty” — mówił. Na początku 2000 r. ojciec Bonilli został zamordowany przez Marokańczyka. W tamtym czasie, w ciągu zaledwie dwóch tygodni, miały tu miejsce trzy zabójstwa miejscowych mieszkańców, Hiszpanów. Doprowadziło to do zamieszek w mieście. Organizujący się mieszkańcy El Ejido przez trzy dni palili samochody i meczety, napadali na sklepy z obco brzmiącymi szyldami, a także na samych imigrantów, którzy w obawie przed atakami chronili się na komisariatach policji. Aby za panować nad chaosem, do El Ejido przybyły policyjne posiłki z Malagi, Walencji, a nawet z Madrytu. Napięcie w mieście narastało od stycznia, gdy doszło do podwójnego morderstwa dwóch hiszpańskich rolników, rzekomo z rąk marokańskiego pracownika. Ale prawdziwy gniew wybuchł na pogrzebie Encarnación López, młodej kobiety zasztyletowanej przez marokańskiego chłopaka, który próbował ją okraść. Jej śmierć potwierdziła stereotypy — „oni” kradną, gwałcą, zabijają.

I to wszystko, mimo że sprawca uznawany był za osobę chorą psychicznie. Bilans przemocy z tamtego lutowego tygodnia to 84 rannych, 42 aresztowanych i 18 osób osadzonych w więzieniu. 104 Moja 33-letnia koleżanka Aranxa z El Ejido wspomina, że nie pamięta dokładnie, co wtedy działo się na ulicach. Przypomina sobie tylko, że nie musiała chodzić do szkoły, bo babcia z obawy o to, co się może wydarzyć, opiekowała się nią w domu. W księgarni w pobliżu Plaza Mayor, gdzie siedzibę mają też władze miasta, znajduję książkę opowiadającą o tamtych wydarzeniach: El Ejido: la ciudad-cortijo [El Ejido: miasto‑‑farma], którą napisali politolodzy i socjolodzy z Uniwersyte tu w Almeríi. Gdy proszę pracowniczkę księgarni o pokazanie książki, ta zaznacza z dumą, że mieszka tu od urodzenia, czyli od 46 lat. Gdy jednak zaczynam dopytywać o wydarzenia z 2000 r., jej twarz gwałtownie zmienia wyraz.

— Przyjmujemy tu ludzi z całego świata, a później nazywają nas rasistami — oburza się. — Nie pozwolę, żeby ktoś źle mówił o El Ejido — i wyrzuca mnie ze sklepu. Temat jest drażniący nie tylko dla Hiszpanów. Na ulicy Manola Escobara, zwanej dzielnicą arabską — ze względu na przewagę obco brzmiących szyldów sklepów i restauracji — ponawiam pytanie o atmosferę w mieście.— Każdy ma swoje życie. Ja nie szukam problemów, chcę żyć ze wszystkimi w zgodzie. To wszystko — rzuca Omar i ucieka na zaplecze marokańskiej restauracji, w której pracuje. Jednym z jej klientów jest Muhammad, od 15 lat mieszkający w Hiszpanii. Wcześniej żył na północy Andaluzji, w Jaén. Spędził tam prawie rok, pracując przy oliwkach, ale praca była tylko w sezonie, dlatego przyjechał do El Ejido. Teraz stara się o dokumenty dla żony.

Na ulicy Manola Escobara spotykam też 17-letnią Fátimę i 19-letnią Jasminę, które spacerują ze swoją mamą, ubraną w hidżab. Wracają właśnie ze szczepienia. — W Hiszpanii jest dużo rasizmu — Fátima tłumaczy słowa matki swoim perfekcyjnym hiszpańskim. — Pewnego dnia przechodziłam tędy i powiedzieli mi, żebym wracała do mojego kraju — dodaje, już od siebie. — Jestem pochodzenia marokańskiego, ale przecież urodziłam się tutaj. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć — mówi.

Na brak pracy skarży się za to niska, rudowłosa María. Rozmawiamy przed jej zniszczonym domem, tuż za cmentarzem. Warunki życia w tym budynku, jak sama mówi, są tak złe, że gmina odmówiła jej zameldowania. Opowiada, jak to od dłuższego czasu stara się o pracę w magazynie z warzywami czy w firmie sprzątającej i nic. Trzy miesiące temu złożyła też dokumenty, aby dostać pomoc od państwa, ale powiedzieli jej, że nie jest do tego uprawniona. Pracownicy organizacji pozarządowych przyznają, że praca imigrantów jest zwyczajnie tańsza niż praca Hiszpanów, bo ci pierwsi zgadzają się nie tylko na więcej godzin pracy, lecz także na niższe stawki czy brak ubezpieczenia społecznego. Imigranci z Afryki, którzy nie znają języka i tutejszych przepisów prawa pracy, łatwo padają też ofiarami nadużyć.

— Zależność tego regionu od sektora rolnego sprawia, że trzeba zatrudniać pracowników najemnych, czyli w praktyce imigrantów. To klucz do zrozumienia konfliktowej sytuacji w El Ejido. Z jednej strony mieszkańcy nie chcą imigrantów, ale z drugiej strony ich potrzebują. Rolnictwo jest przecież motorem wzrostu gospodarczego El Ejido — uważa Pablo Pu mares Fernández. Socjolog podkreśla, że każda strona tego konfliktu ma swoją wersję. Z jednej strony są imigranci, którzy czują się wyklu czeni i wykorzystywani do pracy, z drugiej zaś są mieszkań cy, Hiszpanie, którzy uważają, że z powodu ogromnej liczby imigrantów przestają czuć się obywatelami we własnym kraju, czują się nieswojo i czasem przechodzą na drugą stronę ulicy, gdy widzą arabskie szyldy sklepów. Fernández uważa, że trzeba wypracować spójną politykę migracyjną i odrobić „zaległą lekcję z integracji”.

Na początku lipca 2025 roku burmistrz El Ejido Francisco Góngora odniósł się do ostatnich dwóch ataków nożowych w okolicach miasta, których sprawcami mieli być migranci, choć policja tego oficjalnie nie potwierdziła. Do pierwszego ataku doszło podczas kłótni między współlokatorami. Jedna osoba zmarła na skutek odniesionych ran. „To nielegalni imigranci, nie powinno ich tu być” — powiedział. Dodał też, że jego region potrzebuje imigrantów, którzy będą przyjeżdżać w sposób legalny i zorganizowany, bo „migracja nielegalna przynosi więcej problemów niż korzyści”. W 2024 r. policja w Hiszpanii zatrzymała lub prowadziła śledztwo wobec 80,5 tys. imigrantów z Afryki w całym kraju, z kolei w prowincji Almería (do której należy El Ejido) wobec niespełna trzech tysięcy — tak wynika z danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Jeśli liczyć imigrantów wszystkich narodowości, to w 2024 r. odpowiadali oni za blisko 28 procent przestępstw popełnianych w Hiszpanii w porównaniu z 72 procentami, za które odpowiedzialni byli Hiszpanie. 11 lipca 2025 roku partia VOX zorganizowała protesty w od powiedzi na lipcowe ataki nożowe ze strony imigrantów.

Na słynnym bulwarze w El Ejido, znanym z marokańskich warzywniaków, tureckiej restauracji czy sklepów mięsnych halal, zgromadziło się niespełna trzydzieści osób. „Chcemy masowych deportacji tych, którzy przyjechali tu ze złymi intencjami” — mówiła posłanka VOX Rocío de Meer, która podczas wcześniejszych wystąpień w lipcu wyliczyła, że z Hiszpanii należy deportować około siedmiu czy ośmiu milionów imigrantów. I dodała: „Hiszpania zmieni się w drugą Francję czy Szwecję z trzydziestoma gwałtami dziennie”. Lokalni działacze z VOX trzymali wokół niej banery: „Stop dla braku bezpieczeństwa”, „Mordercy — deportacja”. W tym samym czasie w okolicy staruszka ciągnie za sobą wózek wypchany zakupami, ktoś czeka na autobus, ktoś inny po śniadaniu wychodzi z kawiarni, para nastolatków spaceruje ze sobą za rękę — jakby niewiele sobie robiąc z poważnego tonu działaczy VOX.

— Ciekawe, ilu z nich chciałoby pracować osiem godzin w upale za 45 euro. Bo tam, gdzie ja pracuję na polu, spotyka się tylko Hiszpanów szefów — tak protesty podsumowuje Youssef, mieszkaniec El Ejido z Maroka.

Fragment książki „Gdzie słońce spędza zimę” autorstwa Agnieszki Zielińskiej, wyd. Czarne. Premiera książki 1 lipca.

Za tytuły i lead odpowiada redakcja „Newsweeka”.

***

Al-Andalus to jednocześnie koniec i początek Hiszpanii. Najgorętszy region Półwyspu Iberyjskiego, gdzie w cieniu drzew oliwnych, w zapachu cytrusów i w rytmie flamenco splatają się wpływy arabskie i europejskie.

Siedemnaście reporterskich historii o Andaluzji prowadzi nas przez region widziany od środka: zaglądamy do domów wykutych w skałach, degustujemy wina z Malagi, idziemy krok w krok za procesją świętych figur, by zboczyć na lokalną fiestę, a potem trafić do miasta, które było kiedyś „Hollywood Europy”. Są też na tej trasie miejsca ukryte w cieniu: wiec ultraprawicowej partii VOX, ulice jednej z najbiedniejszych dzielnic Sewilli czy zakład grabarza zajmującego się pochówkiem imigrantów, którzy dotarli do Hiszpanii nielegalnie, pokazują złożoność andaluzyjskiej rzeczywistości.

Agnieszka Zielińska przedstawia Andaluzję pełną kontrastów – miejsce, gdzie różnorodność nie dzieli, lecz buduje, a prażące słońce odbija się od śnieżnych górskich szczytów. To opowieść o ludziach żyjących na styku kultur, codziennie odnajdujących się w rzeczywistości utkanej z pozornych sprzeczności.

***

Agnieszka Zielińska (ur. 1995) – dziennikarka i korespondentka zagraniczna. Absolwentka dziennikarstwa i stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz filologii hiszpańskiej w Akademii Finansów i Biznesu Vistula w Warszawie. Związana m.in. z Dzień dobry TVN, „Tygodnikiem Powszechnym” oraz Radiem 357. Pracowała także w TVN24. W finale III i IV edycji Nagrody Dziennikarskiej „Człowiek z Pasją” im. Zygmunta Moszkowicza znalazły się jej reportaże z Białorusi i Hiszpanii, w finale Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego – reportaż z Niemiec. Mieszka w Andaluzji.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version