Miał sam wiedzieć, kiedy do niego wracamy, obniżać temperaturę podczas naszej nieobecności i oszczędzać energię bez naszej ingerencji. Miał, rewolucja smart home przyszła, ale jakby w okrojonej wersji.

Hasło „inteligentny dom” czy „smart home” — czyli w uproszczeniu dom podłączony do internetu i sterowany cyfrowo — od kilku lat robi zawrotną karierę. Pojawia się w reklamach nowych mieszkań, w ofertach producentów sprzętu AGD, okien, drzwi czy bram garażowych, a nawet w dyskusjach o przyszłości energetyki i ekologii.

„Wyjeżdżasz w pośpiechu i nie pamiętasz, czy zamknąłeś dom? Sprawdzasz na smartfonie i masz spokojną głowę. Dziecko zapomniało kluczy? Żaden problem — otwierasz zdalnie” — tak jeden z producentów zachwalał swoje produkty, za które dostał nawet złoty medal na targach Budma w Poznaniu. Można odnieść wrażenie, że smart home stał się jednym z symboli nowoczesnego stylu życia. Tyle że wciąż nie do końca wiadomo, co się za tym pojęciem kryje.

Z raportu „Mieszkać dobrze. Potrzeby kupujących a rozwiązania technologiczne”, przygotowanego przez Nieruchomosci‑online.pl wynika, że blisko połowa osób poszukujących mieszkania ma bardzo ograniczoną wiedzę o smart home lub rozumie to pojęcie wyłącznie intuicyjnie. W praktyce sprowadza się ono często do pojedynczych urządzeń połączonych z internetem, którymi można sterować zdalnie, najczęściej z poziomu aplikacji.

W marketingowych wizjach smart home miał jednak oznaczać coś więcej niż możliwość sterowania urządzeniami z telefonu. Chodziło o systemy zdolne samodzielnie dostosowywać się do codziennych zachowań mieszkańców, uczyć się ich przyzwyczajeń i reagować bez konieczności wydawania poleceń.

Najbardziej zaawansowana forma smart home zaczyna się więc tam, gdzie kończy się ręczne sterowanie. Dopiero wtedy można mówić o prawdziwej zmianie jakościowej. O domu, który sam obniża temperaturę, gdy nikogo nie ma w środku, dopasowuje oświetlenie do pory dnia, ogranicza zużycie energii czy reaguje na zagrożenia, zanim staną się problemem.

Z punktu widzenia użytkownika najważniejsza jest odpowiedź na pytanie: co właściwie mam z tej „inteligencji”?

Dla większości użytkowników liczą się trzy rzeczy. Pierwsza to pieniądze. Technologie zarządzania energią, takie jak inteligentne termostaty czy systemy sterowania ogrzewaniem, mogą realnie ograniczać zużycie prądu, gazu czy ciepła. Według analiz przywoływanych w raporcie Future Mind, odpowiednio wykorzystane rozwiązania tego typu pozwalają zmniejszyć zużycie energii nawet o kilkanaście, a w niektórych przypadkach ponad 20 proc. Przy obecnych cenach mediów ma to istotne znaczenie dla domowego budżetu.

Druga korzyść to bezpieczeństwo. Czujniki ruchu, zalania czy dymu, zintegrowane z systemem powiadomień, pozwalają reagować szybciej na zagrożenia niż w tradycyjnym mieszkaniu. I właśnie ten aspekt okazuje się dla wielu użytkowników kluczowy. Jak wynika ze wspomnianych wyżej badań, urządzenia związane z bezpieczeństwem — monitoring, alarmy i czujniki — znajdują się na samym szczycie listy oczekiwań osób poszukujących mieszkań i domów.

Trzecia korzyść to wygoda. To właśnie ten aspekt, a nie oszczędności czy zaawansowana technologia, okazuje się dla części użytkowników najważniejszy. Możliwość zdalnego zarządzania domem, automatyzacja codziennych czynności czy ograniczenie drobnych obowiązków to coś, co realnie wpływa na jakość życia.

W praktyce inteligentny dom często oznacza dziś coś znacznie prostszego, niż obiecywały reklamy. Termostat obniża temperaturę podczas nieobecności domowników, kamera wysyła powiadomienie o ruchu przy drzwiach, a aplikacja pozwala sprawdzić, czy żelazko zostało wyłączone. To właśnie z takich funkcji korzysta większość użytkowników.

Najnowsze analizy rynku, oparte m.in. na badaniach ThinkCo, pokazują, że co najmniej jedno takie urządzenie ma dziś 70-75 proc. gospodarstw domowych. Warto jednak pamiętać, że w badaniach do kategorii smart home zaliczane są często także pojedyncze urządzenia podłączone do internetu, takie jak telewizory, pralki czy lodówki, a także proste rozwiązania z zakresu bezpieczeństwa, takie jak kamera, czujnik ruchu czy alarm.

Zdecydowana większość Polaków dostrzega zalety tych rozwiązań, jednak jednak korzysta z nich w bardzo ograniczonym zakresie. Potwierdzają to badania Future Mind oraz ThinkCo. Wyłania się z nich obraz użytkownika, który znacznie częściej korzysta z funkcji pozostających pod jego bezpośrednią kontrolą niż z zaawansowanej automatyzacji. Dom, który sam podejmuje decyzje, pozostaje dziś rozwiązaniem niszowym.

Powodów jest kilka. Pierwszy to sposób, w jaki rozwijała się sama technologia — rozproszony i niespójny. Producenci tworzyli własne ekosystemy i aplikacje. W efekcie urządzenia różnych marek często nie współpracują ze sobą albo wymagają dodatkowych rozwiązań integracyjnych. To jedna z głównych barier rozwoju tego rynku, regularnie wskazywana zarówno w analizach branżowych, jak i w danych Eurostatu. Widać w nich zresztą jeszcze jeden problem — część użytkowników zwyczajnie nie wie, jak z tych rozwiązań korzystać.

Druga kwestia to koszty — i to nie tylko zakupu. O ile pojedyncze urządzenia są dziś stosunkowo tanie — smart gniazdko czy kamera to wydatek rzędu kilkudziesięciu lub kilkuset złotych — o tyle zbudowanie jednego, spójnego systemu dla całego mieszkania to wydatek od kilku do nawet kilkunastu tysięcy złotych, w zależności od tego, jak bardzo rozbudowany ma być system.

A potem pojawia się drugi problem: taki system trzeba jeszcze skonfigurować, utrzymywać i aktualizować. Dla wielu użytkowników to po prostu zbyt skomplikowane.

Trzeci powód jest jeszcze bardziej przyziemny i być może najważniejszy: w wielu przypadkach pełna „inteligencja” po prostu się nie opłaca. Oszczędność energii czy poprawę komfortu można osiągnąć już na poziomie prostej automatyki.

Jest wreszcie czynnik, o którym mówi się rzadziej, ale który regularnie pojawia się w badaniach: obawy użytkowników. Inteligentny dom oznacza połączenie wielu urządzeń i gromadzenie danych o tym, jak z nich korzystamy. Rodzi to pytania o prywatność i bezpieczeństwo. W analizach rynku jako jedne z istotnych barier wskazywane są właśnie obawy dotyczące cyberbezpieczeństwa oraz ochrony danych.

To zresztą dobrze widać na rynku nowych mieszkań. Deweloperzy szybko podchwycili hasło „smart home”, bo świetnie brzmi i dobrze wygląda w folderze sprzedażowym. Zresztą sami w internetowej sondzie przyznają, że w inwestycjach deweloperskich rozwiązania smart pojawiają się coraz częściej, ale w praktyce obejmują zwykle tylko kilka podstawowych funkcji — przede wszystkim sterowanie ogrzewaniem, oświetleniem czy elementami bezpieczeństwa.

Oznacza to konkretny zestaw rozwiązań, który powtarza się w większości inwestycji:

  • możliwość zdalnego ustawienia temperatury w mieszkaniu i tworzenia prostych harmonogramów ogrzewania;
  • sterowanie oświetleniem z poziomu aplikacji;
  • czujniki otwarcia drzwi i okien, informujące o ich stanie;
  • czujniki zalania lub dymu, wysyłające powiadomienia na telefon;
  • prosty podgląd z kamery lub integracja z monitoringiem części wspólnych;
  • czasem także zdalne sterowanie roletami lub gniazdkami elektrycznymi.

Takie funkcje są relatywnie tanie, łatwe do wdrożenia i — co najważniejsze — zrozumiałe dla klienta. Pozwalają wpisać w ofertę modne dziś „smart home”, nie komplikując ani procesu sprzedaży, ani późniejszego użytkowania mieszkania. I nie jest to zarzut. To raczej dowód na to, że rynek bardzo szybko zweryfikował oczekiwania klientów. W gruncie rzeczy niewiele się więc zmieniło w stosunku do tego, co było widać już kilka lat temu, gdy pierwsze „technologiczne nowinki” trafiały do mieszkań jako ciekawostka. Od lat na pierwszym planie pozostają te same kwestie: wygoda, bezpieczeństwo i koszty utrzymania mieszkania.

Cała reszta — integracja systemów, scenariusze, sztuczna inteligencja — to raczej dodatki, z których korzysta niewielka grupa bardziej zaawansowanych użytkowników.

Z perspektywy kupującego mieszkanie trudno dziś w ogóle jednoznacznie określić, jaką rolę odgrywają rozwiązania smart home w procesie podejmowania decyzji. Nie ma bowiem badań, które wprost pokazywałyby, że są one jednym z kluczowych czynników wyboru nieruchomości. Dostępne analizy preferencji wskazują raczej na dominację takich kryteriów jak lokalizacja, cena i metraż, podczas gdy technologie pozostają elementem uzupełniającym.

Smart home może przechylić szalę przy wyborze mieszkania i zwiększyć atrakcyjność oferty, ale rzadko stanowi jej fundament. To raczej element wyposażenia — taki jak lepsza stolarka czy wyższy standard części wspólnych.

Trudno też jednoznacznie oszacować, czy smart home podnosi wartość nieruchomości — choćby dlatego, że w Polsce nie przeprowadzono dotąd szeroko zakrojonych badań, które izolowałyby wpływ takich rozwiązań od innych czynników, takich jak lokalizacja czy standard inwestycji. W przyszłości znaczenie smart home może jednak wzrosnąć. Nawet proste systemy sterowania mogą bowiem ograniczyć zużycie energii, co przy dzisiejszych cenach przestaje być marginalne.

Z drugiej strony, dom wyposażony w kilkanaście połączonych ze sobą urządzeń staje się nie tylko bardziej wygodny, ale też bardziej „otwarty” na świat zewnętrzny. I choć wizje hakerów przejmujących kontrolę nad mieszkaniem nadal należą do rzadkości, to obawy związane z prywatnością i ochroną danych są jedną z realnych barier rozwoju smart home, wskazywaną w analizach rynku.

Inteligentny dom nie okazał się więc póki co ani wielkim rozczarowaniem, ani technologiczną rewolucją, którą obiecywały reklamy. Ostatecznie Polacy nie kupili domu, który myśli za nich. Kupili taki, który pomaga im trochę wygodniej mieszkać.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version