„Desperacko chcemy wierzyć, że możemy dalej uprawiać politykę w zwyczajny sposób, bo trudno nam przyjąć do wiadomości, że sytuacja nie jest normalna” – ostrzega senator Partii Demokratycznej Chris Murphy. Dokładnie tego samego dnia Donald Trump ogłosił, że zupełnie serio rozważa pozostanie przy władzy na trzecią kadencję.
W niedzielę, 30 marca, w programie telewizji NBC „Meet the Press” Donald Trump przyznał, że scenariusz jego trzeciej kadencji to nie żarty. I zasugerował, że istnieją „metody” obejścia konstytucyjnego ograniczenia liczby do dwóch kadencji. Wspominał o takiej opcji wcześniej, i to nie raz, ale w wywiadzie dla NBC po raz pierwszy dał wyraźnie do zrozumienia, że poważnie rozważa ten pomysł. Już wcześniej porównywał się do króla, wyrażał sympatię wobec przywódców autorytarnych i stosował metody rządzenia, które eksperci konstytucyjni oraz historycy porównywali do autorytaryzmu.
„Nie, nie, nie żartuję” – powiedział. – „Nie żartuję”. Zapytany, czy przedstawiono mu konkretne plany, odparł, że nie. Ale dodał, że „istnieją metody, dzięki którym można to zrobić”.
Trzy dni po zaprzysiężeniu Trumpa na drugą kadencję, jeden z członków Izby Reprezentantów zaproponował poprawkę do Konstytucji, która otworzyłaby 47. prezydentowi drogę do trzeciej kadencji. Dziennikarka zasugerowała jako jedno z możliwych rozwiązań: wystawienie w 2028 r. jako kandydata na prezydenta wiceprezydenta J.D. Vance’a, który po zwycięstwie przekazałby urząd Trumpowi. „To jedna z opcji” – przyznał prezydent. „Ale są też inne” – dodał. „Są inne sposoby.”
Senator Murphy: trwa przemyślany demontaż demokracji
Tego samego dnia, w podcaście tygodnika „New Yorker”, jego naczelny David Remnick rozmawiał z senatorem Chrisem Murphym, demokratą z Connecticut. Senator opisuje, jak wolne i uczciwe wybory w Ameryce mogą się skończyć już w 2026 r.
Murphy bez wahania zgadza się z tezą Remnicka, że celem administracji Trumpa jest stworzenie autorytarnego systemu w amerykańskim stylu. „Partia Republikańska” – mówi senator – „zdecydowała się tak zmanipulować zasady demokracji, by wybory wprawdzie nadal się odbywały, ale opozycja była na tyle osłabiona, a reguły na tyle przechylone na korzyść rządzących, żeby Donald Trump, Republikanie i rodzina Trumpów mogli rządzić bez końca. Tak wygląda sytuacja na Węgrzech, w Turcji, w Serbii”.
„Przez ostatnie cztery lata ludzie z otoczenia Trumpa” – dodaje – „opracowali przemyślany plan demontażu demokracji i rządów prawa. Teraz jest on wprowadzany w życie”.
Murphy wymienia szczegóły tego planu: administracja, uderzając w takie instytucje, jak uniwersytety czy wielkie firmy prawnicze, wysyła ostrzeżenie do innych: jeśli nas zaatakujecie – jeśli pozwiecie administrację, jeśli poprzecie Demokratów, jeśli dopuścicie do protestów przeciwko naszym działaniom – będziecie następni na celowniku. „Tak umiera demokracja”.
Każdego dnia rośnie ryzyko, że w 2026 r. w USA nie odbędą się wolne i uczciwe wybory.
„Mówię o tym, że opozycja – wszystko, co jest jej potrzebne do zwycięstwa – zostanie zniszczone. Nikt nie będzie nas reprezentować w sądach. Zostaniemy odcięci od głównych źródeł finansowania z małych wpłat. Aktywiści będą zastraszani przemocą, aż w końcu nikt nie odważy się przyjść na nasze wiece ani uczestniczyć w kampanii wyborczej”.
Gotowanie żaby
Remnick: „Czy myśli pan, że Donald Trump chce pozostać u władzy po 2028 roku? Jak mógłby to zrobić?
Murphy: „Ludzie z jego najbliższego otoczenia mówią, że to już przesądzone. Jeśli złamie Sąd Najwyższy, złamie konstytucję i nie poniesie za to żadnych konsekwencji, możemy skończyć w rzeczywistości, w której prezydent po prostu ogłasza, że zostaje na stanowisku. Może też przekazać władzę komuś z rodziny – może sam nie wystartuje, ale zrobi to członek jego rodziny, a Trumpowie po prostu pozostaną u władzy. Myślę, że wszystkie te scenariusze są możliwe”.
Na koniec senator Murphy podsumowuje gorzko sytuację: „Myślę, że grozi nam lunatykowanie. Desperacko chcemy wierzyć, że możemy dalej uprawiać politykę w zwyczajny sposób, bo trudno nam przyjąć do wiadomości, że sytuacja nie jest normalna. To wymagałoby podjęcia ogromnego ryzyka. A przecież każdy woli się obudzić i wierzyć, że żyje w kraju, w którym ludzie nie zdecydowaliby się świadomie odejść od demokratycznych norm. Ale podczas gdy jedni są zwodzeni i podążają tą drogą nieświadomie, inni dokonują świadomego wyboru, bo nasza demokracja od dawna jest w kryzysie.
Pewnego dnia po prostu się obudzimy i okaże się, że nie żyjemy już w demokracji. To jak powolne gotowanie żaby. Wydaje nam się, że istnieją jakiś przełomowe momenty, „podpalenia Reichstagu”, ale zwykle ich nie ma. Po prostu przegrywasz jedne wybory, potem kolejne i jeszcze kolejne. I w pewnym momencie zaczynasz rozglądać się dookoła, i stwierdzasz: chwileczkę, nie sądzę, aby partia opozycyjna w ogóle miała jeszcze szansę wygrać”.