— Zarobiła na swojej depresji setki tysięcy, o ile nie miliony złotych — słyszę od dawnej redaktorki z Edipresse, które wydawało książki Beaty Pawlikowskiej. Sama Pawlikowska przekonuje, że z choroby można wyjść bez leków i dzięki jej autorskiej metodzie.
Przysięgam, że wszystko, co mówię, jest prawdą! — przekonuje mnie Beata Pawlikowska, dziennikarka i podróżniczka. — Nie mam żadnych korzyści z mówienia o najnowszych badaniach dotyczących depresji. Wprost przeciwnie: był moment, kiedy myślałam, że muszę się wyprowadzić z Polski, żeby ujść z życiem.
Siedzimy przy stole w jej warszawskim mieszkaniu. Każda ze swoim dyktafonem. Ja nagrywam Pawlikowską, ona mnie. W mieszkaniu sterylna czystość. Na kominku przypominającym piramidę Majów stoją pamiątki z podróży: figurki kamiennych ptaków z Zimbabwe, małe posążki nosorożców przywiezione z Afryki, rzeźba tapira. Na ścianie łuki i strzały amazońskich Indian i portret Pawlikowskiej autorstwa malarza z Wenezueli. Rozmawiamy kilka dni po jej wywiadzie u podcastera Żurnalisty zatytułowanym: „Jedzenie nas truje, alkohol ogłupia, a system nie chce prawdy”. W internecie wysyp informacji, że Pawlikowska nie bierze leków od 20 lat, bo brakuje badań, jak zachowują się w organizmie. — Powiedziałam u Żurnalisty, że nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak lek zachowa się w organizmie konkretnego człowieka — prostuje Pawlikowska. — Każdy ma inną mikrobiotę, a w zależności od tego, jakie szczepy bakterii dominują, lek może wywołać silniejsze skutki uboczne albo w ogóle nie zostanie aktywowany.
— W podcaście nawiązujesz do swojego nagrania ze stycznia 2023 r. — mówię. — Mówiłaś wtedy, że depresja nie jest chorobą, leki przeciwdepresyjne nie zostały przebadane, są środkiem psychoaktywnym i to nieprawda, że powodują brak równowagi chemicznej w mózgu.
— Powoływałam się na metaanalizę wszystkich badań dotyczących wpływu serotoniny na depresję — odpowiada Pawlikowska. — Angielska psychiatrka dr Joanna Moncrieff ze swoim zespołem odkryła w 2022 r., że nie istnieją przekonujące dowody na powiązanie poziomu serotoniny z występowaniem depresji. Zarówno ona, jak i inni naukowcy piszą też o tym, że leki SSRI nie naprawiają chemicznej równowagi w mózgu, ale raczej zmieniają jego naturalny stan, działając jak substancje psychoaktywne — dodaje. — Te leki mogą mieć wiele poważnych efektów ubocznych. Nagrałam film o metaanalizie dr Moncrieff, bo nikt w Polsce o niej nie mówił. Nie wiem, dlaczego zostałam oskarżona o szerzenie nieprawdziwych informacji, które są niebezpieczne dla zdrowia. Moim zdaniem to są raczej przydatne informacje, szczególnie dla pacjentów, którzy dzięki nim mogą podjąć w pełni świadomą decyzję, jak chcą być leczeni.
dr Laura Krumpholtz
Foto: Arch. pryw.
Znikające przecinki
Doskonale pamiętam „depresantową aferę” z udziałem Beaty Pawlikowskiej — mówi znany warszawski psychiatra. — Wystarczy wrzucić w Google nazwisko dr Moncrieff, żeby przeczytać, że — wbrew twierdzeniom Pawlikowskiej — w 2022 r., tuż po publikacji jej metaanalizy, stanowisko w sprawie zajęło Polskie Towarzystwo Psychiatryczne. Rzecznik tej organizacji dr hab. Sławomir Murawiec mówił, że postawiona przez Moncrieff teza o braku powiązania depresji ze stężeniem serotoniny to żaden przełom, psychiatrzy wiedzą o tym od lat. Gorzej ze szkodliwym twierdzeniem, że leki z grupy SSRI są nieskuteczne — dodaje.
Przyznaje, że od lat śledzi media społecznościowe Pawlikowskiej i obserwuje, jak pomału staje się lifestylowym odpowiednikiem prof. Grażyny Cichosz czy Jerzego Zięby. — Ale Cichosz i Zięba razem wzięci nie mają takiej siły rażenia jak Pawlikowska, która od lat 90. różnymi ścieżkami trafia do polskich domów — zauważa. — Pokolenie boomerów pamięta ją z takich audycji radiowych, jak prowadzona z Grzegorzem Wasowskim „Lista hitów dla emerytów”. I z Programu Trzeciego Polskiego Radia, gdzie prowadziła kilka wydań słynnej listy przebojów.
Prawdziwym przebojem okazała się jednak prowadzona w Radiu Zet i poświęcona podróżom audycja „Świat według blondynki”. Blondynka szybko stała się znakiem rozpoznawczym Pawlikowskiej. — Wbrew pozorom Beata stereotypową głupiutką blondynką nigdy nie była — wspomina koleżanka z jednej z rozgłośni. — Zawsze była piekielnie pracowita i — jak na początki radia w wolnej Polsce — innowacyjna. Żurnalista proponował jej pomoc w założeniu swojego podcastu, a ona mogłaby sto razy go kupić i sprzedać! W latach 90. razem z Łukaszem Kunką stworzyli pierwszy program, który odbywał się jednocześnie na żywo w radiu, z udziałem dzwoniących do Beaty słuchaczy, w internecie, na stronie WWW i w kontakcie mailowym.
Młodzi podcasterzy prowadzący wywiady z celebrytami mogą nie wiedzieć, że w latach 90. Pawlikowska — która była w związku ze znanym z konserwatywnego programu „WC Kwadrans” Wojciechem Cejrowskim — stała się rasową celebrytką. Początek lat 2000. to sukces jej reportaży i książek podróżniczych. Za jedną z pierwszych książek „Blondynka w dżungli” dostała prestiżową Nagrodę Bursztynowego Motyla im. Arkadego Fiedlera. Ale popularność Pawlikowskiej gwałtownie wzrosła dzięki, kupowanym głównie przez kobiety z pokolenia milenialsów, książkom o rozwoju osobistym. — Idealnie wyczuła głód porad, jak zostać szczęśliwym singlem, zyskać spokój i miłość w związku — mówi koleżanka z radia. — Jej poradniki sprzedawały się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy i przyniosły jej duże pieniądze.
I niezależność, bo w umowie z wydawnictwami zastrzegała gwarancję udziału we wszystkich etapach tworzenia książki. W swojej autobiografii „Życie jest wolnością” opisuje nieporozumienia z korektą, która poprawiała jej błędy gramatyczne, przecinki i ścinała wykrzykniki. Poprawek nie uwzględniała, w metryce książek wrzucała informację: „Przecinki w tej książce są postawione i zniknięte zgodnie z artystyczną wolnością, wbrew zaleceniom korekty i na moją odpowiedzialność”.
Prezent z depresji
Złotym strzałem Beaty jest jednak wylansowanie autorskiej metody walki z depresją — mówi jej koleżanka z radia. — W dużym skrócie: stwierdzenie, że depresja to zapisane w podświadomości błędne przekonania na swój temat. Aby wyzdrowieć, wystarczy je zmienić. Dzięki kilku prostym ćwiczeniom, które należy powtarzać przynajmniej 100 razy.
Rafał Żak, trener i mówca, przeczytał jedną z pierwszych książek Pawlikowskiej dotyczących depresji. — Jej rady w wydanym w 2013 r. „Kursie szczęścia” można streścić w trzech punktach: powiedz sobie, że się kochasz, wyprowadzaj siebie na spacer, mów sobie, za co jesteś wdzięczny. Do tego zachęta do unikania chemii i farmakologii — mówi Żak. I zaznacza: — Nie kupiłbym tej książki, gdyby nie znajomy psychiatra, który przysłał mi zdjęcie dzieła Pawlikowskiej w obwolucie z nadrukiem logo firmy farmaceutycznej i nazwą produkowanego przez nich leku przeciwdepresyjnego. Okazało się, że był rozdawany przez przedstawicieli handlowych lekarzom psychiatrom jako „poradnik psychologiczny w celu pomocy w rozmowie z pacjentem depresyjnym”.
Żak opisał całą historię w swoich mediach społecznościowych. Temat — łącznie z korespondencją z firmą farmaceutyczną, która tłumaczyła, że to miał być żart — nie przebił się do mainstreamu. Nikt nie zwrócił też uwagi na zniechęcanie przez Pawlikowską cierpiących na depresję do leków psychiatrycznych. — Mówienie w ten sposób o chorobie śmiertelnej, jaką jest depresja, to wysoki poziom szkodliwości. Tym wyższy, jeśli szkodliwe tezy wygłasza ktoś uchodzący za autorytet — podkreśla Żak. — Taki jak Beata Pawlikowska, ze świetnym warsztatem dziennikarskim i podróżniczym.
Rady Pawlikowskiej dotyczące leczenia depresji wyprowadzaniem siebie na spacer czy mówieniem do siebie „kocham cię” pojawiły się w kolejnych książkach z serii „W dżungli podświadomości”. Prawdziwym bestsellerem okazał się jednak jej poradnik „Wyszłam z niemocy i depresji. Ty też możesz”. Pawlikowska, która w wywiadach mówi o sobie, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, nazywa leki przeciwdepresyjne „otępiającą pigułką, która powoduje, że chory straci kontakt ze sobą i ze światem”.
O leczeniu farmakologicznym depresji pisze: „Jeżeli użyjesz chemicznych lekarstw, które mechanicznie uderzają w komórki nerwowe, wywołując ich ogłuszenie, spowolnienie albo oszołomienie, niczego nie leczysz. Powodujesz tylko chwilowe zawieszenie systemu”. O tym, że nigdy nie była u psychiatry: „Cieszę się, że w dawnych czasach nikt nie wydał na mnie wyroku, stwierdzając, że mam depresję, że to jest pewnie wina moich genów. Gdybym coś takiego usłyszała, to pewnie poczułabym się bezradna i bezsilna”.
W książce pojawiły się również propozycje „terapeutycznego żartowania z samym sobą”, np. nadawania sobie indiańskich imion, takich jak Węszący Wilk czy Biegnący Łoś.
I podsumowanie: Nasza depresja jest prezentem od życia.
Kontrowersyjne ryby
Pawlikowska zarobiła na swojej depresji setki tysięcy, o ile nie miliony złotych — słyszę od dawnej redaktorki z Edipresse, które wydawało książki Pawlikowskiej. — W sumie, ze wznowieniami, wydała pewnie 170 książek, ale to właśnie te z depresją w tle sprzedawały się najlepiej. Pawlikowska, przedstawiana w podcastach jako uduchowiona i oderwana od życia, potrafi doskonale liczyć pieniądze. Kasowała nie tylko za treść, ale też zdjęcia, rysunki, a nawet projekty okładek — dodaje. — Ludzie, którzy po raz pierwszy usłyszeli, jak przekonuje, że w wiosce indiańskiej nikt nie ma depresji, nie mają pojęcia, że sprzedaje im odsmażany kotlet. I coraz lepiej na nim zarabia.
Pawlikowska w wywiadach przyznaje, że również dzięki książkom o prowadzących do szczęścia zmianach — jak je nazywa: kodów podświadomości — rozwinęła swój biznes podróżniczy.
Czytelniczki płaciły po kilkadziesiąt tysięcy złotych za możliwość wyjazdu z nią do Japonii, Chin, Tanzanii, Australii czy Nowej Zelandii. W kolejnych książkach i wywiadach dorzucała nowe informacje o swoich problemach psychicznych. Najpierw mówiła, że jej depresja trwała 20 lat, potem 30. Do depresji, anoreksji i bulimii dodawała ucieczkę w alkohol, internet i seks. Przyznała też, że przyjmowała suplementy, i w wydanym w 2014 r. „Treningu szczęścia” wymienia je jako jedne z największych kłamstw naszej cywilizacji. Mimo to kilka lat później zaczęła je sprzedawać pod własną marką Zdrowa Sowa. — W 2023 r. przyjrzeliśmy się przekazowi marketingowemu marki promowanej przez Beatę Pawlikowską — mówi Maciej Szymański z Fundacji Badamy Suplementy. — Sprawdziliśmy, co i w jaki sposób obiecuje konsumentowi oraz czy komunikacja jest zgodna z prawem żywnościowym.
Szymański przyznaje, że w przypadku Zdrowej Sowy pojawiło się kilka wątpliwości. Dotyczyły np. sugerowanej na stronie sklepu wyższości sprzedawanej witaminy C „pochodzącej z roślinnych, naturalnych składników” nad kwasem L-askorbinowym pozyskiwanym laboratoryjnie. Jeden z produktów opisano jako „dobre rozwiązanie dla juniorów”, a jednocześnie zastrzeżono, że „nie jest przeznaczony dla dzieci”. — W materiałach na stronie Zdrowej Sowy powoływano się na lecznicze zastosowania fukoidanów, czyli naturalnych związków chemicznych pozyskiwanych z brunatnic i wodorostów. Zaznaczono ich skuteczność w infekcjach bakteryjnych, wirusowych i działanie przeciwzapalne. Tymczasem suplement diety nie może nosić znamion produktu leczniczego — podkreśla Maciej Szymański. — Zwróciliśmy również uwagę na nazywanie przez Zdrową Sowę ryb „kontrowersyjnymi” i przedstawianie sprzedawanych alg jako ich „alternatywę”. Nazywanie ryb „kontrowersyjnymi” może niepotrzebnie zniechęcać do wartościowego produktu spożywczego, a równoważność ekstraktów z alg i ryb (zwłaszcza pod kątem EPA/DHA) wymaga twardych dowodów.
Szymański przyznaje, że reakcja spółki Pawlikowskiej Zdrowa Sowa była obszerna i — jak ją nazywa — współpracująca. Firma zapowiedziała zmianę na stronie i etykietach. Nie miał jednak okazji sprawdzić, czy tak się stało: internetowy sklep z suplementami został zamknięty.
Jego miejsce zajął Majowy Sklep, w którym Pawlikowska sprzedaje m.in. przywiezione przez siebie z Kolumbii ręcznie wykonane naszyjniki z kamieni i nasion i drugie wydanie poradnika „Wyszłam z niemocy i depresji. Ty też możesz”.
Bez seksu
Przed rozmową z Pawlikowską przesłuchałam podcasty, do których była zapraszana. W jednym z nich mówiła, że po opublikowaniu filmu o antydepresantach skończyły się zaproszenia do mediów, na konferencje i wykłady. Kilka firm zrezygnowało z już rozpoczętych z nią projektów. Odszedł od niej narzeczony, dostawała życzenia śmierci, do dziś zasypia z włączonym alarmem. Hejt nie skończył się, nawet kiedy media napisały, że za film przeprosiła i usunęła go ze strony.
— Ale nikt nie napisał, że trzy dni po ukryciu filmu o badaniach dr Moncrieff z powrotem go odsłoniłam i do dzisiaj można go obejrzeć — mówi Pawlikowska. — Założyłam też Fundację Wiedza i Nadzieja, której celem jest rzetelnie przedstawiać najnowsze badania naukowe, także takie, o których nie mówi się w Polsce. Na przykład od niedawna wiadomo, że dysfunkcje seksualne, które są dobrze znanym efektem ubocznym związanym ze stosowaniem leków z grupy SSRI, mogą nigdy nie minąć i utrzymywać się po odstawieniu leków.
Jednak najbardziej niepokojące jest — o czym Pawlikowska mówi z przekonaniem — „spłycenie emocji” spowodowane stosowaniem antydepresantów. I zmniejszone odczuwanie empatii. — Czy chciałabyś, żeby twój syn miał nauczyciela, który bierze leki psychotropowe i ma na skutek ich używania zmniejszoną empatię? — pyta. — Czy chciałabyś rodzić w szpitalu, gdzie pielęgniarki biorą leki i mają zmniejszoną empatię? Być może w niektórych przypadkach są konieczne, ale mam wrażenie, że przepisuje się je zbyt często. A przecież od tego zależy, w jakim świecie będziemy żyć za 10, 15 lat. Ludzie ze zmniejszoną zdolnością odczuwania empatii, miłości i współczucia raczej nie będą dla siebie dobrzy i życzliwi.
— Nawołujesz do odstawiania leków psychotropowych? — pytam.
— Nie. Uważam tylko, że przed podjęciem decyzji pacjent powinien dostać pełną i prawdziwą informację: nie wiemy, co jest przyczyną depresji, nie wiemy, jak dokładnie działają te leki. Mogą mieć wiele efektów ubocznych, mogą wywołać silną zależność fizyczną powodującą, że trudno je odstawić, ale niektórym osobom pomagają.
— Boję się o tym mówić — dodaje, kiedy pomału szykuję się do wyjścia — ale nie mogę o tym milczeć, ponieważ jest to sprawa bardzo ważna społecznie. Od tego zależy, w jakim świecie będziemy żyć. Mam znajomych, którzy latami biorą leki psychiatryczne. Widzę, jak się zmienili, nie można nawiązać z nimi głębszej relacji emocjonalnej, są jak za szybą.
Skorumpowani naukowcy i psychiatrzy
Wchodzę na stronę fundacji Pawlikowskiej. Znajduję przetłumaczone również przez nią artykuły: „Leki przeciwdepresyjne stosowane w zespole jelita drażliwego mogą zwiększać ryzyko zgonu”; „Diagnozy psychiatryczne to nazwy konsumenckie, a nie choroby medyczne”; „Stosowanie leków przeciwdepresyjnych w ciąży może prowadzić do depresji i zaburzeń lękowych”; „Przyjmowanie leków przeciwdepresyjnych w czasie ciąży »może podwoić ryzyko autyzmu u małych dzieci«”.
Jeden z ostatnich artykułów to „20 brutalnie szczerych prawd o psychiatrii” dr. Josefa Witt-Doerringa, który ma się specjalizować w pomocy przy odstawianiu leków psychiatrycznych. Punkt 11: „Badania psychiatryczne zostały skorumpowane przez przemysł farmaceutyczny”. Punkt 13: „Skorumpowani naukowcy kształcą kolejne pokolenie psychiatrów”. Punkt 16: „Pomiędzy przemysłem farmaceutycznym, naukowcami i firmami ubezpieczeniowymi powstał system, zaprojektowany tylko po to, żeby przypisywać ludziom leki”.
Odstawić je ma pomóc wrzucony na stronę fundacji film instruktażowy. I książka „Przewodnik po redukcji szkód po odstawieniu leków psychiatrycznych”. Jej autor Will Hall mimo zdiagnozowanej schizofrenii od 15 lat nie bierze leków. Tym, którzy chcą iść w jego ślady, radzi: „Odstawianie zacznij od leku, który cię najbardziej wciągnął”; „Jeśli potrzebujesz bardzo małych dawek, zmień ich postać na płynną”.
Pytam dr Laurę Krumpholz, farmaceutkę i naukowczynię, znaną w sieci jako Nieanegdotycznie, jak walczyć z rewelacjami Pawlikowskiej.
— Nasza wiedza o lekach jest tak duża, że za pomocą modeli matematycznych jesteśmy w stanie przewidywać, jakie stężenie lek będzie osiągał w organizmie, nawet zanim podamy go pierwszym pacjentom — dr Laura Krumpholz odnosi się najpierw do ostatnich rewelacji Pawlikowskiej, że nie ma ani jednego badania naukowego na temat tego, jak dany lek zachowa się w konkretnym organizmie.
— Dawanie tego typu wypowiedziom zasięgów bez nałożenia na to merytorycznego filtra jest skrajnie niebezpieczne — przyznaje, kiedy pytam o krucjatę Pawlikowskiej przeciwko lekom psychiatrycznym.
— Czym innym jest powiedzieć: „nie biorę żadnych leków”, czym innym twierdzić, że nauka nie daje odpowiedzi, jak działają leki. To przedstawienie manipulacji jako faktów. A dezinformacja i obniżanie zaufania do systemu zdrowia mogą, przy rezygnacji z terapii, doprowadzić nawet do przedwczesnych śmierci. Jedyne, co możemy zrobić, to nie reagować na takie treści. Każdy komentarz, udostępnienie, np. żeby się razem pośmiać, buduje im zasięg.
Po sukcesie Beaty Pawlikowskiej w podcaście Żurnalisty (zebrał ponad 300 tys. odsłon) w kolejce czekają następni. A Pawlikowska zapowiada kolejne książki, również z depresją w tle. Od roku sama je wydaje i ma pełną kontrolę nad tym, co wypuszcza w świat.
Wszystkie wypowiedzi autoryzowane przez Beatę Pawlikowską.

