Premier Tusk, prezydent Nawrocki i prezes Glapiński nie potrafią się dogadać w sprawie obsady zarządu NBP. Jeśli szybko nie zostanie uzupełniony, bank wpadnie w kryzys, którego skalę i skutki trudno przewidzieć. Choć o problemie wiadomo od jakiegoś czasu, to porozumienia nie widać. Wręcz odwrotnie — z wrogich obozów płyną sygnały świadczące o przygotowaniach do starcia.
Rozpoczęło się odliczanie. 4 listopada kończy kadencję w zarządzie Narodowego Banku Polskiego Adam Lipiński, dawny przyboczny Lecha Kaczyńskiego. Co on w ogóle robił w najważniejszej finansowej instytucji bez odpowiednich doświadczeń, to w tym wypadku wątek poboczny. Sprawa jest znacznie poważniejsza: po odejściu Lipińskiego w zarządzie NBP zostanie jedynie pięć osób, a ustawa o NBP wymaga, by było sześć-osiem.
Ustawodawcy nie przewidzieli planu awaryjnego, bo nie mogli sobie wyobrazić temperatury sporu politycznego naszych czasów, choć zarząd NBP ma bardzo ważne kompetencje. Reguluje płynność finansową na rynku bankowym, przez co wpływa na poziom inflacji. Decyduje o inwestowaniu polskich rezerw w złoto oraz waluty o wartości setek miliardów złotych. Przygotowuje roczne sprawozdania finansowe. To od jego wyliczeń zależy, czy i jaka kwota ewentualnego zysku NBP zasili budżet państwa. Wprowadza do obiegu i wycofuje banknoty oraz monety.
Co, jeśli zarząd będzie niekompletny? Czy przestanie działać? Jak zareagują na to rynki finansowe? Jak agencje ratingowe? Co stanie się z kursem złotego?
Jak uniknąć testowania tak ryzykownego scenariusza?
— Problem polega na tym, że NBP jest hybrydą, która wymyka się konstrukcjom znanym polskiemu prawu — mówi prawnik prof. Michał Romanowski.
Jako instytucja ma osobowość prawną, ale są tam trzy organy niezależne od siebie: prezes, zarząd i Rada Polityki Pieniężnej. A na dodatek prezes jest jednocześnie członkiem rady i członkiem zarządu, będąc przy tym samodzielnym organem…
— Jedyna ścieżka, którą można byłoby zastosować w odniesieniu do niekompletnego, czyli kadłubkowego, zarządu wynika z prawa cywilnego. Należałoby powołać kuratora — mówi prof. Romanowski.
Mogliby wystąpić o to do sądu premier, prezydent i prezes NBP. Albo Rada Polityki Pieniężnej, ponieważ rolą zarządu jest operacyjne wykonanie uchwał rady. Mógłby wystąpić wreszcie prokurator, bo wymagają tego ważny interes społeczny i bezpieczeństwo obrotu.
— Kurator w banku centralnym? Bylibyśmy pionierami w cywilizowanym świecie… Jak jakiś kraj niedorozwinięty. Bantustan — trzej ekonomiści, z którymi rozmawiam, są zgodni.
Problemu można było uniknąć — ustawodawca zakładał, że w imię dobra wspólnego bez problemu dogadają się prezes NBP, prezydent i premier. Prezes wyznaczy kandydata do zarządu i wyśle wniosek do akceptacji prezydentowi, a ten przekaże go premierowi do kontrasygnaty.
Kruchy plan
Zarząd zaczął topnieć 8 marca, gdy skończyła się kadencja wiceprezes Marty Kightley, prawej ręki i najbardziej zaufanej współpracowniczki prezesa Glapińskiego. Złośliwi mówią, że wykonywała za niego mnóstwo pracy, jeździła w zagraniczne delegacje — czego prezes nie lubi — i podpisywała ważne dokumenty, w tym dotyczące podwyżek wynagrodzeń dla prezesa.
Prezes NBP Adam Glapiński i wiceprezeska banku Marta Kightley
Foto: Radek Pietruszka / PAP
Glapiński miał być tak zdesperowany, by ją zatrzymać, że zaczął układać plan, który pogodziłby diabła z wodą święconą. Zagorzały zwolennik PiS miałby przekonać do swojej propozycji Donalda Tuska. Tego samego, który mówił o prezesie „Adam drożyzna Glapiński” i obiecywał wyborcom, że go wyprowadzi z NBP i postawi przed Trybunałem Stanu za upolitycznienie banku centralnego i dopuszczenie do dwucyfrowej inflacji.
A do tego miałby się z nimi zgodzić prezydent Karol Nawrocki, który co krok daje do zrozumienia, że za cel swojego urzędowania stawia sobie obalenie obecnego rządu — świadczą o tym konflikty o obsady ambasadorów, sędziów i nominacje generalskie.
Premier Tusk podjął to wyzwanie. Negocjacje z Glapińskim w imieniu rządu prowadził minister finansów i gospodarki Andrzej Domański. Jesienią 2025 r. miało dojść do dwóch spotkań.
Prezes NBP gotów był do bardzo daleko idących ustępstw. Według dwójki moich rozmówców zgoda rządu na pozostawienie wiceprezes Kightley miała uruchomić ciąg następujących po sobie roszad personalnych.
W marcu odchodzącego z zarządu NBP byłego szefa ABW Piotra Pogonowskiego zastąpić miał Ludwik Kotecki. Zasiadający obecnie w Radzie Polityki Pieniężnej, były wiceminister finansów z rządów PO. Formalnie — zgodnie z przepisami — zgłosiłby go na sześcioletnią kadencję Senat. Na jego miejsce do RPP miała zaś wejść, według nieoficjalnych informacji, była minister zdrowia Izabela Leszczyna (również sześcioletnia kadencja).
W listopadzie za Lipińskiego do zarządu NBP miałby wejść Przemysław Litwiniuk i zostać drugim wiceprezesem, a wakat po nim w RPP miałby obsadzić już nie PSL, ale lewicowy koalicjant z rządu.
Na koniec tej układanki w styczniu 2027 r. kadencję w zarządzie kończy Marta Gajęcka, a jej miejsce zajmuje wskazany przez prezydenta jego przyboczny Marcin Zarzecki. Nawrocki wstawił go pod koniec 2025 r. do RPP. Posłowie koalicji rządzącej nie mieli obiekcji, by przegłosować jego kandydaturę do rady, chociaż nie ma finansowych kompetencji — jest socjologiem religii i byłym szefem Fundacji Narodowej finansowanej przez spółki z udziałem skarbu państwa.
Ten misterny plan dawał korzyści każdej ze stron.
Premier miałby lepszy wgląd w to, co się dzieje w NBP, i być może przychylność w ustalaniu wysokości stóp procentowych i zysku NBP.
Prezes zachowałby prawą rękę w zarządzie i może liczył na to, że wigor straci Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej, która rekomenduje postawienie przed Trybunałem Stanu.
Prezydent zaś sprezentowałby swojemu przybocznemu sześcioletnią posadę z pensją, premiami i nagrodami za mniej więcej 1 mln zł rocznie. Dwa-trzy razy więcej, niż obecnie pobiera w RPP.
Porozumienie było jednak kruche jak pokój na Bliskim Wschodzie, bo nikt nikomu nie ufał. Glapiński miał w geście dobrej woli obiecać ministrowi Domańskiemu, że pochwali unijny program zbrojeń SAFE na swojej konferencji prasowej.
— Mówiłem politykom PO: nie wierzcie mu, bo opowiadał w banku, że unijny SAFE to zdrada, że te wszystkie pieniądze na czołgi i inne sprzęty i tak wylądują na kontach Niemców — opowiada znający sprawę urzędnik. — No i zobaczyli ze zdziwieniem, jak Glapiński chwali w telewizji SAFE, ale nie unijny, tylko własny, lepszy i narodowy program SAFE 0 proc. A obok niego stoi Karol Nawrocki.
Adam Glapiński i Karol Nawrocki
Foto: Jacek Szydłowski / Forum
Prezes mętnie przy tym tłumaczył, że jest w stanie wygenerować równie wysokie kwoty co UE z rezerw walutowych NBP i nie pozbywając się ich, co zabrzmiało, jakby chciał zjeść ciastko i mieć ciastko.
Konferencja wywołała wściekłość Tuska. Glapiński w najmniej spodziewanym momencie włożył rządowi kij w szprychy i dostarczył prezydentowi argumentów do zawetowania ustawy o unijnym SAFE. Ale podtekst jego propozycji był też taki: jak w NBP pojawi się jakiś zysk, to przeznaczymy go na zbrojenia. — Stało się jasne, że prezes z prezydentem pozbawiają rząd możliwości wykorzystania ewentualnych zysków NBP do poprawy płynności budżetu, by mógł sobie pozwolić na ocieplenie relacji z wyborcami — mówi związany z PO ekonomista. — A rząd potrzebuje pieniędzy, bo deficyt budżetu państwa przekracza 7 proc. PKB i jest jednym z najwyższych w Unii Europejskiej.
— Pokażcie ustawę — mówił rozzłoszczony premier. — Jeśli jest zysk NBP, to on ma zgodnie z prawem trafić do budżetu państwa.
Gdy w wypichconej naprędce ustawie nie było żadnych pieniędzy, wylądowała w koszu.
Tusk odesłał wnioski o nominacje do zarządu NBP bez kontrasygnaty ani słowa wyjaśnienia.
Stójka w zarządzie
Glapiński niby działa bez prawej ręki od 8 marca… Ale Marta Kightley nadal bierze udział w pracach zarządu i posiedzeniach Rady Polityki Pieniężnej, tylko jako doradczyni prezesa. Jedna z wielu.
Prezesowi powoli ubywa w zarządzie osób, na których mógł polegać — odszedł Pogonowski, wkrótce zniknie Lipiński. Nabrzmiewa za to konflikt z Pawłem Muchą, którego do zarządu nominował jeszcze prezydent Andrzej Duda.
Mucha zarzucił Glapińskiemu blokowanie dostępu do pełnych protokołów z posiedzeń Rady Polityki Pieniężnej. Ujawnił i publicznie kwestionował uchwały zarządu NBP, które drastycznie zwiększały fundusz nagród i premii dla prezesa (w grę wchodziły kwoty rzędu milionów złotych rocznie). Kierownictwo NBP odpierało te zarzuty, twierdząc, że to manipulacja.
Gdy Mucha zaczął publikować na platformie X oficjalne pisma i skany korespondencji uderzające w Glapińskiego, dostał karę dyscyplinarną, nagany za „łamanie regulaminu pracy i szkodzenie wizerunkowi banku”.
Skarżył się, że jego gabinet w NBP został w tajemniczych okolicznościach zalany wodą, a jego rzeczy przeniesione kilka pięter wyżej. Prezes odebrał mu nadzór nad trzema kluczowymi departamentami. Drastycznie też ograniczył uznaniowe nagrody i premie. Mucha został z gołą pensją plus minus 100 tys. zł brutto, gdy inni członkowie zarządu zarabiali po blisko 1 mln zł. Przed kilkoma dniami zapadł prawomocny wyrok — prezes nie miał podstaw udzielać nagany członkowi zarządu. Sprawa zaległych wynagrodzeń jest w toku.
To cios wizerunkowy dla prezesa Glapińskiego.
Co dalej? — Im bliżej listopada, tym bardziej sprawa będzie nabrzmiewać. We wrześniu zacznie się kampania przed przyszłorocznymi wyborami i wtedy wszystko jest możliwe — mówi jeden z prawników. — Jeżeli na przykład prezes Glapiński wygenerowałby potencjalny zysk NBP, to może stałby on się jakimś interesującym argumentem dla rządu — dodaje.
Jeśli wygenerowałby zysk NBP w tym roku, to zasiliłby on budżet w przyszłym roku, czyli obecną ekipę rządzącą, i to tuż przed wyborami. — Wchodzimy w politykę. Brak organów banku centralnego może sporo kosztować lewą stronę ulicy Świętokrzyskiej, więc myślę, że do jakichś rozmów wrócą — mówi członek RPP.
To nie jest płochliwa sarna
Piłka jest po stronie Glapińskiego. Powinien napisać nowy wniosek, odbyć serię spotkań. Premier potrzebuje koordynacji polityki fiskalnej z pieniężną — niższych stóp procentowych, zysków z NBP, które zasilą budżet państwa. I to szybko… Na razie jednak z obu obozów płyną sygnały świadczące o przygotowaniach do starcia.
NBP, według informacji jednego z prawników, zasięga opinii prawnych „ukierunkowanych na ustalenie, że niekompletny skład zarządu nie przeszkadzałby jego dalszemu funkcjonowaniu”. Ale rozważany jest też wniosek do sądu o ustanowienie kuratora w osobie prezesa NBP jako jedynej osoby, która posiada ustawową zdolność uzupełnienia składu zarządu. Ma legitymację od Sejmu i ważny z perspektywy traktatowej przymiot niezależności. — A ja słyszałem, że Zdzisław Gawlik dostał silną sugestię, by jego Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej zabrała się do pracy i zaczęła szczypać prezesa — mówi ekonomista związany z KO.
Od członka komisji słyszę: — Pracujemy swoim trybem. Mieliśmy kilkadziesiąt spotkań, przesłuchaliśmy około 60 świadków. Wszystko zmierza do przygotowania sprawozdania w sprawie prezesa Glapińskiego jeszcze w tym roku. Sprawy toczą się w trybie zamkniętym, nic więcej nie mogę powiedzieć.
Sprawozdanie komisji może być podstawą do postawienia prezesa przed Trybunałem Stanu.
— Eskalacja to może być błąd — mówi jednak prawnik związany z PSL i przytacza anegdotę o biskupie, który upominał zbyt aktywnych księży w czasach stalinowskich, żeby nie ryzykowali życia. Gdy mówili: „Przecież apostołowie nawet w celi z lwami byli i Pan Bóg nie pozwolił im zrobić krzywdy”, biskup tłumaczył: „Ale czytałeś, synu, żeby oni te lwy za ogony ciągali?”.
— Glapiński to nie jest płochliwa sarna zagoniona w róg. Tak jak przy wysokiej inflacji obniżał dwa razy stopy procentowe, by przed ostatnimi wyborami pomóc ówczesnemu rządowi, tak teraz może zacząć je podnosić, żeby przeszkodzić obecnemu — mówi prawnik.
Ekonomista związany z Platformą Obywatelską też nie wyklucza podwyżek stóp na jesieni: — Od września będziemy mieć kampanię wyborczą. Glapiński ze swoim politycznym temperamentem może się nie powstrzymać. Będą kolędować do niego, żeby powiedział coś dobrego o opozycji albo dał pieniądze. Nie wykluczam, że pójdzie na wojnę z rządem. Może też informować Europejski Bank Centralny, a każde zainteresowanie się EBC sytuacją w Polsce obniża naszą wiarygodność i koszty rolowania długu mogą być wyższe.
Czy prezes NBP może sam wystąpić do sądu o mianowanie kuratora i zaproponować swoją kandydaturę? Profesor Romanowski uważa, że nie. Czy w skrajnym przypadku może zaproponować na kuratora swoją byłą wiceprezes Martę Kightley?
Profesor Romanowski: — W skrajnym scenariuszu o kuratora mogą wystąpić prezes NBP oraz premier, prezydent i prokurator i każdy zaproponuje swojego kuratora. A sąd zdecyduje. Krótko mówiąc: kryzys praworządności i upadek instytucji postępują.
— Jeżeli nie mogą się dogadać na czterech kandydatów do zarządu, to niech się dogadają na dwóch — mówi członek RPP. — Albo niech już GUS wylosuje dwóch dowolnych Polaków i obsadzi nimi wakaty, żeby nie poszło w świat, że Polska nie ma zarządu banku centralnego.




