Cztery lata temu otwieraliśmy przed nimi drzwi naszych mieszkań i domów. Szykowaliśmy kolację i łóżka do spania. Polska stała się bezpiecznym domem dla ukraińskich matek i ich dzieci, uciekających przed rosyjskimi bombami.
Ukrainki, które od wybuchu wojny próbują ułożyć sobie życie w naszym kraju, zwracają uwagę, że wiele się od tamtej pory zmieniło. Agresja wobec nich stała się codziennością.
Ina mówi, że z synem stara się nie rozmawiać w autobusie. – Wania nie chce, żebym mówiła do niego po ukraińsku. Boi się, że będą nas wyzwać – tłumaczy.
Iryna już kilka razy została zaatakowana. – Na ulicy rozmawiam z córkami tylko po polsku. Ale poznają nas po akcencie. Nie jest wtedy przyjemnie – mówi.
Ich opowieści nie są niestety odosobnione.
„Mamo, mów ciszej, bo nas usłyszą”
Inę spotkałam cztery lata temu, kilka tygodni po wybuchu wojny. Samotna matka z dwojgiem dzieci – Wanią i Lilą. Cała trójka spakowana do jednej kraciastej torby, stanęła w drzwiach naszego domu.
W Krzywym Rogu, rodzinnym mieście Zełenskiego, Ina zostawiła całe życie: pracę na kampusie uniwersyteckim, mieszkanie i starszych rodziców. Byłego męża też.
Dziś Ina już się usamodzielniła, wynajmuje kawalerkę w podwarszawskiej miejscowości i pracuje w sklepie spożywczym. Wania właśnie poszedł do technikum, a Lila rzuciła studia medyczne na Ukrainie i też pracuje – w sieciówce z ubraniami.
Dzieci świetnie opanowały język polski. Mówią bez akcentu. Ina ma z tym problem. W rozmowę wplata dużo ukraińskich i rosyjskich słów.
– Zauważyłam, że coś zaczyna się zmieniać, kiedy stałam z Wanią na przystanku i czekaliśmy na autobus – opowiada.
– Mieliśmy jechać kupić mu buty. Rozmawialiśmy po ukraińsku i wtedy Wania do mnie powiedział: mamo, mów ciszej, bo nas usłyszą. Nie zrozumiałam, o co mu chodzi. Przecież nic złego nie mówiłam. A mój syn: mamo, nie mów do mnie po ukraińsku – dodaje.
Przyznaje, że kilka razy za plecami słyszała w autobusie: „o! Ukraińce jadą”. Albo że wszystkie miejsca siedzące zajmują. Dziś w komunikacji miejskiej stara się w ogóle nie rozmawiać. Po co się narażać? – pyta.
Jak mówi, nigdy nie wiadomo, kogo się spotka. Kto jak zareaguje.
– Źle dzieje się też w mojej pracy. Połowa zespołu to Polacy, połowa to Ukraińcy. Kilka razy słyszałam już, że wszystko robię źle i mogę sobie wracać na Ukrainę. Od kolegów z pracy. Nie od szefowej! Wyobrażasz sobie? – denerwuje się Ina.
– I ciągle te pytania od klientów: ziemniaki polskie czy ukraińskie, kurczak pewnie z Ukrainy, nie biorę. Ostatnio młody chłopak spytał, czy aby papierosy, które mu sprzedaje, nie są z Ukrainy. A amerykańskie były – dodaje Ina.
Ukrainki boją się o swoje dzieci. „Myślałam już o powrocie”
Iryna, ładna, drobna blondynka, słowiański typ urody. Ma 40 lat. Po wybuchu wojny do Polski przyjechała z dwoma córeczkami. Prosi, żeby nie podawać ich imion.
Dziś dziewczynki mają 6 i 10 lat. Iryna wychowuje je sama, jest w trakcie rozwodu z mężem, który został na Ukrainie. Razem z córkami i matką wynajmują kawalerkę na warszawskiej Woli.
Domowy budżet trudno spiąć z jednej pensji. Na początku roku Ira straciła pracę i żeby przeżyć, szybko musiała zacząć szukać nowej. Jak się okazało, nie było to takie łatwe.
– Myślałam już o powrocie na Ukrainę. To było straszne. Szukałam wszędzie, nawet na najniższej pensji. Raz miałam za wysokie wykształcenie, bo mam, jak wy to mówicie, magistra – mówi z żalem.
– Raz byłam też za stara. W jednej z drogerii powiedzieli mi, że w moim wieku już nie przyjmują. Próbowałam zatrudnić się w dużym sklepie spożywczym. Kierownik powiedział mi, że jestem za niska do pracy w sklepie, bo nie dosięgnę do wysokich półek. Widziałam, że pracuje tam Hinduska, niższa ode mnie o głowę i dwie starsze panie, też niższe ode mnie. Ale nie Ukrainki – opowiada rozgoryczona Iryna.
Irynę najbardziej boli to, co muszą przeżywać jej córki. Ataki na nią zdarzają się coraz częściej. A agresorzy nie zwracają uwagi, że obok są dzieci.
– Idę z dziewczynkami takim przejściem pod ziemią. Zgubiłam się. Patrzę na mapę w telefonie, żeby trafić. Potrąca mnie jakiś facet, telefon wypada mi z ręki. Mówię więc do niego: proszę uważać. A on albo słyszał, jak rozmawiamy po naszemu, albo rozpoznał mój akcent i mówi do mnie: odrąbać ci głowę za Wołyń! – wspomina.
Ukraińcy w Polsce. Zdradzili, co słyszą na ulicach
Niestety do przykrych incydentów dochodzi także na placach zabaw. To, jak twierdzi Iryna, najbardziej ją boli, bo małe dzieci nie mają jak się obronić.
– Wracamy raz z dziewczynkami z takiego placyku, rozmawiamy po ukraińsku, śmiejemy się, przechodzimy obok starszej, siwej pani. A ona do nas: co wy tu tak siedzicie, niech was w Ukrainie bomby zabijają – opowiada ze smutkiem w głosie matka dwóch córek.
– Jak wytłumaczyć dzieciom, że ktoś życzy im śmierci? Dlatego zakazałam dziewczynkom mówić na ulicy po ukraińsku – dodaje.
Pytam Irę, czy znalazła w końcu pracę i jaka tam panuje atmosfera.
– Teraz jestem w dużym sklepie z ubraniami. Dostałam tam pół etatu, czekam jak znowu zaczną wypłacać mi 800+. Ludzie są w porządku. Pracują Polacy i Ukraińcy. Nikt nikomu nie wadzi – odpowiada.
A klienci? Dopytuję.
– To już gorzej. Raz jedna pani wyzwała mnie od starej ukraińskiej k…, bo obsłużyłam inną klientkę, w czasie, gdy ona się zastanawiała – wspomina.
– Drugim razem jeden pan zwrócił mi uwagę, żebym ładniej po polsku mówiła. Jak będę porządnie wymawiała, nie tak '”po naszemu”, to może będę więcej klientów miała. Naprawdę to jest aż tak ważne, żeby zwracać uwagę? – pyta Iryna.
To wina ruskich botów
Olga i Lila mieszkają w Łodzi. Ich dzieci chodziły do tego samego przedszkola. Teraz do tej samej szkoły.
Gdy pytam, jak żyje im się w Polsce, obie odpowiadają: dobrze. Ale od razu dodają: dużo się też zmieniło.
– Może Polacy już są zmęczeni wojną, nami. Nie wiem, skąd te ciągłe ataki. Dlaczego komuś przeszkadza, że jestem z Ukrainy – mówi Olga, matka trzech córek.
Lila dodaje: „To wina ruskich botów”. – W internecie nie da się już czytać tego, co piszą. Ludzie to czytają, a potem nas atakują – dodaje.
Pani Maria: „Sprzątam u Konfederatki, o polityce nie rozmawiam”
Pani Maria ma 60 lat. Pochodzi z okolic Lwowa. W Polsce sprząta. Ma stałych klientów i zapełniony po brzegi grafik. Pracę zaczyna rano, kończy późnym wieczorem. Narzekać nie chce.
– Proszę napisać, że mi tu dobrze. Klientów mam. Sprzątam nawet u jednej pani, co jest Konfederatką. Ale jakoś jej to nie przeszkadza, że pochodzę z Ukrainy – uśmiecha się pani Maria.
– Parę razy próbowała zacząć o polityce. Ale ja o polityce nie rozmawiam. Wiem, kto to jest Braun. Ale co ja mogę na jego temat powiedzieć. Wie pani, nie każdy ma dobrze w głowie – dodaje.
Pani Maria nie zamierza wyjeżdżać z Polski. Tu ułożyła sobie życie, tu zarabia i tu chce żyć. Tam, jak mówi, już nic na nią nie czeka. Tęskni tylko za synem i wnukami.
– Ja nie wracam, tu jest moje życie. Odwiedzają mnie dzieci. Nawet ściągnęłam tu teściową syna. I tak sobie razem mieszkamy, w tym jednym pokoju – mówi.
Pytam nasze bohaterki, czy myślą o powrocie do ojczyzny.
Ina ciągle się waha. Tęskni za rodzicami, którzy zostali sami w Krzywym Rogu. Czasami wysyła im paczki z jedzeniem.
– Oni są tam sami, a my tu. Wiesz, ja przestałam w Polsce czuć się bezpiecznie. Ale co mnie tam, na Ukrainie czeka? Bomby i shahedy nad głową – mówi Ina.
Iryna też zastanawia się nad powrotem. Trudno jej też samej utrzymać się w Warszawie.
– Każdy z nas jest człowiekiem. Ja chcę normalnie żyć, pracować i wychować moje dziewczynki. Pytasz, dlaczego tyle ataków jest? Dużo robi pewnie ta ruska propaganda. Oni chcą nas skłócić, jestem tego pewna – mówi smutno Iryna.
Aneta Krajewska


