Ile naprawdę kosztują nas choroby? Przedstawiono raport, który po raz pierwszy pokazuje, jak można liczyć te wydatki i jak ogromne są to kwoty.

W Polsce trwa dyskusja o kosztach leczenia chorób — o tym, ile NFZ płaci za poszczególne procedury, ile wynosi refundacja leków, a ile kosztuje pobyt w szpitalu. Padają konkretne wartości. Wspomina się także o kosztach pośrednich, m.in. zwolnieniach lekarskich, rentach czy obniżeniu produktywności, ale konkretne wartości już nie są podawane. Przedstawiane są jedynie szacunki w oparciu o dane z innych krajów, bo w Polsce nikt tego nie liczył. Aż do teraz.

Specjaliści firmy EconMed Europe przedstawili propozycję liczenia nie tylko kosztów bezpośrednich terapii, ale także pośrednich wynikających z choroby, które wpływają zarówno na rodziny i gospodarstwa domowe, jak i na całą gospodarkę. Eksperci przyjrzeli się wnikliwie dwóm obszarom terapeutycznym: rakowi piersi i chorobom siatkówki. Oba te schorzenia stanowią poważne wyzwanie dla systemu opieki zdrowotnej. Zarówno pod względem liczby pacjentów, jak i wydatków NFZ.

Analizy wydatków na opiekę zdrowotną są niezbędne, ponieważ przybywa osób z chorobami przewlekłymi, rośnie zatem zapotrzebowanie na opiekę. — Zdrowie nie jest wyłącznie kosztem dla systemu ochrony zdrowia, ale także jednym z fundamentów stabilności społecznej i gospodarczej państwa. Jeśli liczymy wyłącznie koszty medyczne, a niedoszacowane są rzeczywiste koszty chorób, to decyzje zapadają na podstawie niepełnych danych. Gospodarka zaś traci aktywność zawodową pacjentów i ich opiekunów. Jeśli zaczniemy mierzyć pełną wartość zdrowia, zyskamy lepsze podstawy do planowania wydatków publicznych, zwiększymy aktywność zawodową Polaków i skuteczniej odpowiemy na narastające wyzwania demograficzne — mówi Michał Seweryn, specjalista zdrowia publicznego i epidemiologii, wiceprezes EconMed Europe.

W 2024 r. leczonych było ponad 231 tys. osób z rakiem piersi (w zdecydowanej większości chorują kobiety, ale także garstka mężczyzn). Koszty terapii tych pacjentów wyniosły 18 mld zł, z czego 20 proc., czyli prawie 3,6 mld zł, stanowiły wydatki NFZ, a 7 proc., czyli prawie 1,4 mld zł, to były koszty bezpośrednie ponoszone przez pacjentów. Objęły one obciążenia związane z wizytami w ośrodku (np. dojazd, wyżywienie, nocleg) oraz z leczeniem, np. lekami nieobjętymi refundacją, badaniami diagnostycznymi i wizytami u specjalistów poza NFZ.

Co czwarta pacjentka z rakiem piersi, gdy usłyszała diagnozę, była w wieku produkcyjnym. Część chorych musiała całkowicie zrezygnować z pracy, część musiała wziąć zwolnienie lekarskie w czasie leczenia i rekonwalescencji, które niekiedy trwały wiele miesięcy, ale są i takie osoby, które z powodu tego nowotworu zmarły przedwcześnie. Eksperci EconMed Europe obliczyli, że koszty pośrednie stanowiły 73 proc. i wyniosły ponad 13,3 mld zł. W swoich analizach uwzględnili zarówno koszty związane z absencją chorobową, jak i tzw. prezenteizmem, czyli obniżoną efektywnością w pracy spowodowaną skutkami choroby i leczenia. Ich zdaniem istotnym obciążeniem jest także utrata produktywności opiekunów, którzy rezygnują z części aktywności zawodowej, aby zapewnić chorej wsparcie. Wszystkie te koszty wykraczają poza sferę ochrony zdrowia. Oddziałują bowiem na rynek pracy, gospodarstwa domowe, finanse publiczne oraz jakość życia pacjentów i ich rodzin.

Wśród chorych na raka piersi są jednak także takie osoby, które wracają na rynek pracy, nie stanowią zatem obciążenia dla społeczeństwa, a swoją pracą bezpośrednio przyczyniają się do zwiększenia PKB Polski. Dotyczy to przede wszystkim pacjentek, które zostały zdiagnozowane na wczesnym etapie choroby i były leczone efektywnie, zgodnie z najnowszą wiedzą medyczną. — W wielu przypadkach nowoczesne terapie generują oszczędności poza budżetem zdrowia, poprawiają jakość życia i pozwalają pacjentom dłużej funkcjonować aktywnie społecznie i zawodowo — mówi dr Seweryn.

Choroby siatkówki, podobnie jak rak piersi, dotykają bardzo wielu osób. Z danych NFZ wynika, że w 2024 r. z powodu tych chorób było leczonych 339 tys. pacjentów, ale większość z nich była już w wieku emerytalnym. Zarówno na zwyrodnienie plamki związane z wiekiem (AMD) czy cukrzycowy obrzęk plamki (DME) najczęściej chorują osoby po 60. roku życia. Mimo to koszty pośrednie były bardzo wysokie. Z badania firmy EconMed Europe wynika, że w 2024 r. stanowiły one aż 84 proc. wszystkich ponoszonych kosztów i wyniosły 7,9 mld zł.

Wydatki te objęły straty związane ze zwolnieniami lekarskimi, spadkiem jakości wykonywanej pracy, rentami, ale przede wszystkim opieką nad pacjentem. Aż 10 proc. opiekunów chorych z AMD lub DME brało zwolnienia lekarskie lub musiało ograniczyć czas pracy. Oba te schorzenia nieleczone lub leczone zbyt późno prowadzą do trwałej utraty wzroku i tym samym utraty samodzielności.

Analizy kosztów pośrednich, niewidocznych w systemie, są niezbędne, ponieważ polski system ochrony zdrowia boryka się nie tylko z presją organizacyjną wynikającą z tego, że przybywa pacjentów, ale też z presją demograficzną. Wskaźnik dzietności jest obecnie najniższy w historii Polski. — Dawniej statystyczna kobieta miała trójkę dzieci, obecnie ma jedno. W 2025 r. urodziło się 238 tys. dzieci, a zmarło 406 tys. osób — przypomina dr n. med. Jakub Gierczyński, ekspert ds. systemu ochrony zdrowia. Łatwo obliczyć, że przyrost naturalny jest ujemny i wynosi 160 tys. osób.

Ujemny przyrost naturalny sprawia, że maleje nasza populacja. W 2010 r. żyło w Polsce 38,5 mln osób, a w 2025 — 37,3 mln. Spadek ten wynika przede wszystkim z nadumieralności. Mógłby być on niższy, gdyby dostępne było skuteczne leczenie i profilaktyka. — Dzięki profilaktyce moglibyśmy uniknąć rocznie 19 tys. zgonów z powodu wszystkich chorób, a dzięki szybkiemu rozpoznaniu choroby i skutecznemu leczeniu byłoby 17 tys. zgonów rocznie mniej — mówi dr Gierczyński.

Moglibyśmy zatem uniknąć 36 tys. zgonów, ale ważne jest też, aby utrzymać w zdrowiu nasze społeczeństwo, które się starzeje. — W Polsce w 1950 r. oczekiwana długość życia kobiety wynosiła 62 lata, a mężczyzny — 56 lat. Obecnie — kobieta ma żyć 82 lata, a mężczyzna — 75 lat. Oczekiwana długość życia wzrosła o 20 lat — podkreśla dr Gierczyński.

Obecnie w Polsce w wieku przedprodukcyjnym jest prawie siedem milionów osób i niewiele z nich pracuje. W wieku produkcyjnym, czyli od 18 do 64 roku życia, jest 22 mln osób, ale pracuje tylko 18 mln. W 2024 r. na konsekwencje chorób tych 18 mln pracujących osób ZUS wydał 57 mld zł. Zwolnienia lekarskie lekarze wypisali na 290 mln dni.

W wieku poprodukcyjnym, 65+, jest w Polsce 9 mln osób. Jednak z tej grupy tylko 800 tys. osób pracuje. Wynika to z tego, że Polka żyje w zdrowiu 63 lata, a Polak 62 lata. — Gdy słyszę dyskusję o przedłużeniu wieku emerytalnego zapisanego na sztywno, to zastanawiam się, czy ci ludzie będą w stanie pracować. Przedłużamy życie, ale nie patrzymy całościowo — w jakiej kondycji są te osoby i czy w ogóle mogą pracować — mówi dr Gierczyński.

A dr Seweryn dodaje: — Nie ma takiej choroby, w której udałoby się wyeliminować absencję chorobową, w wielu schorzeniach niezbędny jest też pobyt w szpitalu, a niektóre mogą prowadzić do niepełnosprawności, ale chodzi o to, aby próbować zmierzyć te wszystkie koszty, bo dzięki temu zobaczymy, co zyskujemy dzięki nowoczesnemu leczeniu.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version