Kiedy Dida urodziła trojaczki, rozpłakała się, ale nie ze szczęścia, tylko z rozpaczy. Myślała tylko o tym, za co je wykarmi. Na szczęście Burka, Bonsa i Eba chowają się dobrze.

Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Dida jest drobna, ma pociągłą twarz o zapadniętych policzkach i oczy, w których blask wygasł dawno temu. Ma 36 lat, ale wygląda dużo starzej. Etiopki mają piękne, bujne włosy, ale ona z jakiegoś powodu swoje zakrywa chustą. — Do samego końca nie wiedziałam, że będę miała trojaczki — mówi.

W zaawansowanej ciąży pojechali z mężem do wiejskiego ośrodka zdrowia oddalonego o godzinę jazdy. Dzięki wsparciu z Polski porady medyczne udzielane są tam za darmo, ale dla biedaków wyprawa do przychodni to nie lada wyzwanie. Transport kosztuje ok. 100 birrów, równowartość 2,30 zł, ale tyle mniej więcej Dida z mężem Dayesą wydają dziennie na jedzenie dla sześcioosobowej rodziny. W ośrodku usłyszała, że ciąża jest mnoga. Odesłano ją na specjalistyczne badania do szpitala w Waliso. Trzeba było wysupłać kolejne 100 birrów, a w Walio lekarze orzekli, że będą bliźniaki. Gdyby było ją stać na dodatkowe płatne USG, dowiedziałaby się całej prawdy, ale i tak wróciła do domu przygnębiona. — Zastanawiałam się, za co je co utrzymamy, skoro ledwie wiążemy koniec z końcem — wspomina.

Ból nie był najgorszy, w końcu rodziła już po raz czwarty. Załamała się, kiedy po pojawieniu się dwóch zdrowych noworodków położna powiedziała, by parła dalej, bo jest jeszcze trzeci. — Płakałam z rozpaczy, lekarze próbowali mnie pocieszyć. Mówili, że dzieci to dar od Boga — opowiada. Potem nie było już czasu na żale czy rozmyślania, trzeba było zająć się nowo narodzonymi — wystarać o ubranka, kocyki, pieniądze na jedzenie dla niemowląt.

Burka, Bonsa i Eba urodzili się w lipcu w katolickim szpitalu św. Łukasza w Waliso. Dwaj chłopcy ważyli po 1,6 kg, trzeci — 1,7 kg. Lekarze uspokajali, że wszystko jest w normie. Dida w ciąży często nie dojadała (jak 20 proc. kobiet w ciąży i młodych matek w Etiopii), więc to, że noworodki przyszły na świat całe i zdrowe, można uznać za cud.

Spotkaliśmy się w połowie października, Dida już nie rozpaczała. Zarzekała się, że teraz „są już szczęścili”, bo „Bóg im przecież pomoże”. Burka, Bonsa i Eba mieli wtedy cztery miesiące. Wyglądali jak niemowlęta z folderu reklamowego — ciemne oczy niczym węgielki, śniada cera i mocne, kręcone włoski.

Dida i Dayesa mieszkają w wiosce 15 km od Waliso. Dilela to labirynt biedadomów z suszonych na słońcu glinianych cegieł, słomy, patyków i blachy falistej. W porze deszczowej osły i ludzie toną tu w błocie. W suchej przy silniejszym wietrze tumany pyłu przysłaniają widoczność. Dom trojaczków nie wyróżnia się specjalnie od innych — bieda jest tu żelazną zasadą, a nie wyjątkiem. Maleńkie, zarośnięte chwastami podwórko otacza płot z krzywych żerdzi. Nie widzę zwierząt gospodarskich. Na kury czy owce może sobie pozwolić tylko tutejsza „klasa średnia”. Bydło to absolutny luksus.

Żeby wejść do środka, muszę się schylić, bo choć Etiopczycy nie są niscy, wejście jest małe. Dwuizbowa chata nie ma okien. W głównej izbie, która pełni rolę salonu, sypialni i kuchni, jest ciemno jak w krypcie. Z otwartego paleniska unosi się gryzący w oczy dym.

Siedzimy na plastikowych krzesłach, które kiwają się na wszystkie strony. Na ścianie wisi włóczkowy krzyż etiopski, kilka dziecięcych rysunków i jakiś cytat. Ani Dida, ani Dayesa nie są w stanie powiedzieć, skąd pochodzi ani co oznacza. Są niepiśmienni. Później w hotelu sprawdzam cytat — w dosłownym tłumaczeniu z języka oromo brzmi to: „Hej, uważaj! Naucz swoje dzieci i wnuki. »Księgi 4:9«”. Na co mieliby uważać ci, którzy powiesili to na ścianie i czego mieliby nauczyć dzieci i wnuki, nie wiadomo.

Naszej rozmowie przygląda się Nafilet, czteroletni syn Didy i Dayesy. Małżeństwo ma jeszcze 12-letniego Abdiego, 15-letnią Lensę i 18-letnią Mihret. Najstarsza z córek wyprowadziła się z domu. — Pracuje w sąsiedniej wiosce — mówi Dida. Domyślam się, że Mihret oddaje część swoich zarobków rodzicom i rodzeństwu. W tym wieku powinna być już zamężna, ale z przyczyn oczywistych nie może zająć się swoją przyszłością. Dayesa jest przeraźliwie chudy. Nie odzywa się, nie widać po nim żadnych emocji. Być może rzeczywistość go przerosła? Jest drobnym handlarzem, utrzymywał się ze sprzedaży mydła i innych środków czystości na targu, ale od urodzenia trojaczków pomaga żonie przy dzieciach, więc nie przynosi do domu ani grosza.

Pytam, z czego żyją i ile mniej więcej wynosi ich dzienny budżet na jedzenie, ale nasz tłumacz zwraca uwagę, że nie zrozumieją, o co mi chodzi. — Żeby określić swój dzienny budżet, trzeba mieć jakieś stałe dochody. Jeśli nie ma się z czego żyć, budżet to abstrakcja — wyjaśnia. Dziewięcioosobowa rodzina żyje z tego, co dostanie od innych — rodziny, sąsiadów i zagranicznych NGO-sów, takich jak włoska organizacja Doctors with Africa CUAMM i Polska Misja Medyczna, która we współpracy z CUAMM realizuje w tym regionie program pomocowy wspierający matki i noworodki. Budżet na lata 2024-2026 to 4,6 mln zł. Pieniądze pochodzą z programu Polska Pomoc MSZ. PMM działa w Etiopii od 2024 r. — W szpitalu św. Łukasza prowadzimy m.in terapeutyczne dożywianie skrajnie niedożywionych dzieci. Średni koszt takiego leczenia to niecałe 250 zł. Pomagamy przede wszystkim wcześniakom, dzieciom z niską wagą urodzeniową i problemami medycznymi, które wymagają leczenia na oddziale intensywnej terapii noworodka — opowiada Małgorzata Olasińska-Chart, dyrektorka programu pomocy humanitarnej PMM, z którą przyjechałem na etiopską prowincję.

Rodzice trojaczków nie mają żadnych planów na przyszłość, bo nie wiedzą, jak dożyją jutra. — Jak odchowamy trochę chłopców, mąż wróci do pracy — mówi Dida. — Z czego będą żyć przez najbliższe miesiące? — pytam, ale ojciec z matką milczą. Olasińska-Chart decyduje, że rodzina otrzyma pomoc z funduszy zebranych z darowizn w Polsce. Maluchy pojadą też na badania do szpitala i dostaną wyprawki.

Więcej niż połowę następnego dnia spędzamy na zakupach w Waliso. Towarzyszy nam Dayesa — Dida z siostrą została z małymi. Razem z etiopskimi pracownikami szpitala św. Łukasza, którzy znają lokalne realia, sporządziliśmy listę zakupów. W młynie kupujemy 50 kg ziarna tef, czyli miłki abisyńskiej, podstawowego zboża Etiopii, a do tego 50 kg pszenicy. Na targu wybieramy 10 kur i dwa dorodne koguty. Mamy jeszcze: 50 kg paszy dla kur, bo Dida i Dayesa w domu nie mają żadnych zapasów, 10 kg soczewicy, 5 kg grochu, 15 l oleju słonecznikowego, dziesięć 400-gramowych puszek mleka w proszku dla niemowląt, 2 kg kawy i 15 kg ryżu. Wszystko to kosztuje jakieś 50 tys. birrów, czyli równowartość 1200 zł. Jeden z pracowników szpitala zapewnia, że jedzenia wystarczy rodzinie na cztery miesiące. — Kury będą znosiły jajka, cenne źródło białka dla starszych dzieci i karmiącej matki — tłumaczy.

Po dwóch dniach spotykamy się w szpitalu na kontroli. Dida wygląda na szczęśliwą — cały czas się uśmiecha. Zadowolenie widać też na twarzy Dayesy. Trojaczki badają woluntariuszki PMM z Polski — neonatolożka dr Wiktoria Nowaczyńska i położna Justyna Szumicka. Oddychamy z ulgą, bo maleństwa są zdrowe, choć dr Nowaczyńską niepokoi fakt, że jeden z chłopców dziwnie układa ręce i nóżki.

W listopadzie już po moim wyjeździe z Etiopii jeden z trojaczków trafia znów do szpitala z zapaleniem płuc. Leczy go dr. Nowaczyńska. „Właśnie widziałam tego trojaczka, ma ciągły szmer nad sercem; nie wiem, czy nie ma wady serca” — pisze na naszej etiopskiej grupie na WhatsAppie. Pytam, czy życie chłopca nie jest zagrożone. „Na razie nie, ale chciałabym jego serce zobaczyć jeszcze raz, jak się wyleczy ze swojego zapalenia”.

W połowie grudnia skontaktowałem się z jednym z pracowników szpitala św. Łukasza, żeby zapytać, jak się mają chłopcy i czy rodzina daje sobie radę. „Zadzwoniłem do ojca. Powiedział, że trojaczki mają się dobrze; mają tylko grypę. Kurczaki są w porządku. W listopadzie jedno z dzieci zachorowało na zapalenie płuc i było leczone w szpitalu św. Łukasza. Okazało się, że ma jakiś problem z sercem i wymaga konsultacji w bardziej specjalistycznym szpitalu w Addis Abebie. Niestety rodzina ze względu na problemy finansowe nie mogła się tam udać. Niebawem zarejestrujemy ich w programie wspólnotowego ubezpieczenia społecznego, które pokryje koszty konsultacji” — odpisał mi Henok.

Do wykupowania takiego ubezpieczenia zdrowotnego zachęca mieszkańców okolic Waliso PMM — to część programu realizowanego w regionie, w którym na jednego lekarza przypada średnio aż 50 tys. mieszkańców, a na jedną pielęgniarkę — 5 tys. Małgorzata Olasińska-Chart tłumaczy, że grupowa składka kosztuje grosze, a dzięki temu najubożsi mają dostęp do bardziej skomplikowanych porad i usług medycznych, np. USG. W porównaniu z rokiem 2024 liczba osób objętych wspólnotowym ubezpieczeniem zwiększyła się o 30 proc. Jednak najbiedniejszych nie stać nawet na niewielki dodatkowy wydatek, więc rodzina Didy dostanie ubezpieczenie w ramach pomocy doraźnej PMM. — Bardzo martwię się o trojaczki, bo Dida i Dayesa są ekstremalnie biedni. Będziemy cały czas śledzili losy maluchów i w razie czego udzielimy im dalszej pomocy — mówi.

W Etiopii co roku rodzi się średnio 3 mln dzieci. W szpitalu św. Łukasza przyjmowanych jest ok. 2400 porodów rocznie, ale większość okolicznych kobiet rodzi w domu albo w wiejskich ośrodkach zdrowia. Trojaczki zdarzają się średnio raz na 1000 ciąż, ale dr Eleni, etiopska neonatolożka ze szpitala św. Łukasza, mówi, że w jej placówce co roku zdarza się kilka ciąż mnogich.

Etiopia to drugi po Nigerii najludniejszy kraj Afryki, zamieszkały przez co najmniej 130 mln ludzi. Dokładna liczba mieszkańców nie jest znana, bo wielu ubogich rodziców z prowincji nie rejestruje dzieci. Jednym z największych problemów Etiopii są nierówności społeczne. W Addis Abebie, która rośnie jak na drożdżach, wieżowce zajmują miejsca slumsów, ale wystarczy wyjechać poza miasto, by cofnąć się o 30-40 lat.

Połowa mieszkańców nie ma dostępu do elektryczności. Na wsi i w małych miastach przerwy w dostawie prądu są codziennością. W Waliso zdarzają się 2-3 razy w tygodniu, a ludzie nauczyli się funkcjonować w ciemności. Byłem świadkiem, jak rzeźnik porcjował mięso z pełniącym rolę latarki smartfonem w zębach.

Na prowincji domy z bardziej trwałych materiałów takich jak cegła czy półfabrykaty są luksusem, podobnie jak dostęp do wody bieżącej. Na to pozwolić mogą sobie tylko nieliczni, zamożni mieszkańcy miast. Reszta kraju nosi wodę w baniakach z miejsc odległych od domów.

W Etiopii na kobietę przypada średnio czworo dzieci, ale na prowincji 6-8-osobowe rodziny to niemal standard. Olbrzymim problemem jest niedożywienie, w szczególności dzieci i matek — problem dotyka 40 proc. maluchów i 25 proc. kobiet karmiących piersią. Rozmawiałem z wieloma młodymi matkami, które straciły pokarm z powodu ubogiej diety i których maleństwa cierpią z powodu niedożywienia, bo rodziców nie stać na zakup mleka w proszku dla niemowląt. W kwietniu 2025 r. Światowy Program Żywnościowy ONZ z powodu braków środków finansowych zawiesił pomoc dla 650 tys. niedożywionych kobiet i dzieci.

*Projekt „Bezpieczne macierzyństwo — wsparcie opieki położniczej i neonatologicznej w Etiopii” jest współfinansowany w ramach programu polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Wizyta w Etiopii była finansowana w ramach dotacji MSZ na projekt realizowany przez PMM w tym kraju.

Wspieraj pomoc Polskiej Misji Medycznej, m.in. w Etiopii:

— ustaw płatność cykliczną w Twoim banku na działania PMM lub na https://pmm.org.pl/wplacam/

— przekaż darowiznę na numer konta Polskiej Misji Medycznej: 40 1030 1508 0000 0008 2378 3004

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version