Janusz Kusociński był przekonany o swojej nietykalności. W gospodzie, obok niemieckich żołnierzy, kładł nogi na stół, wyciągał prasę podziemną i czytał ostatnie wiadomości radiowe.

Gdy 1 września pierwsze niemieckie bomby spadły na przedmieścia Warszawy, Janusz Kusociński, pierwszy polski mistrz olimpijski, nie został powołany do wojska z powodu przebytych urazów kolana (otrzymał kategorię D). Jako kapral rezerwy robił, co mógł, aby wcielono go w roli ochotnika, choć zaciąg został już przerwany, a wszyscy zdrowi mężczyźni zgodnie z radiowymi rozkazami pułkownika Umiastowskiego, szefa propagandy w Sztabie Naczelnego Wodza, mieli opuszczać Warszawę. Zgłosił się do cytadeli, gdzie kwaterował 21. Pułk Piechoty Dzieci Warszawy. Pod wielką czerwoną bramą powołał się na znajomość z Zygmuntem Gwoździńskim, kolegą ze stołecznej Warszawianki (biegaczem i piłkarzem), pełniącym funkcję dowódcy pierwszego plutonu i zastępcy szefa kompanii karabinów maszynowych 21. PP. Gwoździński uzyskał zgodę na poszerzenie liczebności kompanii. Kusociński został członkiem 1. plutonu karabinów maszynowych 2. Batalionu 360. Pułku Piechoty.

Przez kolejne tygodnie bronił Fortu Czerniakowskiego, Sadyby oraz Okęcia. Przy obsłudze cekaemu wychodził z niego prawdziwy „demon”. Jego towarzysze broni, którzy przeżyli piekło II wojny światowej, opowiadali po latach, że zapamiętali go z zakasanymi rękawami bluzy, ze zwieszonym przez szyję, skórzanym, plecionym rzemieniem od pistoletu maszynowego Vis, zmieniającego kolejne taśmy kaemu i wołającego w kółko: „Amunicji! Amunicji! Amunicji!”.

Z końcem września sytuacja obrońców Warszawy stawała się coraz bardziej dramatyczna. Napór Niemców systematycznie narastał. Kilka dni przed kapitulacją stolicy Janusz został dowódcą plutonu. W przedostatnim dniu niemieckiego szturmu przestrzelono mu lewe udo, ucierpiał też prawy staw kolanowy i ramię, ale biegacz nie zamierzał opuszczać posterunku. Samodzielnie założył sobie opatrunek. Kiedy jednak zaczął tracić przytomność, kompani położyli go na kocu i przenieśli do pobliskiego garażu, gdzie znajdował się punkt opatrunkowy. Kiedy atak zelżał, został przeniesiony wraz z innymi rannymi do tymczasowego szpitala mieszczącego się w bloku przy ulicy Powsińskiej 24, gdzie mieszkała Zofia Biernacka, kierująca punktem sanitarnym na Sadybie.

Podczas wieczornego obchodu Biernacka poczuła, że ktoś chwycił ją za fartuch i zwrócił się do niej szeptem: — Proszę mnie ratować. Ja jestem Janusz Kusociński. Boję się, że Niemcy mogą mnie zabrać do Niemiec.

Przez kolejne tygodnie biegacz ukrywał się w mieszkaniu Biernackiej, gdzie dochodził do pełni sił. Właścicielce rzucały się w oczy przede wszystkim jego szczupłe, wychudzone nogi. Podczas jednej ze zmian opatrunku wypaliła do „Kusego”, że nie ma pojęcia, jak ktoś o takiej budowie mógł odnosić światowe sukcesy.

Pod koniec września Warszawa skapitulowała. „Kusy” oddał się działalności konspiracyjnej. Droga do niej wiodła przez karczmę Pod Kogutem, znajdującą się pod adresem Jasna 6.

Dekretem Heinricha Himmlera, prawej ręki Hitlera, rozwiązano i zakazano na terenie Polski działalności jakichkolwiek związków, stowarzyszeń oraz klubów sportowych. Ich działalność uznawana była przez Niemców za nielegalną. Dla większości sportowców oznaczało to kres ich karier i potrzebę znalezienia innej formy zarabiania na chleb. Grupa skupiona wokół warszawskich klubów postanowiła wspólnymi siłami poprowadzić lokal gastronomiczny. Zebranie założycielskie pracowników i udziałowców zorganizowano na początku listopada w tzw. kawiarni filmowców (kelnerem był w niej m.in. Adolf Dymsza). Mieściła się przy ul. Złotej. Podczas spotkania, w którym uczestniczyli między innymi Kusociński i wybitny tenisista Ignacy Tłoczyński, ustalono wstępne warunki i skupiono się na poszukiwaniu odpowiedniego lokalu. Pomocną dłoń wyciągnął miłośnik sportu Antoni Szajnowicz. Zgodził się wynająć swoją spelunkę „na procent”. Miał nadzieję, że popularni sportowcy ściągną do niej klientelę. Knajpa w początkowym okresie świetnie funkcjonowała, co było zasługą sportowego personelu. Wielu gości odwiedzało lokal tylko po to, żeby zobaczyć na własne oczy postaci znane dotychczas z gazet. W role kelnerów i kelnerek poza wspomnianymi „Kusym” i Tłoczyńskim wcielało się również tenisowe rodzeństwo Jadwiga i Zofia Jędrzejowskie czy oszczepniczka Maria Kwaśniewska. Szatniarzami zostali Czesław Skowronek (lekkoatleta biegający na średnich dystansach) oraz Marian Mikołajewski (masażysta sportowców).

Sala została odświeżona, na ścianach zawieszono kilka karykatur polskich sportowców oraz humorystyczne napisy, np. „Wyścig Kusego z tacą do gościa”. Lokal nie był przestronny. Znajdowało się w nim 10-12 stolików mogących pomieścić od 40 do 60 gości. Na miejscu poza możliwością utopienia smutków w alkoholu można było uzyskać pomoc w znalezieniu mieszkania czy pracy, otrzymać bezpłatny ciepły posiłek, a w skrajnych przypadkach — nawet pomoc finansową.

W gospodzie przy kawie lub obiedzie często dyskutowano o sytuacji geopolitycznej Polski, postępach wojny w Europie czy planach niemieckich władz okupacyjnych. Krążyło też po niej wiele plotek, dowcipów i złośliwych anegdot, chociażby takich: „Powiem ci na ucho, że z Niemcami krucho” lub: „Zapamiętajcie kilka słów: będzie Polska wolna znów”. Przede wszystkim jednak kwitła działalność konspiracyjna. W tym czasie Janusz był już zaprzysiężonym żołnierzem polskiego podziemia, przystąpił do Organizacji Wojskowej Wilki. Został mianowany kierownikiem komendy wywiadu, przyjmując pseudonim Prawdzic. Odtąd gospoda służyła mu za miejsce pracy — poszerzania struktur i werbowania siatki wywiadowczej.

Niestety, duże skupienie tylu znanych i wybitnych polskich sportowców w jednym lokalu sprawiło, że coraz częściej odwiedzali go żołnierze niemieccy, co wymagało szczególnej ostrożności. Tyle że Kusociński w swoich działaniach rzadko zachowywał należytą rozwagę. Był przekonany o swojej nietykalności. Nie mieściło mu się w głowie, że Niemcy, którzy tak ubóstwiali sportowców, mogą zrobić mu krzywdę. Z czasem pojawiał się w gospodzie coraz rzadziej, ale gdy już przekraczał jej próg, zachowywał się bardzo brawurowo. „Siadał w ostatniej loży naprzeciw drzwi frontowych, kładł nogi na stół, wyciągał prasę podziemną i czytał ostatnie wiadomości radiowe… Wielokrotnie go ostrzegałem, ale niewiele to pomagało. Postępował nieostrożnie, lekceważył sobie każde niebezpieczeństwo i był bardzo pewny siebie” — wspominał Tłoczyński. Nazbyt jawną działalnością konspiracyjną Janusza zaniepokojone był sam ZWZ. Krążyła plotka, że szarżuje i że grozi to nieuniknioną wpadką…

Jednym z zadań Kusocińskiego było opracowanie rozlokowania w Warszawie i niektórych podwarszawskich miejscowościach oddziałów wojskowych Wehrmachtu oraz ich dowództw, magazynów, fabryk czy wytwórni broni. Jednak najbardziej doniosłą akcją z jego udziałem było zdobycie listy osób ze świata nauki, sportu i polityki, które wkrótce miały zostać aresztowane. Nie mógł wiedzieć, że na innej liście — z wykazem osób, na które zapadł wyrok śmierci — figuruje także jego nazwisko.

Aresztowano go 28 marca 1940 r. o godzinie 20.30 w bramie kamienicy, gdzie mieszkał. Prawdopodobnie miał przy sobie paczkę podziemnej prasy. Założono mu kajdanki na ręce i włożono do „budy” — jednego z dwóch zaparkowanych samochodów z uzbrojonymi gestapowcami, jak gdyby spodziewano się większego oporu z jego strony. Obserwujący aresztowanie dozorca sądził, że jest to atak rabunkowy, i rzucił się na pomoc „Kusemu”, ale został kopnięty przez jednego z Niemców i stracił przytomność.

Janusza przewieźli do więzienia na Rakowieckiej, a stamtąd na Szucha, gdzie poddano go brutalnym przesłuchaniom. Druga część gestapowców udała się do mieszkania, aby przeprowadzić rewizję. Przerażona matka zapytała:

— Co macie zamiar uczynić z moim synem?

— Choć był wielkim sportowcem, to jednak skrócimy go o głowę… Stał się większym spiskowcem niż sportowcem.

Osobą, która wydała „Kusego”, był Szymon Wiktorowicz, krupier w jednym z warszawskich kasyn. Na początku 1940 r. został członkiem Wilków. Widywano go często Pod Kogutem. Sądzono, że stanowił ciekawy nabytek Polski podziemnej, ale w rzeczywistości był niemieckim agentem i to w końcu za jego sprawą zapadł wyrok na Janusza.

Dzień po aresztowaniu „Kusego”, wczesnym rankiem, „buda” zatrzymała się przed wejściem do karczmy, a jej pracownicy trafili w to samo miejsce co Kusociński. Po kilku dniach wszyscy zostali wypuszczeni na wolność. Za kratami pozostał tylko Janusz…

Po aresztowaniu „Kusego” jego siostra Maria Gościcka dotarła do gestapowca, który przed wojną był niezłym biegaczem i w okresie międzywojennym utrzymywał bliskie, koleżeńskie relacje z Januszem. Oferowano mu godziwą zapłatę za pomoc w uwolnieniu lub wydobyciu jakichkolwiek informacji o „Kusym”. — Nic nie da się zrobić, Janusz jest więźniem specjalnym i siedzi za konspirację — oświadczył Gościckiej.

W podziemiach gestapo przy ul. Szucha Janusz bity, torturowany i głodzony, spędził dwa tygodnie. Miał obite płuca, nerki i wybite zęby. Nie wydał jednak towarzyszy podziemia. Według jednej z hipotez wielokrotne odrzucał propozycję objęcia stanowiska trenera niemieckiej kadry, choć ta bez wątpienia odmieniłaby jego los.

Kolejnym przystankiem „Kusego” był Pawiak. Początkowo umieszczono go w oddziale kobiecym w celi nr 4. Jak wynika z relacji jednej ze strażniczek, podczas pobytu mistrza w więzieniu Pawiak wizytował Himmler. Gdy wszedł do celi z biegaczem i spojrzał na skatowaną postać, wycedził przez zęby krótkie: „No, no!” — jakby chciał pochwalić „dobrą robotę” gestapo. Po kilku tygodniach Kusociński nie przypominał dawnego wojownika bieżni. Bliżej mu było do przygarbionego, oczekującego na nieuchronny koniec leciwego starca.

20 lub 21 czerwca 1940 r. „Kusego” na dziedziniec więzienia przywiózł samochód osobowy, skąd został przeniesiony na pakę ciężarówki. Znalazł się w transporcie zmierzającym do lasu w podwarszawskich Palmirach, na skraju Puszczy Kampinoskiej, gdzie Niemcy dokonywali masowych rozstrzeliwań Polaków.

Miejsce to wybrano nieprzypadkowo. Do września 1939 r. w lasach tych mieściły się składy amunicji, dlatego część terenu była ogrodzona drutem kolczastym i niedostępna dla osób postronnych. Teren idealnie nadawał się na miejsce krwawych łaźni. Ciężarówki z więźniami zatrzymały się przed rozległą polaną. Nie wiadomo, czy skazańcom skrępowano ręce i zasłonięto oczy. Konwój ustawiano grupami przed samą krawędzią głębokiego dołu, żeby ułatwić sobie późniejszą pracę wokół chowania zwłok, po czym dokonywano egzekucji z karabinów maszynowych. Jeśli ktoś przeżył, dobijano go pojedynczymi strzałami z pistoletu w tył głowy. Wiadomo tyle, że ostatnie potwierdzone słowa „Kusego” brzmiały: „Nie wiem, gdzie mnie wieziecie, może już nie powrócę”. Po czym stanął na baczność i krzyknął: „Niech żyje Polska!”.

W ciągu dwudniowej, największej podczas tej wojny egzekucji w Palmirach (20-21 czerwca) pozbawiono życia aż 378 osób. Cała akcja była elementem większego, zbrodniczego planu nazistów, chcących dokonać unicestwienia polskich elit. Ofiarami krwawej, hitlerowskiej praktyki byli m.in. przyjaciel „Kusego” z Warszawianki, znany lekkoatleta i olimpijczyk Feliks Żuber, a także srebrny medalista igrzysk w Paryżu (1924) w kolarskim wyścigu drużynowym na dochodzenie Tomasz Stankiewicz.

Podczas masowych egzekucji Niemcy starali się zatrzeć ślady krwawego procederu. Na szczęście, dzięki heroicznej postawie leśniczych z Palmir po zakończeniu II wojny możliwe było namierzenie zbiorowych mogił. Ci niejednokrotnie, z narażeniem życia, zazwyczaj w nocy, starali się ściśle oznaczać miejsca kolejnych krwawych łaźni. Najczęściej poprzez nacinanie pni okolicznych drzew bądź wbijanie w nie łusek karabinowych odnalezionych na miejscach mordów. Ułatwiło to powojenną ekshumację, którą przeprowadził Czerwony Krzyż z udziałem przedstawicieli Komisji Badań Zbrodni Niemieckich.

W jednej z 24 odnalezionych mogił odkryto szczątki Janusza Kusocińskiego. W raporcie stwierdzono, że denat ubrany był w garnitur w prążki, płócienne kalesony i czarne półbuty zelowane. W kieszeni trzymał pudełko z tytoniem, a w części określonej jako depozyt znaleziono kawałek garnituru, kartki, lusterko, grzebień i figurkę św. Antoniego. Rodzina nie miała wątpliwości, że ciało należy do Janusza. Jego najbliżsi pamiętali, jak był ubrany, gdy po raz ostatni wychodził z mieszkania przy ul. Noakowskiego.

Dodatkowym „dowodem” była znaleziona przy ciele figurka, którą „Kusy” otrzymał w 1932 r. od księdza Krzemińskiego w Los Angeles na kilka dni przed pamiętnym, olimpijskim biegiem po złoto na 10 000 m, a z którą prawie nigdy się nie rozstawał.

Fragment książki „Wrogowie. Losy najsłynniejszej przedwojennej rywalizacji biegowej” Michała Karola Hasika

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version