Mediaworks Hungary Zrt., jeden z kluczowych konglomeratów wydawniczych powiązanych z obozem Fideszu, znalazł się w poważnym kryzysie. Pracę może stracić 10 proc. z ok. 1800 zatrudnionych pracowników. W portfolio spółki – obejmującym zarówno tytuły prasowe, jak i infrastrukturę drukarską – znajdują się najważniejsze niegdyś media prorządowe. Należą do nich m.in. „Magyar Nemzet”, największy dziennik jednoznacznie wspierający Viktora Orbána, oraz „Nemzeti Sport” („Sport Narodowy”), uznawany za ulubioną gazetę premiera.
Pozycję rynkową firma zbudowała po przejęciu w 2014 r. aktywów międzynarodowych koncernów, takich jak Ringier i Axel Springer. Do ostatnich wyborów pozostawała jednym z głównych beneficjentów systemu medialnego ukształtowanego przez Fidesz, w którym kluczowe znaczenie miały reklamy państwowe. Ich udział w przychodach reklamowych całej grupy KESMA – Środkowoeuropejskiej Fundacji Prasy, zrzeszającej około 500 mediów sprzyjających rządowi – sięgał 50 proc.
Węgry. Sądny poniedziałek
Sygnały o narastających problemach Mediaworks pojawiły się w ubiegłym tygodniu, jednak momentem przełomowym okazał się poniedziałek. Informacje dotyczące przyszłości spółki są fragmentaryczne i pochodzą z różnych źródeł. Wśród nich pojawiają się doniesienia, że dystrybucja „Magyar Nemzet” może zostać wstrzymana – co miałoby wymiar symboliczny.
W poniedziałek, po godz. 17, Mediaworks wydało oświadczenie, w którym poinformowało o natychmiastowym zakończeniu wydawania codziennego tabloidu „Bors”, a od 1 lipca także trzech gazet lokalnych. Z rynku znikną również zarówno papierowe, jak i internetowe wydania „Metropolu” oraz bulwarowego „Ripostu”.
To właśnie segment tabloidowy stanowił szczególnie istotny element działalności grupy – nie tylko jako źródło informacji, lecz także jako narzędzie ostrej komunikacji politycznej, często wykorzystywane do dyskredytowania przeciwników rządu.
Niepewna pozostaje również przyszłość portalu PestiSrácok.hu, który od lat pełnił podobną funkcję w przestrzeni cyfrowej. Łącznie portfolio Mediaworks obejmuje około 60 tytułów, w tym także magazyny lifestylowe.
Spektakularne wolty po wyborach
Problemy finansowe Mediaworks wpisują się w szerszy schemat powtarzający się po kolejnych wyborach parlamentarnych na Węgrzech. To właśnie w takich momentach dochodziło do gwałtownych przetasowań na rynku medialnym, obejmujących zarówno zmiany właścicielskie, jak i spektakularne „odwrócenia” linii redakcyjnych poszczególnych tytułów.
Dobrym przykładem pozostaje historia dziennika „Magyar Nemzet„. Przez lata był to tytuł jednoznacznie sprzyjający obozowi władzy. Jego właściciel, László Simicska, odegrał kluczową rolę w budowie zaplecza medialnego Fideszu po porażce wyborczej w 2002 r., którą Viktor Orbán tłumaczył wówczas nieprzychylnością mediów. Przez długi czas Simicskę i Orbána łączyły bliskie relacje, jednak sytuacja uległa gwałtownej zmianie w 2015 r., gdy doszło między nimi do otwartego konfliktu.
Efekty były natychmiastowe: „Magyar Nemzet” w ciągu jednego dnia przekształcił się z medium wspierającego rząd w jego zdecydowanego krytyka. Na łamach gazety zaczęto promować Jobbik, który przez dłuższy czas pozostawał najsilniejszą siłą opozycyjną. Sam Simicska aktywnie wspierał tę partię, także finansowo, w kampanii wyborczej w 2018 r.
Po kolejnym zwycięstwie Fideszu Simicska uznał jednak swoją porażkę i zdecydował się na całkowite wycofanie z rynku medialnego (poprzez likwidację spółek). Ostatni numer „Magyar Nemzet” w jego antyrządowej odsłonie ukazał się 11 kwietnia 2018 r.
Z całego imperium medialnego sprzedał jedynie telewizję Hír TV, która w 2019 r. została włączona do struktur Mediaworks. W tym samym roku na rynku ponownie pojawił się „Magyar Nemzet” – tym razem jako tytuł jednoznacznie prorządowy, zastępujący wcześniejszy dziennik „Magyar Idők”.
Mediaworks odegrało również kluczową rolę w zakończeniu działalności opozycyjnego dziennika „Népszabadság” w październiku 2016 r. Decyzję ogłoszono nagle, tuż po referendum w sprawie relokacji migrantów z 2 października, uzasadniając ją względami ekonomicznymi.
W praktyce nie było jednak wątpliwości, że chodziło o działanie o charakterze politycznym, wymierzone w likwidację jednego z najważniejszych tytułów krytycznych wobec rządu. Co znamienne, jeszcze pod koniec maja 2026 r. Mediaworks wypowiedziało umowy na druk i dystrybucję innej gazety, niegdyś opozycyjnej wobec Fideszu – „Népszava”.
W obecnej sytuacji nie można wykluczyć scenariusza, w którym w najbliższych tygodniach na rynku nie pozostanie żaden ogólnokrajowy dziennik informacyjny. Upadek „Népszabadság” w 2016 r. oraz zamknięcie „Magyar Nemzet” w jego antyrządowej odsłonie w 2018 r. obserwowałem na własne oczy.
Prorządowa bańka
To, co wydarzyło się z rynkiem medialnym na Węgrzech po 2010 r., jeszcze długo będzie pokutowało. Chodziło o całkowite zawłaszczenie przestrzeni medialnej i doprowadzenie do sytuacji, w której 80 proc. rynku sympatyzowało z władzą.
Formalnie przez lata premier Orbán utrzymywał, że odsetek prorządowych mediów wynosi 20 proc. – taki był udział państwowych mediów zrzeszonych w MTVA. Szeroko rozumiane media opozycyjne straciły najpierw prenumeratę państwowych instytucji, następnie reklamy.
Brak stabilnego finansowania coraz częściej przenosił media w świat finansowania społecznościowego, platform crowdfundingowych, a następnie modeli subskrypcji i przekształcenia ich w fundacje, którym można było przekazywać procent z PIT.
Jednocześnie media prorządowe nie konkurowały ze sobą – nie było takiej potrzeby. Wszystkie były finansowane z masowych reklam państwowych, a na te w latach 2015-2023 państwo wydało 3,5 mld euro. Udział reklam państwowych w zyskach reklamowych prorządowych tytułów sięgał 90 proc.
Apogeum tych działań miało miejsce w latach 2024-2026 w czasie trwającej tak naprawdę dwa lata kampanii wyborczej. Jednocześnie to nie jest tak, że wraz z przejęciem władzy przez Tiszę wszystkie niesprzyjające władzy media nagle zmieniły kurs. Magyar w telewizji publicznej pojawił się tylko raz, 15 kwietnia 2026 r.
Péter Magyar u władzy. Nadchodzą zmiany
W parlamencie węgierskim znajduje się już projekt nowelizacji ustawy medialnej, złożony 12 czerwca przez posłów partii TISZA. Sejmowa komisja powinna rozpatrzyć go na posiedzeniu 17 czerwca.
Projekt zakłada podział państwowego podmiotu MTVA na dwie spółki: pierwszą, odpowiedzialną za radio i telewizję, oraz drugą, zarządzającą Węgierską Agencją Prasową. Szefowie mediów publicznych zostaną odwołani, a nadzór nad tym sektorem przejmie minister kultury Zoltán Tarr, który będzie pełnił tę funkcję czasowo, do czasu wyboru nowych władz.
Radę Mediów Narodowych czeka głęboka przebudowa. Mandaty dotychczasowych członków zostaną wygaszone. W nowych władzach urzędu udział doczekać się będą w równym liczbie przedstawiciele rządu i opozycji. Przewodniczący urzędu zostanie wybrany w drodze konkursu. Zasiadać w radzie nie będą mogły osoby, które w ostatnich pięciu latach były związane z partią polityczną.
Kadencja członków Rady zostanie skrócona. Obecnie wynosi ona dziewięć lat. Nowa kadencja przewodniczącego wyniesie pięć lat, pozostałych czterech członków – cztery lata. Projekt nie przewiduje zmiany modelu finansowania mediów publicznych, które w całości pokrywane są z subwencji budżetowych. Procedura jest realizowana w trybie pilnym, co oznacza możliwość uchwalenia zmian w ciągu najbliższych kilkunastu dni.
Jednocześnie sama partia TISZA komunikuje się ze swoimi zwolennikami w sposób niezależny od głównego nurtu medialnego. Przekaz pozostaje oparty na mediach społecznościowych – w szczególności na grupie sympatyków na Facebooku oraz kanałach na YouTube.
Warto również zauważyć, że media antyrządowe, które dotychczas w pewnym stopniu sympatyzowały z Tiszą, zaczynają rozliczać premiera z jego działań.
To nie są łatwe wywiady. Największe z tytułów prawdopodobnie uczynią wszystko, by nie zostać zaklasyfikowanymi jako te „nowe prorządowe„. Oznacza to, że jeśli TISZA pragnie komunikować się w życzliwej atmosferze, nie będzie mogła zrezygnować z własnej bańki komunikacyjnej. Premier w pełni zdaje sobie z tego sprawę.













