Paweł Demirski, współtwórca scenariusza razem z Jagodą Dutkiewicz, i reżyser Paweł Maślona nie biorą jeńców. Jadą ostro, chwilami szarżując, ale nie wypadają z toru. Pod nóż idzie Prus, któremu Demirski, znany z szalonych teatralnych adaptacji klasyki, dopisał postaci, wątki, sceny.
W odstępie dwóch tygodni premierę będą miały dwie „Lalki”: serialowa w reżyserii Pawła Maślony startuje w Netflixie 16 września, filmowa w reżyserii Macieja Kawalskiego — dwa tygodnie później. Nie wiem, czy moda na „Lalkę” zmieni się w modę na sukces, ale powstające równolegle ekranizacje XIX-wiecznej powieści Bolesława Prusa są krzykiem tęsknoty za opowieścią, która osadzi nas w świecie, zaspokoi potrzebę sensu i tożsamości. Filmowa „Lalka” jest adaptacją powieści, serialowa to formalny i narracyjny twist w ramach powieściowego uniwersum. Są totalnie różne, obydwie uwodzące. Dziś będzie o serialu.
Żyjemy w świecie poszarpanym przez informacyjne „teraz”. Współczesna literatura, jeśli idzie w głąb, to wybiera pojedyncze ego. Są wyjątki. „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk były wybrykiem genialnej pisarki, która miała siłę stworzyć panoramę czasu, ludzi, grup religijnych, etnicznych i społecznych. Byung-Chul Han, koreański teoretyk kultury, tworzący w Niemczech, autor błyskotliwej książki „Społeczeństwo zmęczenia”, w zbiorze esejów „Kryzys narracji” uświadamia nam, w jaki sposób śmierć wielkich opowieści przekłada się na nasz sposób bycia w świecie. Opowieści zakorzeniały człowieka we wspólnocie, w domu, w świecie. Dziś zastąpiły je informacje. Tyle że informacji brakuje stałości bycia, nie tworzy continuum. Historyjki na Instagramie są jedynie wołaniem o uwagę wyrzuconych z siodła jednostek.
Być może to z braku epopei opisującej współczesną Polskę twórcy sięgają po „Lalkę”. Prus, w drukowanym w prasie serialu, uchwycił świat w chwili przemiany: zmierzch arystokracji, rodzący się kapitalizm, robotnicy gnieżdżący się w miejskim piekle. W centrum tego kipiącgo tygla pisarz umieszcza kobietę i mężczyznę z różnych klas społecznych. I każe się im nawzajem w sobie przeglądać.
Paweł Demirski, współtwórca scenariusza razem z Jagodą Dutkiewicz, i reżyser Paweł Maślona nie biorą jeńców. Jadą ostro, chwilami szarżując, ale nie wypadają z toru. Pod nóż idzie Prus, któremu Demirski, znany z szalonych teatralnych adaptacji klasyki, dopisał postaci, wątki, sceny. Od pierwszych kadrów wskakujemy do neurotycznego świata. Maślona, po filmie „Kos” dobrze czujący się w historycznym kostiumie, przepisuje klasykę na współczesną posttarantinowską opowieść. Bieg po puentach, język ze współczesnymi przekleństwami, zawieszenia akcji są dowodem na opanowanie serialowej konwencji. Scenografia, wspaniałe kostiumy Doroty Roqueplo, z rozmachem nakręcone sceny dają epicki oddech. Cała maszyneria filmowa chodzi jak w zegarku.
Tomasz Schuchardt jako Stanisław Wokulski i Sandra Drzymalska jako Izabela Łęcka grają w grę jako postaci i aktorzy, kradnąc sobie nawzajem show. Wokulskiego pcha potrzeba wyrwania się ze społecznej klatki. Schuchardt w tej roli ma siłę fizyczną i wewnętrzną. W zderzeniu z karykaturalną arystokracją (świetny Piotr Adamczyk, Piotr Pacek, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik) Wokulski Schuchardta ma mądrość i godność, którą traci pod wpływem obsesji na punkcie Łęckiej.
Brakuje mu powieściowej wielowymiarowości, ale za to zyskują bohaterki. Za fasadą pozorów to one prowadzą domy, liczą pieniądze, przejmują męskie zawody. W wątkach dopisanych Prusowi Izabela wchodzi w dzielnicę nędzy, marzy o kupnie postępowej gazety. Demirski, zgodnie ze swoim antyelitarnym genem, tworzy wątek służącej (świetna Monika Kania), który rymuje się z książkami „Chłopki” i „Służące”. Współczesna świadomość na temat kastowości i ofiar tamtego czasu przebija się w serialowej reinterpretacji Prusa i każe przyjrzeć się dzisiejszym rozwarstwieniom. Drzymalska w jednym grymasie twarzy potrafi zmieścić gamę sprzecznych uczuć. Wspiera ją Kazimiera Wąsowska, która z urodą i energią Magdaleny Cieleckiej mogłaby być rozgrywającą na współczesnych salonach. Pełnokrwistą postać tworzy Jacek Braciak jako Łęcki. Perfekcyjnie balansuje na granicy tragedii i kabotyństwa, z przewagą tego drugiego.
Rozczarowała mnie postać Rzeckiego. W serialu brakuje mu klasy płynącej z historycznych zaszłości. Jest kompanem do wódeczki, który potrafi pilnować sklepu, o ile sam właściciel nie uprze się, by go zrujnować.
Serial kipi od namiętności, także seksualnych, momentami bardzo realistycznych. Cały ten świat jest w ruchu, nikt nie czuje się dobrze w swoim miejscu. Każdy próbuje gdzieś biec, tyle że wszystkie drogi są jak rozchybotane kładki, a otoczenie zrobi dużo, żeby nikomu się nie udało po nich przejść.

