Atak Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran zaczął się od serii sukcesów, które wstrząsnęły reżimem w Teheranie. Ale po 100 dniach wojna przeszła w fazę kosztownego impasu. To może mieć poważne konsekwencje dla postrzegania potęgi Waszyngtonu za granicą.
Najnowsze uderzenia Izraela na Iran — przeprowadzone wbrew żądaniom Donalda Trumpa — tylko podkreślają, w jak trudnej sytuacji znalazły się Stany Zjednoczone. Zarówno sojusznicy, jak i przeciwnicy USA bacznie obserwują sytuację. Choć końcowy rezultat wojny wciąż pozostaje niejasny, to jedno jest pewne: USA mają przewagę militarną nad każdym przeciwnikiem, ale nie są niepokonane.
Wojna zaczęła się od zabicia najwyższego przywódcy Iranu i wielu czołowych postaci, zniszczenia znaczącej części irańskiego arsenału oraz nałożenia na kraj dotkliwego embarga handlowego. Tyle że reżim w Teheranie nie tylko przetrwał wspólny atak USA i Izraela, lecz także zdołał podjąć działania odwetowe zarówno na polu walki, jak i przy stole negocjacyjnym.
Irańska lekcja. Wrogowie Ameryki już się na niej uczą
Najpoważniejszym narzędziem irańskiej kontrofensywy okazało się wykorzystanie cieśniny Ormuz jako broni. Ta taktyka zdławiła światowy handel ropą i gazem. Ceny energii gwałtownie wzrosły, co uderzyło w USA i sprawiło, że Amerykanie bardzo szybko zmęczyli się wojną. Ten model może być powielany w przyszłych konfliktach.
— Obawiałbym się na przykład, że Chińczycy wyciągną wnioski z irańskiego przejęcia kontroli nad cieśniną Ormuz — powiedział „Newsweekowi” Ryan Crocker, były ambasador USA, obecnie starszy współpracownik Fundacji Carnegie na rzecz Międzynarodowego Pokoju.
— To nie jedyna cieśnina na świecie. Jest cieśnina Malakka, a co ważniejsze — cieśnina Tajwańska — dodał Crocker. — To może pokazać Chińczykom, że jeśli chcą osiągnąć regionalne czy nawet globalne cele strategiczne, nie muszą sięgać po otwartą wojnę — wystarczy przejąć kontrolę nad kluczowymi szlakami wodnymi.
Według Crockera niepowodzenia USA nie wynikają z przyczyn militarnych, a z politycznych. — Problemem nie jest nasze wojsko, problem leży w naszych decyzjach politycznych.
Największe zaskoczenie wojny? Iran przetrwał
Skalę porażki bądź sukcesu interwencji USA trudno ocenić także dlatego, że administracja Trumpa celowo zaciera jej cele. Prezydent otwarcie deklarował, że nie będzie ujawniał swoich zamiarów, trzymając obserwatorów w niepewności.
Najbardziej konsekwentnie wskazywanym przez Trumpa celem było uniemożliwienie Iranowi uzyskania broni nuklearnej — teraz i w przyszłości. Republika Islamska oficjalnie zaprzecza, że stara się o taką broń, choć ma zaawansowany program wzbogacania uranu. Waszyngton wskazywał także czasem inne cele, których osiągnięcie jest w interesie USA. Wymieniano tu najczęściej zmianę reżimu w Teheranie, potrzebę ograniczenia irańskiego programu rakietowego i zakończenie wsparcia dla sojuszników Iranu z tzw. Osi Oporu [to wiele różnych grup sponsorowanych przez Iran na Bliskim Wschodzie, a przede wszystkim Hezbollah w Libanie, Huti w Jemenie i szyickie milicje w Iraku — przyp. red.].
Najnowsze raporty podważają narrację Białego Domu o pełnym zwycięstwie na wielu frontach.
Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej opublikowała w środę pierwsze raporty wojenne, według których irańskie instalacje nuklearne, choć już uszkodzone przez ataki USA i Izraela w trakcie 12-dniowej wojny w czerwcu ubiegłego roku, nie zostały istotnie bardziej zniszczone od początku obecnego konfliktu. Cytowani przez amerykańskie i izraelskie media urzędnicy wywiadu USA wskazują też na dowody odbudowy irańskich zdolności rakietowych.
Jeśli chodzi o władze Iranu, Islamska Republika w dużej mierze zjednoczyła się wokół Modżtaby Chameneiego, syna i następcy zabitego ajatollaha Alego Chameneiego. Modżtaba został nowym najwyższym przywódcą Iranu, a elita władzy nie podzieliła się na otwarcie walczące ze sobą frakcje. Uważa się też, że wpływy twardogłowego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) znacznie wzrosły. Modżtaba [ranny w ataku USA 28 lutego — przyp. red.] jest przywódcą w dużej mierze nieobecnym, lecz prawdopodobnie żądnym odwetu. Ma też możliwość uchylenia oficjalnego zakazu posiadania broni nuklearnej ustanowionego przez zabitego w ataku USA ojca.
Trump początkowo ostro skrytykował decyzję Teheranu o wyniesieniu do władzy młodszego Chameneiego. Prezydent USA twierdził, że chce mieć wpływ na wybór nowego przywódcy Iranu. Jednak w piątek 5 czerwca złagodził ton, nazywając Modżtabę Chameneiego „profesjonalistą” o „bardzo dobrej reputacji” w „niektórych kręgach”.
Były ambasador Crocker nie widzi szans w poszukiwaniu bardziej ugodowego przywództwa w Iranie, na wzór tego, co udało się USA po akcji Delta Force i uprowadzeniu prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro w styczniu. Zdaniem Crockera nowe irańskie władze są „twardsze i bardziej bezwzględne niż poprzednie”.
— Bardzo, bardzo jasne jest, że tego reżimu nie obali się nalotami — powiedział Crocker. — Spójrzcie, kim są ci ludzie. To wszystko generałowie, oficerowie Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej — dawni i obecni, a co ważniejsze, wszyscy są weteranami wojny iracko-irańskiej. Stracili pół miliona ludzi w tamtej wojnie, a Mohsen Rezaei, który stał się kluczową postacią nowego reżimu, dowodził IRGC przez cały ten okres i doradzał [poprzednikowi Alego Chameneiego, Ruhollahowi] Chomeiniemu, by nie przyjmował zawieszenia broni w 1988 roku — mówił były ambasador.
W niedawnym wywiadzie dla CNN Rezaei — od prawie 30 lat członek ścisłych władz państwa — stwierdził, że to Trump powinien „przełamać ten impas” w negocjacjach i ostrzegł przed jakimikolwiek planami inwazji USA.
— Wtedy świat pozna prawdziwe możliwości Iranu, bo nasza siła lądowa wielokrotnie przewyższa nasze rakiety — powiedział Rezaei.
Dlaczego wojna z Iranem nie przypomina tej w Iraku czy Afganistanie?
Zdolność Iranu do odparcia inwazji USA pozostaje nieprzetestowana i być może tak już zostanie. Biały Dom nie wykazuje chęci do operacji z udziałem wojsk lądowych na taką skalę jak podczas ostatnich dwóch dużych wojen konwencjonalnych w regionie, wymierzonych w rządzone przez talibów Afganistan w 2001 r. i reżim Saddama Husajna w Iraku w 2003 r.
Administracja Trumpa ma też znacznie mniej powodów do samozadowolenia niż po stu dniach tamtych konfliktów. Oba doprowadziły do stosunkowo szybkiego obalenia wrogich rządów. W dłuższej perspektywie konsekwencje nie były najlepsze — talibowie ostatecznie odzyskali władzę po dwóch dekadach, gdy USA wycofały się z kraju. Z kolei Irak stał się areną licznych powstań, które dały początek zarówno Państwu Islamskiemu (ISIS), jak i wspieranym przez Iran milicjom.
Biały Dom oficjalnie nie ogłosił obalenia reżimu w Teheranie głównym celem wojny. „New York Times”, powołujący się na swoje źródła, wskazuje jednak, że było to głównym zamierzeniem premiera Izraela Benjamina Netanjahu, który rzekomo przekonał Trumpa, iż irański reżim ulegnie pod presją militarną.
— Relacja NYT z kluczowego spotkania Trumpa z Netanjahu w Gabinecie Owalnym jasno pokazała, że zmiana reżimu była głównym celem — powiedział „Newsweekowi” Steven Simon, były dyrektor ds. Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA, obecnie starszy pracownik badawczy Instytutu Quincy i wykładowca na Dartmouth College.
— Przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów przedstawił cele USA jako trwałe wyeliminowanie zdolności Iranu do wojskowego rzucania wyzwania Stanom Zjednoczonym — stwierdził Simon. — To są maksymalne cele wojenne — żaden z nich nie został osiągnięty i nie zostanie, chyba że Stany Zjednoczone najadą i będą okupować Iran lub użyją broni jądrowej — oba scenariusze są jednak mało prawdopodobne.
Simon zwrócił też uwagę, że główny cel Trumpa, czyli trwałe uniemożliwienie Iranowi zdobycia broni jądrowej, „trudno ocenić, ponieważ według amerykańskiego wywiadu Iran jej nie budował”.
Nawet jeśli infrastruktura została zniszczona podczas 12-dniowej wojny, wzbogacony uran pozostaje ukryty i potencjalnie nadaje się do odzyskania. „W krótkiej i średniej perspektywie obecny konflikt nie wydaje się konieczny dla osiągnięcia celu Trumpa w sprawie programu nuklearnego” — komentował Simon.
Dostrzegł tu analogię do George’a W. Busha, którego sposób prowadzenia wojen w Afganistanie i Iraku był szeroko krytykowany.
— Gdybyś był zagranicznym rządem, rozsądnie byłoby uwzględnić specyfikę drugiej administracji Busha i drugiej administracji Trumpa, które są niemal wyjątkowe pod względem braku zdolności strategicznego myślenia. A jednocześnie miały bezprecedensową kontrolę nad Kongresem za pierwszej kadencji [Busha] i drugiej kadencji [Trumpa] — stwierdził Simon.
— To połączenie lekkomyślności, pewności siebie i politycznej bezkarności jest w historii Ameryki stosunkowo rzadkie. Dlatego ogólne sądy o tym, co Stany Zjednoczone mogą lub nie mogą osiągnąć w odpowiedzi na strategiczne wyzwania w przyszłości, byłyby najpewniej nierozsądne — mówił Simon.
Czy Waszyngton nie docenił Iranu?
Mostafa Nadżafi, analityk ds. bezpieczeństwa z Teheranu, wskazał trzy aspekty, w których — jego zdaniem — USA popełniły błąd, rozpoczynając wojnę.
— Pierwszym była geografia Iranu: kraj o rozmiarach, głębi strategicznej i położeniu geopolitycznym, których nie dorównuje żaden inny gracz w regionie. Cieśnina Ormuz to integralny element tej przewagi — powiedział Nadżafi „Newsweekowi”.
— Drugim była ludność Iranu. Dziesiątki milionów obywateli dają krajowi potencjał mobilizacji i wytrwałości, który przekracza oczekiwania obserwatorów z zewnątrz.
— Trzecim była ewolucja doktryny wojskowej Iranu, która przeszła od modelu opartego głównie na odstraszaniu do strategii zadawania rzeczywistych kosztów przeciwnikom — stwierdził Nadżafi.
Przed rozpoczęciem wojny USA i Izraela przeciwko Iranowi — mówił Nadżafi — Teheran działał „w przewidywalnych ramach strategicznych”, opartych na trzech filarach: „zbytniej powściągliwości, strategicznej ostrożności i stałym dążeniu do uniknięcia pełnowymiarowej wojny regionalnej”.
Ta konsekwencja pozwalała USA i Izraelowi przewidywać posunięcia Iranu i narzucać tempo eskalacji. Jednak to się zmieniło, gdy Iran pod presją ataków zrealizował swoje wieloletnie groźby ataków na sąsiednie państwa arabskie goszczące bazy USA oraz zakłócenia ruchu przez cieśninę Ormuz.
Kolejna faza wojny rozegra się na polu dyplomacji
Choć starcia trwają, centrum konfliktu przesunęło się z operacji wojskowych na pole dyplomacji. Rozmowy pozostają w martwym punkcie, a frustracja — zwłaszcza w Białym Domu — narasta, o czym świadczy potwierdzone przez Trumpa ostre spięcie z Netanjahu dotyczące działań jego sojusznika w Libanie — arenie, którą Teheran łączy z każdym porozumieniem pokojowym ze względu na historyczną współpracę z ruchem Hezbollah.
Nadżafi podkreślił jednak, że Iran stoi przed poważnymi wyzwaniami.
— Przeciwnicy Iranu najwyraźniej doszli do wniosku, że pokonanie kraju drogą bezpośredniej interwencji wojskowej byłoby o wiele kosztowniejsze, niż pierwotnie zakładali. W efekcie główny nacisk prawdopodobnie przesunie się na wyniszczanie gospodarcze, wojnę psychologiczną i próby podważenia spójności wewnętrznej — stwierdził Nadżafi.
— Dlatego najważniejsza batalia, jaka czeka Iran w nadchodzących latach, nie rozegra się wyłącznie na wodach Zatoki Perskiej — dodał. — Toczyć się będzie raczej na polu gospodarki, zarządzania i utrzymania jedności narodowej. Jeżeli Iran zdoła sprostać tym wyzwaniom, wiele celów, które jego przeciwnicy chcieli osiągnąć militarnie, pozostanie poza ich zasięgiem.





