Irańczycy mówią: przeżyliśmy to, wytrzymaliśmy Trumpa. To może być prawda, ale może też być poważny błąd w kalkulacji. Trump w pewnym momencie może zrobić coś szalonego. Irańczycy mają skłonność do przelicytowywania i pewnie właśnie to robią – mówi turecki historyk politolog Galip Dalay, pracownik naukowy słynnego brytyjskiego think tanku Chatham House i wykładowca na Oksfordzie.

Galip Dalay: Podobno pojawiły się informacje wywiadowcze, że Irańczycy planują zamach na Trumpa podczas jego pobytu w Turcji. Prezydent USA zmienił samolot, do lotniska dowieziono go w trybie nadzwyczajnym. Ale strona turecka uważa, że te informacje nie były prawdziwe. Że Izrael próbował w ten sposób nastawić Trumpa przeciwko Iranowi, rozwścieczyć go i skłonić do zerwania zawieszenia broni oraz wznowienia bombardowań.

– Tak to czyta strona turecka. Że to nie była autentyczna informacja wywiadowcza, tylko manipulacja, która miała doprowadzić Trumpa do zerwania rozejmu z Iranem.

– Takich rzeczy nigdy nie da się zweryfikować. To po części element wojny narracyjnej. Z irańskiego punktu widzenia sprawa wygląda tak: skoro Izrael zabijał irańskich liderów, to irańskie przywództwo ma prawo odpowiedzieć tym samym. Zginęli przecież najwyższy przywódca, dowódcy armii, doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego – bardzo wielu ludzi z samej góry państwa. Jeśli więc jednemu krajowi wolno zabijać przywódców kraju uznawanego przez ONZ, to w drugą stronę wolno tak samo.

– Z ich punktu widzenia chodzi o stworzenie równoważności. Bo kiedy zabija się najwyższego przywódcę, zabija się też jego żonę i wnuczkę, całą rodzinę. Kiedy zabijano doradcę do spraw bezpieczeństwa narodowego Alego Laridżaniego, był w domu swojej córki – zginęła cała rodzina. Irańczycy budują więc symetrię. Ale czy naprawdę to zrobią? Kto wie. Logicznie rzecz biorąc, nie powinni, bo wiedzą, że Stany Zjednoczone i Izrael odpowiedzą militarnie. Z drugiej strony część irańskiego establishmentu może uważać, że i tak już idą na dno.

– Chciałbym znać odpowiedź. Nie sądzę, żeby USA i Izrael miały w tej wojnie ten sam cel. Dla Izraela jest on jaśniejszy: najpierw upadek państwa, potem zmiana irańskiego reżimu. W tej kolejności, nie odwrotnie – nie zmiana reżimu, a po niej rozpad państwa. Wywierasz presję, dekapitujesz przywództwo, bombardujesz strategiczne obiekty, ludzie wychodzą na ulice, państwo się rozpada – a dopiero potem przychodzi zmiana reżimu.

Z USA sprawa jest bardziej skomplikowana. Trump prawdopodobnie zbyt się rozzuchwalił łatwymi sukcesami w takich miejscach jak Wenezuela, gdzie zmiana przywództwa poszła stosunkowo gładko. Kłopot polega na tym, że system irański jest znacznie bardziej zdecentralizowany, znacznie mocniej okopany i potrafi znieść utratę przywództwa. Amerykanom szło początkowo o zmianę reżimu – po protestach ze stycznia 2026 r. Trump uwierzył, że niezadowolenie jest powszechne, reżim jest słaby i wystarczy pchnięcie, żeby się przewrócił. Kiedy reżim nie upadł, cele się zmieniły. Głównym problemem stało się otwarcie cieśniny Ormuz, która przed wojną była przecież otwarta. Dziś najbardziej konkretnym i niezmiennym amerykańskim żądaniem jest właśnie otwarcie cieśniny Ormuz.

Rozejm był impulsem Trumpa, nie preferencją Izraela – Trump zawarł go przed wyborami połówkowymi. Ale różnica interesów jest realna. Upadek państwa służy Izraelowi, bo oznacza, że Iran przez wiele lat będzie skupiony na sobie, a jego sąsiedztwo – państwa Zatoki Perskiej, Turcja, Azerbejdżan – przez wiele lat będzie pochłonięte Iranem. To oznacza osłabienie Iranu i osłabienie całego sąsiedztwa naraz. Amerykanie byliby wobec upadku państwa ostrożniejsi. Trump zapewne wierzył, że da się przeprowadzić stosunkowo czystą zmianę reżimu: jeden reżim zastąpiony innym, bardziej proamerykańskim, bardziej uległym. Na tym etapie naprawdę nie wiadomo jednak, jaki jest strategiczny cel Trumpa. On chce wygłosić przemówienie o zwycięstwie, ale dopóki Ormuz pozostaje zamknięta, wygłosić go nie może. Cieśnina stała się symbolem niezrealizowanej misji.

– Stany chcą powrotu do status quo w cieśninie Ormuz, czyli do stanu sprzed wojny. Iran tego nie chce, Iran chce w tej kwestii nowych ustaleń. To dwa zupełnie różne stanowiska. Podobnie Stany chcą ograniczenia irańskich zdolności wojskowych – od rakiet po dalsze restrykcje we wzbogacaniu uranu – i likwidacji irańskiej sieci regionalnych sojuszników. A Irańczycy są dziś w tych sprawach bardziej nieustępliwi, niż byli przed wojną.

Bo z ich punktu widzenia najgorszy scenariusz brzmiał: wojna ze Stanami i Izraelem jednocześnie, na irańskiej ziemi. I ten scenariusz się zmaterializował. Uważają, że go wytrzymali, i to sprawia, że są mniej elastyczni. Ta wojna zmniejszyła siłę rażenia, transformacyjny efekt amerykańskiej potęgi. Wcześniej państwa okazywały wobec niej większą uległość, na samą myśl, że Stany mogą się pojawić. Teraz Irańczycy mówią: przeżyliśmy to, wytrzymaliśmy Trumpa. A co ważniejsze, mają poczucie, że w trakcie negocjacji i wojny to oni trzymają się swoich celów, a USA i Trump bez przerwy zmieniają zdanie, priorytety i czerwone linie, bez przerwy ogłaszają terminy ultimatum, żeby w ostatniej chwili je wycofać. Im dłużej to trwa, tym trudniej będzie utrzymać Trumpa w tej wojnie.

To może być prawda, ale może też być poważny błąd w kalkulacji. Trump w pewnym momencie może zrobić coś szalonego. Irańczycy mają skłonność do przelicytowywania i pewnie właśnie to robią. Im dalej idą tą drogą, tym większe niezadowolenie budzą w regionie. Państwa arabskie są dziś Iranem skrajnie rozdrażnione, mocno sprzeciwiają się temu, że nieustannie bierze je na cel. Iran może więc wygrywać psychologicznie, ale strategicznie przegrywa. Owszem: wytrzymaliśmy amerykańską potęgę, wytrzymaliśmy Izrael. To daje narrację zwycięstwa. Ale w rzeczywistości zwycięstwa nie ma.

– Ani wojna, ani pokój – i postępująca regionalizacja wojny. Ta wojna przejdzie przez różne fazy. Będą cykle: cisza, potem znowu konflikt, potem jakieś negocjacje, dyplomacja i znowu wojna. Dyplomacja i wojna nie stanowią przeciwieństw – dyplomacja stała się instrumentem i integralnym składnikiem samej wojny.

– Będą szukać sposobów równoważenia Iranu. Ale leżą blisko niego, a on może im szkodzić. Rośnie więc niezadowolenie, a jednocześnie świadomość, że geografii się nie zmieni. I tu jest sedno: geografii zmienić nie można, ale można zmienić jej znaczenie. Przez nowe korytarze handlowe, nowe projekty połączeń, nowe inicjatywy strategiczne te kraje będą stopniowo zmniejszać znaczenie cieśniny Ormuz. Zwiększać własną odporność na irańskie ataki, szukać strategii równoważenia.

Ich problem z USA polega na tym, że Stany są dla Zatoki Perskiej niezbędne, ale zarazem niepewne. To jest rama, w której będą się poruszać. Będą podtrzymywać relacje z Ameryką, wręcz je wzmacniać. Ale będą też szukać relacji komplementarnych – nie alternatywnych wobec amerykańskiej, tylko uzupełniających. Co to znaczy? Że wejdą w relacje bezpieczeństwa z krajami, które nie wywołają negatywnej reakcji Waszyngtonu. Czyli z tradycyjnymi sojusznikami USA. Widzę więc otwarcie dla państw europejskich, żeby miały większy udział w przemyśle obronnym i bezpieczeństwie Zatoki. Kraje takie jak Turcja czy Pakistan będą odgrywać w Zatoce jeszcze większą rolę. I ­Ukraina. O tym się zapomina, ale Ukraina ma bardzo poważne zdolności wojskowe, zbliżone do rosyjskich. Kupowanie broni od Rosji rozzłościłoby Amerykanów, kupowanie od Ukrainy – nie. Widzę tu duże możliwości dla Ukrainy. Podobnie dla Korei Południowej, która jest partnerem USA, a ma duży potencjał produkcyjny w przemyśle obronnym.

– Irańczycy są tym razem z Rosji bardziej zadowoleni niż poprzednio. Podczas wojny dwunastodniowej [z czerwca 2025 r.] byli rozczarowani – uważali, że Rosja nie okazała się tak pomocna, jak powinna. Tym razem uznają ją za bardzo pomocną. Rosja zapewniła wywiad strategiczny. Dostarczyła też ulepszone drony: Rosjanie dostali od Iranu Shahedy, żeby używać ich przeciwko Ukrainie, ulepszyli je, a potem oddali Irańczykom w wersji zmodernizowanej. Rosja jest więc dla Iranu w tej wojnie ważna dzięki dzieleniu się wywiadem, zwrotowi ulepszonych dronów i zapewne wsparciu dyplomatycznemu.

– Rosja jest antysystemowa i Iran jest antysystemowy. Łączy je podkopywanie ładu światowego. To partnerstwo wojskowe, ten strategiczny alians, będzie trwać. Podkopywanie szlaków energetycznych też jest dla Rosji dobre, bo oznacza wzrost cen energii, na czym Rosja korzysta. Irańskie destabilizowanie rynku międzynarodowego służy więc Rosjanom.

– Bo irański żołnierz jest w Iranie i w krajach sąsiednich. Iran ma wiele miejsc, w których ma swoich ludzi: Liban, Jemen, Irak. W Korei Północnej nie ma wojny, więc są tam ludzie do wysłania do Ukrainy. Iran ich nie ma. Zapewne i tak by tego nie zrobił. Relacja Iranu z Rosją nie jest tym samym co relacja Rosji z Koreą Północną. Z Iranem to strategiczne dopasowanie, nie sojusz, tylko zbieżność interesów.

– Widzę tu dwie rzeczy. Chinom podoba się to, że USA grzęzną na Bliskim Wschodzie. Inwazja na Irak w 2003 r. okazała się dla Amerykanów katastrofalna, bo na kilkanaście lat ­ugrzęźli w Iraku, akurat wtedy, gdy Chiny rosły w siłę. Im więcej czasu, energii i zasobów USA zużywają na Bliskim Wschodzie, tym lepiej dla Chin, bo tym bardziej są odciągane od obszaru, który dla Chin jest kluczowy.

Problem polega na tym, że Chiny są bardziej niż Europa i USA uzależnione od bliskowschodniej ropy, więc zakłócenia dostaw są dla nich złą wiadomością. I tu jest różnica między Rosją a Chinami. Rosja jest antysystemowa, a Chiny nie są antysystemowe w tym stopniu, bo na obecnym systemie korzystają. Nie chcą, żeby system był aż tak podkopywany. Chcą, żeby Stany grzęzły na Bliskim Wschodzie, żeby wydawały tam zasoby i pieniądze – ale nie chcą, żeby podkopany został globalny system gospodarczy i energetyczny. Obraz jest więc dla Chin mieszany, a dla Rosji ­jednoznaczny.

– Znaczenie cieśniny Ormuz za kilka lat będzie o wiele mniejsze niż dziś. Powstaną dziesiątki nowych projektów połączeniowych i nowych tras omijających Ormuz. Jednym z nich, dziś bardzo popularnym, jest projekt Kolei Hidżaskiej, łączącej Arabię Saudyjską przez Jordanię i Syrię z Turcją, a dalej z Europą, a z drugiej strony z Omanem, czyli z Oceanem Indyjskim. Wcześniej Saudyjczycy nie byli tym projektem szczególnie zainteresowani. Teraz są.

– Nie. Chodzi o dwie rzeczy. Po pierwsze, zmniejszanie kosztów wojny dla USA. Po drugie, regionalizacja to zawsze ryzyko rozszerzenia wojny – jednym z takich ryzyk jest konfrontacja saudyjsko-irańska. A różnica polega na tym, że gdy taka konfrontacja raz się zacznie, będzie ją bardzo trudno ­zakończyć.

– Siła to także odporność. Państwo irańskie ma zapewne większą odporność. Arabia Saudyjska ma przemysł zbrojeniowy, ma lotnictwo. Ale wojna to ostatecznie wytrwałość i zdolność przetrwania, a demograficznie Iran jest od Arabii Saudyjskiej znacznie większy. Byłby to proces wyniszczający dla całego regionu. Regionalny chaos pogłębiłby się, struktury państwowe – w Iranie, w Jemenie – uległyby dalszemu rozkładowi, a region jeszcze mocniej zaangażowałby się w równoważenie Iranu. W dłuższej perspektywie to będzie dla regionu okres formacyjny.

– Bardzo trudno powiedzieć, co z nich wyniknie, ale do wyborów Netanjahu potrzebuje eskalacji. Będzie jej szukał na różnych frontach, bo skoro Trump narzucił ciszę na froncie irańskim, poszuka eskalacji gdzie indziej: w Syrii, w Libanie, na froncie palestyńskim, w Gazie.

Druga rzecz: przez ostatnią dekadę budowano ład regionalny oparty na Izraelu i arabskich państwach Zatoki pod amerykańskim parasolem bezpieczeństwa. To był w istocie ład izraelocentryczny, abrahamowa wizja Bliskiego Wschodu. Uważam, że ona się wyczerpała. Bliski Wschód wszedł w fazę postabrahamową, w której izraelocentryczny ład regionalny nie jest już możliwy do utrzymania. Ale tak samo nie jest możliwy do utrzymania ład irańskocentryczny. Region będzie więc szukał innego układu. Niedawny pakt Mekki, który połączył Arabię Saudyjską, Pakistan i Turcję, jest tego przykładem.

I trzecia rzecz: przez ostatnią dekadę niemal wszystkie ważne inicjatywy regionalne miały Izrael w samym rdzeniu. Abraham Accords (porozumienia abrahamowe), India-Middle East-Europe Economic Corridor (IMEC; korytarz gospodarczy Indie-Bliski Wschód-Europa), I2U2 (format Indie-Izrael-Stany Zjednoczone-Zjednoczone Emiraty Arabskie), Forum Negew. Wszystkie te strategiczne inicjatywy miały przebudować region i we wszystkich Izrael był w centrum. Otóż geopolityczny fundament tych inicjatyw również zniknął. IMEC być może da się zrealizować, ale w formacie zupełnie innym. W dawnej postaci – nie.

Zamiast ładu izraelocentrycznego możemy więc zobaczyć na Bliskim Wschodzie ład, który nie jest antyizraelski, tylko postabrahamowy. Pakt Mekki ma dokładnie tę cechę: nie jest paktem antyizraelskim, bo wszystkie trzy tworzące go państwa są bliskimi sojusznikami Stanów. Bliskimi sojusznikami Stanów, ale reprezentującymi postabrahamową wizję ładu.

Izrael zmienił zresztą doktrynę. Przez ostatnią dekadę koncentrował się na budowie ładu opartego na sobie i arabskich państwach Zatoki Perskiej, także przez normalizację stosunków z państwami arabskimi. Dziś doktryna polega na utrzymaniu militarnej supremacji i pozostawaniu w stanie permanentnej gotowości wojennej. Na ustanowieniu militarnego prymatu. Kłopot polega na tym, że to przyniesie jeszcze większą izolację regionalną i międzynarodową i sprawi, że izraelocentryczny ład stanie się jeszcze mniej prawdopodobny.

– Nieład pozostanie obrazem regionu. Ale są trzy różne wizje ładu regionalnego: izraelocentryczna, irańskocentryczna i trzecia droga. Ani wizja izraelocentryczna, ani irańskocentryczna nie jest możliwa do utrzymania. Pytanie brzmi, czy trzecia droga zdoła zdobyć szersze poparcie, akceptację i legitymizację. I czy uda się jej znaleźć modus vivendi jednocześnie z Izraelem i Iranem. To jest ważne pytanie na przyszłość. Stany prawdopodobnie będą tę trzecią drogę wspierać – Trump widzi ją zapewne jako zgodną ze swoją strategią burden sharing (dzielenia się ciężarem) i burden shifting (przerzucania ciężaru) na sojuszników regionalnych i uznaje, że taka rama zapewni większą regionalną akceptację i legitymizację niż wariant izraelocentryczny. Trump przypuszczalnie będzie ją więc wspierał. Ale i Izrael, i Iran będą się jej zapewne sprzeciwiać.

Galip Dalay jest tureckim politologiem i historykiem, specjalizującym się w polityce Turcji i Bliskiego Wschodu. Jest pracownikiem naukowym Chatham House i wykładowcą na Oksfordzie. 2 września będzie gościem wydarzenia Impact Leading Minds

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version