Dawid Serafin: Przemysław Czarnek mówi o panu „nasz przyjaciel”. Donald Tusk w kampanii wyborczej w 2024 r. o Aleksandrze Miszalskim też mówił „mój przyjaciel”.
Michał Drewnicki, kandydat PiS na prezydenta Krakowa: – To stwierdzenie z ust Przemysława Czarnka padło jeszcze przed kampanią. Ja swoje działania zainaugurowałem na alei Róż, bez udziału polityków z pierwszych stron gazet. Spotkałem się tam z mieszkańcami, radnymi i ludźmi z naszego środowiska. Zależało mi, by wybrzmiał przede wszystkim głos lokalny, a nie polityków.
Pan również jest politykiem.
– Jestem krakowskim samorządowcem. Nigdy nie byłem politykiem centralnym, w przeciwieństwie do niektórych kandydatów, których „przywozi się” do Krakowa z Warszawy.
Dlaczego zatem partia postawiła na lokalnego działacza z Nowej Huty, a nie na bardziej rozpoznawalne postacie, jak Małgorzata Wassermann czy Łukasz Kmita?
– Mam bogate doświadczenie samorządowe i, mimo moich 36 lat, dobrze zbudowaną rozpoznawalność w Krakowie, jako człowiek aktywny, słuchający ludzi i wierny zasadom. Moje środowisko uznało, że jestem wiarygodny, mam pomysł na miasto i mogę „z marszu” wejść w kampanię, ponieważ od kilkunastu lat zajmuję się sprawami miejskimi.
– Nie muszę poświęcać miesięcy na przygotowania; o wizji rozwoju mogę rozmawiać od zaraz. Wspomniane przez Pana osoby zresztą nie chciały startować, gdyż brały już udział w poprzednich wyborach.
Widzę, że o kandydowaniu w Krakowie mówią również politycy z Radomia, Warszawy czy Bydgoszczy, którzy mogą zamienić kampanię w polityczny cyrk czy „mini-Sejm”. Chciałbym, aby debata dotyczyła spraw lokalnych, krakowskich
Podobno o swojej kandydaturze dowiedział się pan na półtorej godziny przed oficjalnym ogłoszeniem.
– Wcześniej pojawiały się luźne pytania, czy podjąłbym się tego zadania. Po namyśle uznałem, że to dobry krok i jestem gotowy do walki. Ostatecznie otrzymałem rekomendację struktur małopolskich i centralnych.
W czym czuje się pan lepszy od potencjalnych kontrkandydatów?
– Nie rozpatruję tego w tych kategoriach. Mam miastu do zaoferowania energię, aktywność i fakt, że jestem stąd. Dostrzegam, że przez lata władze źle traktowały niektóre obszary Krakowa, brakowało równości w podziale inwestycji, a grupy interesu miały zbyt wiele do powiedzenia kosztem zwykłych mieszkańców.
Mówi Pan o inwestycjach, ale dług miasta wynosi 9 miliardów złotych. Skąd wziąć na nie fundusze?
– Konieczny jest rzetelny audyt merytoryczny. Aleksander Miszalski zlecił audyt wewnętrzny i zalecił cięcia w wydziałach, co się nie sprawdziło. Ja chcę wyeliminować wydatki zbędne, takie jak miliony wydawane na miejskie gazetki, reklamy czy spacery dendrologiczne. To są konkretne oszczędności.
– W dłuższej perspektywie musimy postawić na wzrost dochodów, ale nie poprzez wyciąganie pieniędzy z kieszeni krakowian. Nie zgadzam się na podnoszenie cen biletów czy podatków lokalnych. Chcę zainwestować w obszary rozwojowe, jak Nowa Huta Przyszłości – zamiast planowanych przez prezydenta Miszalskiego magazynów, powinny tam powstawać fabryki i branża kreatywna, co przyniesie zyski w perspektywie kilku lat.
Czy po ewentualnym objęciu urzędu będzie Pan zatrudniał w magistracie swoich kolegów?
– Zależy mi na merytoryce. W urzędzie powinni pracować fachowcy, niezależnie od ich preferencji politycznych.
Merytoryczni, czyli partyjni?
– Jeśli będziemy szukać szefa instytucji transportowej, musi to być osoba z odpowiednim wykształceniem i doświadczeniem. Nie wyobrażam sobie, by rzecznikiem praw ucznia zostawała osoba bez przygotowania prawnego tylko dlatego, że była czyjąś asystentką.
Pije pan do sytuacji, kiedy zatrudnienie na stanowisku rzeczniczki znalazła była asystentka Aleksandra Miszalskiego z czasów poselskich. Wracając do pana przeszłości. W ostatnich wyborach parlamentarnych zabrakło panu zaledwie 106 głosów. Czy nie żałuje Pan, że nie został posłem?
– Z perspektywy czasu nie żałuję. Dzięki temu mogłem mocniej zaangażować się w sprawy Krakowa. Wtedy miałem też bardzo małe dzieci, dziś sytuacja jest już inna. Skupiam się na przyszłości. Chcę, by Kraków stał się miastem ambitnym.
Nie chciałbym być kimś takim jak Aleksander Miszalski. Mam inne cechy charakteru – jestem człowiekiem pogodnym, ale poważnym. Aleksander Miszalski bywa wesołkowaty i niepoważny
Czy ten start to nie jest jedynie budowanie nazwiska przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi? Szanse kandydata Prawa i Sprawiedliwości na prezydenturę w Krakowie są obecnie nikłe.
– Może inni kandydaci, ci co przyjeżdżają na kampanię z Warszawy mają taki cel, ja nie. Mnie zależy na pokazaniu, że kandydat o konserwatywnych, zdroworozsądkowych wartościach ma konkretny program dla miasta. Chcę dać wybór ludziom, którzy nie utożsamiają się z wizją liberalno-lewicową.
Czuje pan na plecach oddech innego prawicowego kandydata, Bartosza Bocheńczaka z Konfederacji? Porażka z nim byłaby dotkliwa.
– Bardzo ciężko pracuję, by wejść do drugiej tury i wygrać. Nie szukam jednak przeciwników po stronie osób, które chcą odebrać miasto z rąk koterii i układów biznesowych. Prawdziwych oponentów upatruję w tych, którzy tłamsili energię mieszkańców i „betonowali” miasto kosztem komfortu życia. Jestem gotów rozmawiać z każdym, kto ma dobry pomysł na Kraków.
Nawet z Aleksandrem Miszalskim?
– On miał usta pełne frazesów o współpracy, a potem lekceważył ludzi, choćby w sprawie Strefy Czystego Transportu. Nie chciałbym być kimś takim. Mam inne cechy charakteru – jestem człowiekiem pogodnym, ale poważnym. Aleksander Miszalski bywa wesołkowaty i niepoważny. Gdy sytuacja finansowa miasta była krytyczna, on urządzał happeningi i kręcił promocyjne filmiki. To się mieszkańcom nie podoba.
Pan również nagrywa filmiki.
– Moje nagrania skupiają się na merytoryce i rozwiązywaniu problemów, a nie na tańczeniu na dachu czy sprzątaniu magistratu dla autopromocji.
Co zatem ze wspomnianą Strefą Czystego Transportu?
– Skieruję projekt uchwały o jej likwidacji. To będzie jedna z moich pierwszych decyzji. Chcę uszanować głosy mieszkańców, które zostały zlekceważone. Jeśli przyszła strefa w ogóle miałaby powstać, musi być sprawiedliwa i oparta na rzetelnych badaniach jakości powietrza. Dane z zeszłego roku sugerują, że SCT może nie być konieczna.
A co z cenami biletów komunikacji miejskiej?
– Nie może być tak, że w Krakowie mamy najdroższy bilet godzinny w Polsce. Proponuję obniżkę cen i przywrócenie biletu 20-minutowego zamiast obecnego 15-minutowego. To mieszkaniec powinien decydować, czym chce się poruszać, a miasto musi zapewnić mu alternatywę. Konieczna jest rozbudowa sieci drogowej, by zlikwidować korki oraz kontynuacja budowy metra, choć tu niezbędna jest deklaracja rządu o współfinansowaniu. Trzeba też rozwinąć komunikację na obrzeżach miasta, gdzie dziś autobusy jeżdżą zbyt rzadko.
Skąd weźmie Pan na to pieniądze, skoro kasa miasta jest pusta?
– To będzie trudna kadencja, szczególnie przy Radzie Miasta zdominowanej przez kolegów obecnego prezydenta. Jednak musimy spriorytetyzować działania i walczyć o ambicje Krakowa. Jednym z moich pomysłów jest wprowadzenie opłaty reklamowej, która opodatkowałaby zagraniczne koncerny wystawiające u nas wielkie billboardy. Te środki mogłyby sfinansować np. kanalizację na obrzeżach miasta. Prezydent Miszalski to obiecał i nie dotrzymał słowa; ja chcę to zrealizować, oszczędzając drobnych przedsiębiorców.
W kampanię włączą się liderzy partii, jak Jarosław Kaczyński czy Przemysław Czarnek?
– Mam wsparcie mojego środowiska, nawet nie wie, ile telefonów o chęci pomocy odebrałem w ostatnim czasie. Najbardziej jednak cieszę się, że mieszkańcy lub osoby którym pomagałem jako radny deklarują włączenie się w kampanię. Dlatego na ten moment skupiam się na krakowskich tematach, ważnych dla ludzi.
– Natomiast widzę, że o kandydowaniu w Krakowie mówią również politycy z Radomia, Warszawy czy Bydgoszczy, którzy mogą zamienić kampanię w polityczny cyrk czy „mini-Sejm”. Chciałbym, aby debata dotyczyła spraw lokalnych, krakowskich.
Mamy już czternastu pretendentów do fotela prezydenta. To rozdrobnienie głosów jest pana szansą na wejście do drugiej tury?
– Zobaczymy, kto ostatecznie zbierze wymagane 3000 podpisów. Ja i mój komitet na pewno to zrobimy.
Przed wyborami prezydenckimi Prawo i Sprawiedliwość zebrało w Krakowie pod listami poparcia tylko kilka tysięcy podpisów.
– Przy samym referendum zebraliśmy około 10 tys. podpisów. Już dzisiaj zgłaszają się do mnie mieszkańcy i wolontariusze, pytając, kiedy ruszamy ze zbiórką. O to jestem spokojny.
Co uzna pan za sukces w tych wyborach?
– Sukcesem będzie realizacja mojego programu i wartości, z którymi idę. Walczę o drugą turę i o wygraną. Każdy wynik poniżej tego uznam za niewystarczający. Nastawiam się na ciężką pracę przez najbliższe dni i tygodnie.
Czuje pan presję ze strony prezesa Kaczyńskiego?
– Mam poczucie wyzwania i odpowiedzialności – ale to mnie napędza. Cała Polska patrzy na Kraków, bo to obecnie najważniejsze wybory w kraju. Presja medialna jest duża, ale wiem co robię i mam pełne wsparcie swojego środowiska.














