W Krakowie Jakub Skrzywanek, nowy dyrektor Narodowego Starego Teatru, wyreżyserował spektakl „Zamach na Stary Teatr. Narodziny narodu”. Wojciech Faruga i Julia Holewińska, którzy przejęli warszawski Teatr Dramatyczny po burzliwej dyrekcji Moniki Strzępki, wystawili „Anioły w Warszawie”. W obu przypadkach nowi dyrektorzy odwołują się do wielkich tekstów.

Zamach na klasykę wymaga odwagi. Ale czy po zamachu narodzi się nowy porządek? Nie jestem pewna. Jakub Skrzywanek, 33-letni dyrektor jednej z najlepszych polskich scen, idzie po swoje za pomocą „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego. Wyspiański pisał o Polsce poszarpanej ideowymi i klasowymi sporami, o narodzie popadającym w marazm bezcelowego trwania. W DNA krakowskiego teatru wpisało się „Wyzwolenie” w reż. Konrada Swinarskiego z legendarną rolą Jerzego Treli. Skrzywanek, autor m.in. świetnej „Śmierci Jana Pawła II” z Teatru Polskiego w Poznaniu, nie byłby sobą, gdyby nie spróbował zamachnąć się na dawne świętości.

Spektakl zaczyna się od sceny rozmowy Konrada z Muzą. Radosław Krzyżowski i Dorota Segda oraz pozostali aktorzy niosą spektakl od początku do końca. Zespół, niezależnie od zmieniających się dyrektorów i wiatrów politycznych, stanowi esencję tej sceny. Do Muzy i Konrada dołącza tłum z chorągwiami w strojach pozlepianych z fragmentów kontuszy, dresów, ubrań jak z lumpeksu. Dostajemy przedsmak tego, czym mogłoby być „Wyzwolenie” przepuszczone przez współczesną wyobraźnię. Sceniczny tłum mógłby wysypać się na ulicę i być lustrem dla postmodernistycznej tożsamości posklejanej z kawałków przeszłości, przyszłości, ideowych śmieci i deepfake’ów znalezionych w internecie.

„Wyzwolin ten doczeka się dnia, kto własną wolą wyzwolony” – to zdanie z Wyspiańskiego staje się mottem dla Skrzywanka, który dopisuje do „Wyzwolenia” kolejny akt. Do teatru wpadają zamachowcy. Wydarzenie zmienia się w nieco przydługą dziennikarską opowieść o nim. A potem zaczyna się teatr kultywowania pamięci o ofiarach zamachu. W tyle głowy mamy mitologizację i polityzację katastrofy smoleńskiej.

W przerwie spektakl trwa nadal. Nad stosami czarnych worków z ciałami zabitych toczy się zarejestrowana dyskusja polityków. Fake newsy, sztuczna inteligencja jako element rozgrywek politycznych to także temat Skrzywankowego „Wyzwolenia”. Dostajemy rocznicowy seans wspomnień o katastrofach i ich ofiarach, osuwający się chwilami w kabaret (świetny Grzegorz Mielczarek w roli egotycznego koryfeusza) i seans terapeutyczny (Karolina Staniec). I lecimy do sceny, w której po 10 latach od zamachu reżyser chce w teatrze zrobić spektakl o tym, co się wydarzyło. Dobrać się do narodowej traumy. To część Doroty Segdy, gwiazdy, którą męczą kolejni młodzi twórcy, chcący używać jej przeżyć, żeby robić teatr. – Trauma i naród, naród i trauma, czy tylko o tym ma opowiadać narodowy teatr – krzyczy Segda zirytowana wywodami reżysera.

Skrzywanek wkracza na grząski grunt rozmowy o roli narodowej sceny. Ale artyści lubią po grząskim, jak mówi Segda. I choć chwilami reżyser wpada w grząskie, a wnioski nie są odkrywcze, to dzięki aktorom scena zapada w pamięć. Traktuję ten spektakl jako zarys tematów, którymi będzie się zajmował Stary Teatr pod dyrekcją Jakuba Skrzywanka i Doroty Ignatjew.

Spektakle Skrzywanka i „Anioły w Warszawie” duetu Faruga i Holewińska łączy osobista perspektywa. Twórcy nawiązują do słynnego dramatu Tony’ego Kushnera „Anioły w Ameryce” i do spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego, ale przenoszą go w realia Warszawy lat 80. pogrążonej w marazmie i szarości stanu wojennego. Orwellowski rok 1984 sprowadza na miasto chorobę atakującą homoseksualnych mężczyzn. Holewińska w swoim najdłuższym dramacie, scenicznie zbyt długim, kreśli panoramę postaci zatrzaśniętych w obręczy polityki i społecznych reguł: wykluczonych i prześladowanych homoseksualnych mężczyzn, kobiet zepchniętych do drugorzędnych ról sekretarek, żon (świetna Anna Szymańczyk w roli żony kryptogeja), matek mających obsługiwać patriarchalny świat.

Smutek zimowego krajobrazu podbijają scenografia, światło, kostiumy. Pięknym pomysłem jest wprowadzenie syrenki warszawskiej, która wytrąca kobiety z ich małych dramatów. Wspaniały jest Paweł Tomaszewski w roli poety zarażonego przez transfuzję krwi. AIDS oznacza wyrok nie tylko śmierci, ale też wyrok odrzucenia, wstydu i samotnego umierania, a także część wypchniętej z pamięci historii. I choć spektakl nie przejął mnie tak jak przed laty „Anioły” Warlikowskiego, to publiczność przyjęła go brawami na stojąco.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version