Close Menu
  • Aktualności
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Biznes
  • Polityka
  • Nauka
  • Sport
  • Klimat
  • Zdrowie
  • Wybór Redaktora
  • Komunikat Prasowy
Modne Teraz
Efekt „rakiety” i „pióra” wpływa na ceny paliw. „Europa jest w szczególnie trudnej sytuacji”

Efekt „rakiety” i „pióra” wpływa na ceny paliw. „Europa jest w szczególnie trudnej sytuacji”

20 kwietnia, 2026
USA. Strzelanina w Luizjanie. Wśród ofiar najmłodsi

USA. Strzelanina w Luizjanie. Wśród ofiar najmłodsi

20 kwietnia, 2026
Wybory parlamentarne w Bułgarii. Pierwsze wyniki sondażu exit poll

Wybory parlamentarne w Bułgarii. Pierwsze wyniki sondażu exit poll

20 kwietnia, 2026
Austria. Trutka na szczury w słoiczkach. „Zewnętrzna ingerencja”

Austria. Trutka na szczury w słoiczkach. „Zewnętrzna ingerencja”

20 kwietnia, 2026
Cieśnina Ormuz. Trump: Irański statek ostrzelany przez marynarkę USA

Cieśnina Ormuz. Trump: Irański statek ostrzelany przez marynarkę USA

20 kwietnia, 2026
Facebook X (Twitter) Instagram
Popularność
  • Efekt „rakiety” i „pióra” wpływa na ceny paliw. „Europa jest w szczególnie trudnej sytuacji”
  • USA. Strzelanina w Luizjanie. Wśród ofiar najmłodsi
  • Wybory parlamentarne w Bułgarii. Pierwsze wyniki sondażu exit poll
  • Austria. Trutka na szczury w słoiczkach. „Zewnętrzna ingerencja”
  • Cieśnina Ormuz. Trump: Irański statek ostrzelany przez marynarkę USA
  • Wybory w Bułgarii. Rekordowa liczba zgłoszeń nieprawidłowości
  • Sposoby na niższe rachunki za gaz – proste zmiany, duże oszczędności
  • Izrael tworzy strefę buforową na granicy z Libanem. Pokazano mapę
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
  • Skontaktuj się z nami
Historie Internetowe
Razy DzisiajRazy Dzisiaj
Biuletyn Zaloguj Sie
  • Aktualności
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Biznes
  • Polityka
  • Nauka
  • Sport
  • Klimat
  • Zdrowie
  • Wybór Redaktora
  • Komunikat Prasowy
Razy DzisiajRazy Dzisiaj
Strona Główna » Grzegorz Rosiński: Artystycznie byłem na marginesie
Grzegorz Rosiński: Artystycznie byłem na marginesie
Aktualności

Grzegorz Rosiński: Artystycznie byłem na marginesie

Pokój WiadomościPrzez Pokój Wiadomości28 października, 2025

Wychowałem się w powojennym Wrocławiu. Ruiny rozbudzały moją wyobraźnię. Wystarczyło pogrzebać w ogródku, żeby znaleźć kości, maski gazowe, hełmy… To były moje zabawki – Grzegorz Rosiński, uznawany za najpopularniejszego europejskiego rysownika komiksu, opowiada o swoim dzieciństwie i artystycznych początkach w PRL

Newsweek: Urodził się pan w Stalowej Woli, wychował częściowo we Wrocławiu, a potem w Warszawie. Skąd tyle przeprowadzek w dzieciństwie?

Grzegorz Rosiński: Ojciec był technikiem, pracował w przemyśle metalurgicznym. W 1938 r. wyjechał ze swojej rodzinnej Warszawy za pracą do Stalowej Woli, żeby budować Centralny Okręg Przemysłowy. Opowiadał, że to miało być tylko kilka miesięcy, ale wybuchła wojna, która pokrzyżowała plany. Tam urodziłem się w 1941 r. Po wojnie z kolej trzeba było uruchamiać poniemieckie fabryki na Ziemiach Zachodnich. Przenieśliśmy się do Wrocławia. Mieszkaliśmy najpierw na Psim Polu, a potem na Sępolnie, tam zacząłem chodzić do szkoły. Dopiero po latach dowiedziałem się, że w tym ponurym budynku z czerwonej cegły jeszcze kilka miesięcy wcześniej mieścił się hitlerowski obóz pracy dla kobiet.

Jak wyglądał powojenny Wrocław?

– W 1944 r. to miasto zamieniono w twierdzę, Festung Breslau, której Niemcy bronili niemal do końca wojny. Widać było ogromne zniszczenia, wyburzono nawet część centrum, żeby stworzyć pas lotniczy, by okrążone miasto mogło być zaopatrywane. Ruiny bardzo rozbudzały moją wyobraźnię, były wielkim placem zabaw. Wystarczyło pogrzebać w ogródku, żeby znaleźć kości, parabellum, maski gazowe, hełmy… To były moje zabawki. Zabierałem to wszystko i rekonstruowałem bitwę pod Verdun.

Dlaczego Verdun?

– Pamiętam, że paradoksalnie więcej wśród nas, dzieci, mówiło się wtedy o I wojnie światowej niż o II, która dopiero się skończyła.

Niemieccy cywile już wyjechali z miasta?

– Nie do końca. Mężczyźni albo zginęli na froncie, albo siedzieli jeszcze w obozach, pozostały stare Niemki, które z kolegami nazywaliśmy „autochtonkami”. Łatwo je było poznać, bo nosiły na głowach charakterystyczne chustki i niepewnie przemykały pod ścianami. Zdarzało się nam rzucać w nie kamieniami dla zabawy. Teraz, jak o tym mówię, jest mi wstyd.

Równolegle dorośli ciągle nas ostrzegali przed Żydami, że nas złapią, włożą do beczki nabijanej gwoździami i będą toczyć, aż dziecko się wykrwawi. A nasza krew zostanie użyta do macy. Kompletnie nie wiedziałem, co to wszystko znaczy, ale antysemityzm kwitł w najlepsze.

Wygrzebywałem prosto z gruzów książki, na przykład piękną Biblię z ilustracjami Gustave’a Doré. To chyba wtedy zakochałem się w książkach z obrazkami.

Podobno z ruin wygrzebywał pan nie tylko pozostałości po wojnie?

– Wygrzebywałem prosto z gruzów książki, na przykład piękną Biblię z ilustracjami Gustave’a Doré. To chyba wtedy zakochałem się w książkach z obrazkami. Rozbierałem akumulatory i z drucików robiłem sobie żołnierzyki, a potem zapraszałem dzieci i robiłem im teatrzyk, opowiadałem tymi figurkami historie.

To we Wrocławiu też przeczytałem pierwszy komiks – w 1949 r. trafił w moje ręce numer francuskiego pisma „Vaillant”. Przez krótki czas można je było kupić w kioskach, może dlatego, że to pismo było powiązane z francuską partią komunistyczną, więc polscy towarzysze się na to zgodzili.

Wrocławowi zawdzięczam też miłość do literatury. Miałem tam kolegów, z którymi zaczytywaliśmy się powieściami. To była głównie literatura XIX-wiecznymi, która przyjechała jeszcze w przedwojennych wydaniach z przesiedleńcami ze Wschodu Polski i literatura popularna z początku XX wieku: Edgar Wallace, kryminały, Juliusz Verne. Potem swoje dorzucił PRL, wtedy w kiosku można było kupić powieści, które były sprzedawane w takich wielkich płachtach, a nie w formie książek, żeby było taniej. W domu rozcinałem te arkusze i czytałem całą światową klasykę.

Jak trafił pan do Warszawy?

– Po kilku latach ojciec dostał pracę w stolicy i obietnicę mieszkania. Sprowadziliśmy się w 1952 r., ale na miejscu okazało się, że czeka na nas jeden pokój z kuchnią na Woli, co było dość dużym rozczarowaniem po dużym poniemieckim mieszkaniu we Wrocławiu i pięknej dzielnicy Sępolno, zbudowanej zgodnie z ideą miasta-ogrodu.

Ojciec wtedy obraził się na władzę, wypisał z partii, co było dość dużym bohaterstwem przed śmiercią Stalina. Nigdy już potem nie awansował, nie dostał żadnej podwyżki, zarabiał mizerne grosze. Mama nie pracowała, chorowała na stwardnienie rozsiane. Dlatego ja musiałem wcześniej zacząć pracować i pomagać ojcu w utrzymaniu rodziny. Tułałem się po mieście, właściwie ulica mnie wychowywała i bardzo jestem losowi za to wdzięczny.

Już wtedy był pan „chory na komiks”?

– No tak, odkąd trafiłem przypadkiem na kartkę z pisma „Vaillant”. Uświadomiłem sobie, że rysując, mogę opowiadać całą historię tak, jakbym pisał książkę, kręcił film, czy wystawiał sztukę w teatrze i że mogę to robić sam, nie potrzebuję do tego bogatego producenta, wystarczy kartka i ołówek.

Potem poszedłem na słynną wystawę „Oto Ameryka”, która miała Polakom zohydzić stolicę kapitalizmu. To było świetne doświadczenie, bo pierwszy raz zobaczyłem ten paskudny, deprawujący komiks amerykański, który był dla mnie przepiękny, w jakiś szaleńczych wibracjach patrzyłem na tytuły ze słynnej kolekcji „Classics Illustrated”. Pierwszy raz zobaczyłem wtedy klasyczny amerykański komiks i to miało na mnie wielki wpływ. Oni nawet Dostojewskiego przerabiali na obrazki. Chyba wtedy zrozumiałem, jaką siłę ma kultura popularna.

Chodząc do liceum plastycznego, zacząłem rysować adaptacje powieści Juliusza Verne’a czy Roberta Louisa Stevensona, ale też swoje pomysły. Pod koniec lat 50. jeszcze jako uczeń publikowałem pierwsze komiksy w harcerskim piśmie „Korespondent wszędobylski”. Chodziłem z notesikiem po Warszawie i łapałem co ciekawsze, bardziej absurdalne momenty. Byłem ówczesnym Andrzejem Mleczko.

Co na to rodzice?

– Ojciec sam próbował sztuki, jeszcze we Wrocławiu wychodził sobie niedzielami i malował akwarele z natury. Któregoś razu malował jakiś most, coś mu nie wychodziło i zaczął pocierać dłonią o mokry papier. Kartka zaczynała się zwijać, a ja powiedziałem: „Tato, przestań, bo dziurę zrobisz”. Ojciec tak się zawstydził, że publicznie jakiś gówniarz zwrócił mu uwagę, że od tamtej nigdy już go nie widziałem z pędzelkiem w ręku. Odebrałem mu jedną z niewielu przyjemności, jakie miał w życiu. Do dzisiaj mam wyrzuty sumienia.

Ojciec nie chciał, żebym szedł na Akademię Sztuk Pięknych. Sam był tylko technikiem, marzył, żeby syn został inżynierem, zdobył lepsze wykształcenie niż on. Żeby zwiększyć swoje szanse na studia, po maturze poszedłem pracować na budowę, żeby zdobyć dodatkowe punkty. I nawet dostałem zaświadczenie, że Grzegorz Rosiński jest pracownikiem zdyscyplinowanym, ale nie zgłosiłem się na ten Politechnikę, tylko poszedłem od razu na Akademię. I jakimś cudem zdałem, choć wtedy niechętnie przyjmowano ludzi po liceum plastycznym. Uważali, że my jesteśmy już zmanierowani.

Okładki komiksu „Thorgal” autorstwa rysownika Grzegorza Rosińskiego i scenarzysty Jeana Van Hamme’a

Foto: Marek Zajdler / East News

Jaki klimat na Akademii Sztuk Pięknych panował na początku lat 60.?

– Moi profesorowie dostali się do świata sztuki po odwilży. Nastąpił odwrót od socrealizmu, słuszny skądinąd, ale skończyło się to zupełnym odlotem. Panowało poczucie wyższości sztuki niefiguratywnej nad realizmem. A ja nie miałem do niej zaufania, uważałem, że to oszukaństwo. Ale nie miałem wyboru.

Chodziłem na zajęcia do profesora, który przez trzy lata się do mnie nie odezwał, bo ja rysowałem modelkę realistycznie, a jemu to się nie podobało. A mi było głupio, tak po ludzku, bo kobieta, która nam stale pozowała, marzła naga, a moi koledzy rysowali akt, nawet na nią nie patrząc.

Co raz sprawdzałem, czy to świat zwariował, czy ja. Kiedyś odwróciłem się do płótna i machnąłem kleksa. Wtedy mój profesor przystanął, chrząknął i widziałem, że to go zainteresowało.

Wtedy dochodziłem do wniosku, że to jednak świat sztuki jest szurnięty. Ale Akademia była też wielką szkołą myślenia, miejscem wymiany zdań, bardzo mnie interesował teatr (przez trzy lata studiowałem także scenografię), animacja, fotografia.

Został pan ilustratorem?

– Nie tak od razu.

Żyliśmy bardzo skromnie, wciąż musiałem pracować i pomagać ojcu. Zresztą wtedy wszyscy coś robili. Najczęściej po prostu chodziłem po ulicach i zaglądałem do różnych instytucji. Proponowałem swoje usługi: dzień dobry, jestem studentem ASP, może zaaranżować państwu witrynę? Albo namalować szyld? Mogę też pozamiatać. Po prostu chodziłem i pytałem, czy nie ma jakiejś roboty.

Kiedy pojawiły się pierwsze zamówienia ilustracyjne, czysto graficzne?

– To dalsze lata studiów.

W pewnym momencie któryś z kolegów dostał z Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych zamówienie na ilustracje do podręczników szkolnych. Tyle że z punktu widzenia studenta ASP nie było to zlecenie prestiżowe. A po drugie, jak już mówiłem, wówczas nie uczono nas realistycznie rysować i wielu moich kolegów po prostu nie umiało zrobić porządnego rysunku. Nikt się nie garnął do ilustrowania tych podręczników. „Rosa (bo tak mnie przezywano), ty dobrze rysujesz, możesz spróbować – usłyszałem. I tak się zaczęła moja długa przygoda z podręcznikami, która dawała mi i przyjemność i bardzo dobry zarobek.

Na początku rysowałem pod pseudonimem. W PRL-u, żeby być artystą, a więc też ilustratorem, trzeba było mieć, po pierwsze – wykształcenie w tym kierunku, po drugie – trzeba było być członkiem związku. Anonimowo ilustrowałem na przykład podręczniki do nauki angielskiego, chociaż nie znałem tego języka, podręczniki do fizyki…

Traktował pan tę pracę jak chałturę?

– Nie, robiłem je tak, jak chciałem. Po swojemu. Z reguły pierwsze propozycje mi odrzucano, a ja się bardzo cieszyłem, bo wiedziałem, że będę sobie mógł zrobić nową, zupełnie inną wersję. Zresztą podręczniki były świetnym układem finansowym. Po pierwsze, było tam mnóstwo rysunków, po drugie, często je wznawiano, a w umowie miałem zagwarantowane prawa autorskie. Za drugie wydanie dostawałem 80 proc. wynagrodzenia, za trzecie 60 proc., a za wszystkie następne – 50 proc. To były wspaniałe czasy.

Po studiach, kiedy już miałem papiery na artystę, zostałem zawodowym grafikiem i ilustratorem.

Pracowałem jako grafik w „Tygodniku Kulturalnym”, dla Krajowej Agencji Wydawniczej zilustrowałem 14 tomów serii „Piegowaty, uwaga!” Kazimierza Dębnickiego, to były książki dla dzieci o II wojnie światowej.

Wtedy największe sukcesy święciła Polska Szkoła Plakatu.

– Plakaty to był główny zarobek młodego plastyka w PRL-u. Zarówno te do wydarzeń kulturalnych, jak i do takich świąt jak 22 lipca czy 1 maja. To były najlepiej płatne chałtury. Sam zrobiłem plakat na XX-lecie PRL, który nawet dostał jakąś nagrodę, ale nie wiązałem z tym przyszłości. Wolałem projektować okładki książek. Poza tym odkąd w liceum zabroniono mi rysować komiksów, to ilustracje były przynajmniej jakąś jego namiastką. Poza tym zawsze byłem związany z literaturą, bo to ona mnie pociągała najbardziej. Ja zawsze żerowałem na literaturze, pomysłach pisarzy, którzy byli mądrzejsi ode mnie.

Artystycznie pan się realizował?

– Artystycznie byłem na marginesie. Nie należałem do żadnej grupy, nie mieściłem się w żadnym trendzie, ani polskiej ilustracji czy Polskiej Szkoły Plakatu. Interesowała mnie sztuka użytkowa, masowa i miałem duży dystans do sztuki elitarnej. A to było całkowicie pod prąd wówczas. Wszyscy w zasadzie trochę się litowali nade mną, jak poznałem moją przyszłą żonę, moja cała rodzina trochę jej współczuła, że wybrała sobie takiego „biedaka”.

Aż w pana życiu pojawił się kapitan Żbik w 1968 r. Miał pan siedem lat…

– … i renomę niezłego ilustratora. Spotkałem kolegę, który mówi: poszukują ilustratora do rysowania komiksu. Podobno chcą właśnie ciebie.

Wchodzę do wydawnictwa Sport i Turystyka przy ulicy Rutkowskiego, dzisiaj Chmielna i się przedstawiam. Pani redaktor aż podskoczyła z radości, bo ja kiedyś rysowałem komiksy i podobno wiem, jak to się robi. Że trzeba narysować dymki, w które się wpisuje dialogi. Grzecznie słuchałem, w Polsce w latach 60. nie była to wiedza powszechna. Dopiero uczono się, co to jest komiks.

Nie zniechęcało pana, że to historia o Milicji Obywatelskiej?

– Oni chcieli robić komiks, który miał poprawić wizerunek milicji w oczach młodzieży. Ja natomiast bardzo chciałem rysować komiksy. Korzyść była obopólna.

Problem był gdzie indziej. Niby mogłem wrócić do tego, co mnie kiedyś pasjonowało, ale byłem przerażony, kiedy się zorientowałem, że Akademia zniszczyła we mnie pewien rodzaj dziecięcej wrażliwości. Pierwsze plansze były kompletnie nieudane. Musiałem znowu nauczyć się rysować. A po drugie, przyjemnie było o sobie myśleć jak o profesjonalnym grafiku, ilustratorze, byłem nawet w komisji artystycznej Krajowej Agencji Wydawniczej. A tu mam wrócić do komiksu? I to jeszcze o milicjantach i przestępcach?

Jak to przyjęli pańscy koledzy, artyści?

– Jakiś czas później spotkałem jednego z nich, wciąż pracującego dla Naszej Księgarni na targach książki we Frankfurcie. Akurat na schodach ruchomych, on zjeżdżał, a ja wjeżdżałem. Spontanicznie się ucieszył, ale też zdziwił: „Co ty tutaj robisz? A, ty te komiksy ciągle robisz” – dodał z politowaniem. A ja tylko potulnie spuściłem głowę: „No tak”. I każdy z nas pojechał w swoją stronę. Byłem tolerowany jako dziwadło, ale nikt nie brał mnie na serio, nie należałem do grupy wybitnych artystów jak Józef Wilkoń czy Janusz Stanny. Zresztą nigdy nie zależało mi na tym, żeby być sławnym i bogatym.

Wie pan, co zawdzięczam pracy nad „Żbikiem” czy późniejszym „Pilotem śmigłowca”? Nauczyłem się porządnie robić dobrą dokumentację. Przecież zaczynając je rysować, nie miałem pojęcia, jak wygląda sprzęt milicyjny, mundury, wnętrze samolotu… Dzięki tej pracy miałem wstęp na lotnisko, siedziałem w śmigłowcu. A nigdy tego nie planowałem.

Grzegorz Rosiński – rocznik 1941 roku, polski ilustrator i rysownik. Najbardziej znany polski twórca komiksów na świecie. Rysownik kultowych serii „Kapitan Żbik”, „Pilot śmigłowca”, „Szninkiel”, „Zemsta hrabiego Skarbka”, „Legendarna historia Polski”. Najbardziej znaną serią komiksową Rosińskiego jest „Thorgal”. Bohater filmu „Ja, Rosiński” w reż. Piotra Kielara. Mieszka w Szwajcarii.

WIĘCEJ W NUMERZE
nr
5

04.09.2024

undefined

Udział Facebook Twitter LinkedIn Telegram WhatsApp Email

Czytaj dalej

Efekt „rakiety” i „pióra” wpływa na ceny paliw. „Europa jest w szczególnie trudnej sytuacji”

Efekt „rakiety” i „pióra” wpływa na ceny paliw. „Europa jest w szczególnie trudnej sytuacji”

Ozempic nie działa na wszystkich tak samo. Nowe badanie wskazuje na kluczową kwestię

Ozempic nie działa na wszystkich tak samo. Nowe badanie wskazuje na kluczową kwestię

Mąż Martyny wywiózł ich córkę do innego miasta. „SMS-em mi oświadczył, że się ze mną rozwodzi, że Julki już nie zobaczę”

Mąż Martyny wywiózł ich córkę do innego miasta. „SMS-em mi oświadczył, że się ze mną rozwodzi, że Julki już nie zobaczę”

Szadkowski: w PiS nie ma już złudzeń. Czarnek powie wszystko, co mu się opłaci

Szadkowski: w PiS nie ma już złudzeń. Czarnek powie wszystko, co mu się opłaci

Donald Trump zleca publikację dokumentów o UFO. Czy życie pozaziemskie istnieje?

Donald Trump zleca publikację dokumentów o UFO. Czy życie pozaziemskie istnieje?

Jak to możliwe, że nikt nie zatrzymał Jankowskiego? „Ta parafia była salonem politycznym III RP”

Jak to możliwe, że nikt nie zatrzymał Jankowskiego? „Ta parafia była salonem politycznym III RP”

Aż roi się tutaj od kościołów, które są bezcennymi świadkami burzliwej polskiej historii

Aż roi się tutaj od kościołów, które są bezcennymi świadkami burzliwej polskiej historii

Kevin Aiston: W młodości mieszkałem z ludźmi, którzy gwałcili, napadali i kradli. Mam o to ogromny żal do Anglii

Kevin Aiston: W młodości mieszkałem z ludźmi, którzy gwałcili, napadali i kradli. Mam o to ogromny żal do Anglii

Były ambasador USA w Polsce: Trump atakuje Europejczyków i NATO, bo jest sfrustrowany

Były ambasador USA w Polsce: Trump atakuje Europejczyków i NATO, bo jest sfrustrowany

Add A Comment

Leave A Reply Cancel Reply

Wybór Redaktora

USA. Strzelanina w Luizjanie. Wśród ofiar najmłodsi

USA. Strzelanina w Luizjanie. Wśród ofiar najmłodsi

20 kwietnia, 2026
Wybory parlamentarne w Bułgarii. Pierwsze wyniki sondażu exit poll

Wybory parlamentarne w Bułgarii. Pierwsze wyniki sondażu exit poll

20 kwietnia, 2026
Austria. Trutka na szczury w słoiczkach. „Zewnętrzna ingerencja”

Austria. Trutka na szczury w słoiczkach. „Zewnętrzna ingerencja”

20 kwietnia, 2026
Cieśnina Ormuz. Trump: Irański statek ostrzelany przez marynarkę USA

Cieśnina Ormuz. Trump: Irański statek ostrzelany przez marynarkę USA

20 kwietnia, 2026

Najnowsze Wiadomości

Wybory w Bułgarii. Rekordowa liczba zgłoszeń nieprawidłowości

Wybory w Bułgarii. Rekordowa liczba zgłoszeń nieprawidłowości

19 kwietnia, 2026
Sposoby na niższe rachunki za gaz – proste zmiany, duże oszczędności

Sposoby na niższe rachunki za gaz – proste zmiany, duże oszczędności

19 kwietnia, 2026
Izrael tworzy strefę buforową na granicy z Libanem. Pokazano mapę

Izrael tworzy strefę buforową na granicy z Libanem. Pokazano mapę

19 kwietnia, 2026
Facebook X (Twitter) Pinterest TikTok Instagram
© 2026 Razy Dzisiaj. Wszelkie prawa zastrzeżone.
  • Polityka Prywatności
  • Regulamin
  • Skontaktuj się z nami

Type above and press Enter to search. Press Esc to cancel.