Zabicie Chameneiego nie oznacza końca irańskiego reżimu. Na świętowanie za wcześnie, bo nie wiemy, jaki Iran wyłoni się z gruzów Republiki Islamskiej. Nie przesadzajmy jednak z pesymizmem – pisze Jacek Pawlicki, szef działu zagranicznego „Newsweek Polska”.
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Historia przyspieszyła. Jeden z najbardziej opresyjnych reżimów Bliskiego Wschodu otrzymał potężny cios i zachwiał się tak bardzo, że nokaut wydaje się być kwestią czasu. To dobra wiadomość dla Irańczyków, Bliskiego Wschodu i dla Polski. Iran ajatollahów był sponsorem światowego terroryzmu, sojusznikiem naszego wroga — Rosji (dostarczył tam technologię zabójczych dronów) i częścią nowej osi zła, która stanowi ogromne zagrożenie dla Zachodu.
Bez względu na to, jak skończą się skoordynowane ataki Izraela i USA, błyskawiczne usunięcie najważniejszych osób reżimu jest ogromnym sukcesem Donalda Trumpa i Benjamina Netanjahu. Reżim wiedział, że zostanie zaatakowany, ale po raz kolejny pokazał, że jest tak słaby, iż nie potrafi nawet skutecznie uchronić swych przywódców.
Zostawmy na razie pytanie, czy będzie to zwycięstwo pyrrusowe. To zależy w dużej mierze od tego, co wydarzy się w Iranie i na Bliskim Wschodzie w najbliższych daniach. Nie sądzę, aby Amerykanie i Izraelczycy chcieli prowadzić naloty bez końca. Gorzką ironią historii jest to, że „wyzwolicielami” narodu irańskiego mogą zostać przywódcy spoza kanonu bohaterów liberalnego świata — oskarżany o zbrodnie wojenne w Gazie premier Izraela i prezydent USA, którzy szedł do władzy obiecując pokój, ale zasmakował w interwencjach wojskowych, które przeprowadza z pogwałceniem prawa międzynarodowego. Po doświadczeniach z „demokratyzacji” Iraku, klęsce interwencji humanitarnej w Libii i porażce Arabskiej Wiosny wydawało się, że obalanie dyktatorów jest obarczone ogromnym ryzykiem, gdyż to, co następuje po potem, może być o wiele gorsze. Trump zdecydował się jednak je podjąć i choć nie zrobił z tego z pobudek altruistycznych, trzeba go za to pochwalić.
Irany są dwa…
Kiedy w sobotę wieczorem pojawiły się pierwsze informacje o zabiciu najwyższego przywódcy duchowego Iranu, na mediach społecznościowych zaczęło krążyć amatorskie nagranie wideo z Teheranu. Nakręcony za pomocą smartfona film przedstawia blokowiska stolicy. Najbardziej uderzający jest w nim nie obraz, lecz dźwięk. Kamera omiata okolice, w oknach zapalają się światła, zaś w tle słychać okrzyki radości. Teherańczycy świętowali śmierć Chameneiego jakby reprezentacja Iranu zdobyła mistrzostwo świata w piłce nożnej.
Kilkanaście godzin później tłumy zwolenników reżimu wyszły na Plac Imama w konserwatywnym Isfahanie, by protestować przeciwko interwencji i opłakiwać ukochanego przywódcę. Podobne manifestacje odbyły się też w innych miastach. Bez względu na to, na ile były spontaniczne, pamiętajmy, że społeczeństwo irańskie jest podzielone, zaś reżim wciąż cieszy się autentycznym poparcie sporej jego części.
Przez ostatnie pół roku odbyłem wielu rozmów z iranistami i Irańczykami z diaspory. Za każdym razem słyszałem od nich to samo — reżim w Iranie mogą zmienić sami Irańczycy. Wariant iracki, czyli inwazja lądowa i próba narzucenia nowych władz odgórnie nie wchodzi w grę, gdyż Trump nie zaryzykuje takiej wojny, w jaką uwikłał USA George W. Bush.
Miejmy nadzieję, że ataki na Iran nie skończą się też wariantem libijskim, gdyż Iran jest zbyt ważnym graczem regionalnym, by świat mógł pozwolić sobie na to, aby stał się państwem upadłym. Systemu w Iranie nie da się zmienić bez zmian w społeczeństwie i pęknięcia w elitach władzy. Na razie oznak tych procesów nie widać, co nie znaczy, że nie pojawią się po którejś z kolei fali ataków z powietrza. Wiele zależy teraz od determinacji USA i Izraela oraz zasobów reżimu.
Reżim w trybie awaryjnym
Najbardziej niepokoi to, że ani Amerykanie, ani Izraelczycy nie mają pomysłu na transformację w Iranie. Najwyraźniej zabrakło też irańskiej Delcy Rodríguez, czyli osoby wywodzącej się z elit władzy, która mogłaby być partnerem do zapoczątkowania przemian. Reżim otrząsnął się z szoku, jakim musiało być wyeliminowanie wojskowej i politycznej wierchuszki i przeszedł w tryb awaryjny. Chamenei i jego poplecznicy przygotowali zawczasu plan przekazania władzy i jest on właśnie realizowany. W niedzielę sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Iranu Ali Laridżani ogłosił utworzenie nowych struktur państwowych. Zapowiedział też odwet. „Sprawimy, że będą żałować” — napisał na platformie X.
Na północny Izrael i amerykańskie bazy w regionie wciąż lecą irańskie pociski rakietowe i drony. W błyskawicznym tempie wybrana została już Tymczasowa Rada Przywódcza. Tworzą ją twardogłowy kleryk Alireza Arafi, opowiadający się wcześniej za porozumieniem z USA prezydent Masud Pezeszkian i szef władzy sądowniczej Golamhosej Mohsenie.
To wszystko dowodzi, że po pierwsze reżim — przynajmniej na razie — jakoś się pozbierał, a po drugie, że zabicie Chameneiego było co prawda ważnym elementem układanki, ale to dopiero początek. Reżim nie opiera się na jednym człowieku. Poza tym ajatollah był stary i schorowany, i tak stał już jedną nogą nad grobem. Potencjalnym celem numer jeden Izraela był co najmniej od czerwca ubr. kiedy amerykańskie B-2 zbombardowały irańskie instalacje nuklearne. Paradoksalnie wówczas to Trump, obawiając się eskalacji, miał przekonać izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu, by nie wydawał rozkazu zabicia najwyższego przywódcy Iranu.
Konflikt izraelsko-irański zwany wojną dwunastodniową zakończył się sukcesem Izraela, ale reżim przetrwał i pół roku od ataków dokonał „prewencyjnie” rzezi Irańczyków na niespotykaną w historii skalę. Ajatollahowie obawiali się, że odbywające się w ponad 400 miastach protesty mogą doprowadzić do rewolucji, która pozbawi ich władzy. Tłumiąc styczniowe demonstracje, siły rządowe zamordowały co najmniej kilka tysięcy ludzi. Zachodnie media i organizacje broniące praw człowieka twierdzą, że ofiar mogło być nawet 30 tys. Gdyby Amerykanie i Izraelczycy zdecydowali się na interwencję wcześniej, być może ci ludzie nie musieliby zginąć.
Brak alternatywy dla reżimu
Kiedy w lutym Donald Trump gromadził potężną armadę w regionie Bliskiego Wschodu, o możliwe scenariusze zapytałem Arasza Aziziego, irańskiego historyka i pisarza młodego pokolenia mieszkającego w USA. Autor esejów o Iranie pisanych m.in. dla „The Atlantic” już wtedy przekonywał mnie, że dni reżimu są policzone. Przestrzegał, ze upadek nie musi jednak oznaczać automatycznej zmiany na lepsze: „Owszem Republika Islamska zapewne nie przetrwa, rozpadną się jej struktury, zmienią polityki, ale Irańczycy nie doczekają się tego, czego pragną — rządu, który zacząłby dbać o ludzi. Albowiem żeby cokolwiek w Iranie zmienić nie wystarczy zginąć, złożyć masowej ofiary z krwi — trzeba mieć alternatywę wobec istniejącego reżimu, a takiej alternatywy nie ma. To, że nie udało się nam jej zbudować jest naszą narodową tragedią.”.
Azizi tłumaczył, że reżim robił wszystko co w jego mocy, by nie powstała silna opozycja. Zdaniem historyka stary reżim zastąpi nowy, w wersji soft: „Rządzący pójdą na jakiś układ z obcymi mocarstwami, co zapewni im przetrwanie, ale do żadnej demokratyzacji nie dojdzie. Z doświadczenia b. Jugosławii czy państw Europy Środkowej i Wschodniej wiemy, że zmiany demokratyczne nastąpiły tam tylko dlatego, że elity zostały przekonane do tego, że transformacja będzie dla nich taka zła, krótko mówiąc, że niewiele stracą. W większości tych krajów dawne elity przez jakiś czas jeszcze współrządziły, zachowały majątek, założyły swą własną partię i w ten czy inny sposób zarządzały krajem. W Iranie taki scenariusz jest mało prawdopodobny. Ci, którzy sprawują władzę mają z tego tytułu różne profity, więc jej nie oddadzą, tym bardziej, że mają do dyspozycji potężny aparat represji. Demokratyczna transformacja im się nie opłaca.”
Jak na razie w roli irańskiej opozycji występuje samotnie książę Reza Pahlawi, syn obalonego prawie pół wieku temu szacha. Pahlawi junior jest niezwykle sprawny medialnie, ma dobre relacje z Izraelem i zapowiada, że mógłbym zostać przejściowym przywódcą do czasu, kiedy sami Irańczycy zdecydują o tym, czy chcą wrócić do monarchii, czy pozostać republiką (już nie islamską). Słabością księcia jest to, że nie ma struktur w ojczyźnie, więc jego wjazd na białym koniu do Teheranu mógłby jeszcze bardziej podzielić społeczeństwo.
Kiedy pytałem iranistów o Pahlawiego, słyszałem zawsze, że Persowie są zbyt dumnym narodem, by zaakceptować przywódcę narzuconego im przez obce mocarstwa. Sytuacja jest na tyle płynna, że nie wykluczałbym, iż Pahlawi odegra jakąś rolę. Azizi mówił mi, że aby stać się przywódcą kraju w okresie przejściowym, następca tronu musiałby wykonać ogromną pracę. Następca tronu już ogłosił „koniec Islamskiej Republiki” i zapowiedział, że ma plan na okres przejściowy, który zrealizuje, jeśli uda mu się przejąć władzę do klęsce ajatollahów. Nosi on tytuł „Mapa drogowa dojścia do odrodzenia narodowego, opisująca pierwsze 100 dni po upadku reżimu oraz długoterminową odbudowę i stabilizację naszego kraju, została poparta przez wielu przywódców biznesowych na całym świecie”. Można oczywiście założyć, że nie po to Irańczycy obalali szacha, by przywracać monarchię, ale jak na razie żaden inny „lider” irańskiej opozycji nie przedstawił kontrpropozycji wobec planu awaryjnego reżimu.





