W 2016 r. w amerykańskim stanie Dakota Północna rozpoczęła się budowa rurociągu naftowego Dakota Access. Instalacja o długości ponad 1800 kilometrów miała transportować ropę z pól wydobywczych w Dakocie Północnej do Illinois. Kluczowy odcinek zaplanowano pod rzeką Missouri, w pobliżu rezerwatu plemienia Standing Rock Sioux. Przedstawiciele plemienia ostrzegali, że ewentualny wyciek mógłby zagrozić ich źródłu wody pitnej.
Wokół budowy wybuchły wielomiesięczne protesty. Tysiące ludzi przyjeżdżało do Dakoty Północnej, by demonstrować przeciw inwestycji i obozować w jej sąsiedztwie. Spór stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych konfliktów wokół infrastruktury paliw kopalnych w USA w ostatniej dekadzie i przyciągnął uwagę mediów z całego świata.
Dziś, niemal dekadę później, ten konflikt wraca w sądzie jako sprawa o setki milionów dolarów. Sędzia James Gion z Dakoty Północnej zapowiedział, że podpisze nakaz zasądzający od Greenpeace odszkodowanie na rzecz spółki Energy Transfer, która stoi za projektem rurociągu. Oczekiwana kwota to 345 mln dolarów.
Co dokładnie zarzuca się Greenpeace
Energy Transfer twierdzi, że organizacje Greenpeace aktywnie wspierały działania mające utrudnić budowę rurociągu i doprowadziły do strat finansowych. W pozwie wskazano trzy podmioty: Greenpeace International z siedzibą w Holandii, Greenpeace USA oraz Greenpeace Fund Inc.
W 2025 r. dziewięcioosobowa ława przysięgłych uznała te podmioty za odpowiedzialne za zniesławienie i inne roszczenia cywilne. Greenpeace USA przegrał na wszystkich punktach, w tym dotyczących spisku, naruszenia miru, uciążliwości oraz bezprawnej ingerencji w relacje gospodarcze. Dwie pozostałe jednostki uznano za winne części zarzutów.
Łącznie ława przysięgłych zasądziła 666,9 mln dolarów odszkodowania. Udział Greenpeace USA wyniósł 404 mln dolarów. Sędzia obniżył później tę sumę o około połowę, wskazując poziom 345 mln dolarów. W najnowszym piśmie nie podał jeszcze ostatecznej kwoty, ale potwierdził zamiar podpisania nakazu zapłaty.
Energy Transfer zapowiadała wcześniej, że będzie domagać się przywrócenia wyższej kwoty, uznając pierwotny werdykt za „zgodny z prawem i sprawiedliwy”.
Proces w sądzie stanowym nie był pierwszą próbą dochodzenia roszczeń. W 2017 r. Energy Transfer wniosła pozew w sądzie federalnym, oparty m.in. na zarzutach wymuszenia rozbójniczego i zniesławienia. W lutym 2019 r. sprawa została oddalona, a federalne roszczenia o wymuszenie odrzucono definitywnie. Tydzień później spółka złożyła nowy pozew w sądzie stanowym Dakoty Północnej, rozszerzając listę pozwanych także o inne podmioty i osoby prywatne. To ten drugi proces doprowadził do obecnego werdyktu.
Sprawa ma także wymiar lokalny. Ława przysięgłych została wybrana w hrabstwie Morton, gdzie odbywały się protesty i gdzie znajduje się sąd. Region jest silnie związany z przemysłem naftowym, a w pobliskim Mandan działa największa rafineria w Dakocie Północnej. Dla części obserwatorów to istotny kontekst społeczny i gospodarczy, który towarzyszył całemu postępowaniu.
Greenpeace: nie stać nas na taki wyrok
Greenpeace twierdzi, że nie jest w stanie zapłacić takich pieniędzy. W sprawozdaniu finansowym złożonym pod koniec 2025 r. Greenpeace USA podał, że na 31 grudnia 2024 r. dysponował 1,4 mln dolarów w gotówce i ekwiwalentach oraz 23 mln dolarów aktywów.
„Jako organizacje pozarządowe średniej wielkości zawsze było jasne, że nie będziemy w stanie zapłacić setek milionów dolarów odszkodowania” – powiedział Marco Simons, pełniący obowiązki głównego radcy prawnego Greenpeace USA.
Simons zapowiedział apelację. „Te roszczenia nigdy nie powinny trafić do ławy przysięgłych, a istnieje wiele podstaw do odwołania, w tym brak dowodów dla kluczowych ustaleń oraz poważne wątpliwości, czy można było zapewnić rzetelność postępowania” – dodał.
Organizacja utrzymuje, że pozew jest próbą uciszenia krytyków i wywołania efektu mrożącego wobec protestów klimatycznych. Spółka odpowiada, że sprawa dotyczy konkretnych działań i szkód, a nie wolności słowa.
O co toczy się spór prawny
W trakcie procesu prawnik Energy Transfer argumentował, że Greenpeace koordynował działania mające zatrzymać budowę rurociągu, w tym organizował protestujących, wysyłał materiały potrzebne do blokad oraz rozpowszechniał nieprawdziwe informacje o projekcie. Pełnomocnicy Greenpeace twierdzili, że nie ma dowodów na takie działania i że organizacja nie odpowiadała za opóźnienia budowy ani za decyzje finansowe spółki.
Sędzia Gion zapowiedział podpisanie nakazu zapłaty, co formalnie otworzy drogę do apelacji przed Sądem Najwyższym Dakoty Północnej. Obie strony zapowiadają dalszą walkę.
Proces może mieć znaczenie także dla europejskich organizacji społecznych. Greenpeace International ma siedzibę w Amsterdamie, a Unia Europejska przyjęła w 2025 r. dyrektywę anty SLAPP, która ma chronić organizacje społeczne i dziennikarzy przed nadużyciami w postępowaniach cywilnych.
Artykuł 16 dyrektywy przewiduje, że państwa członkowskie mogą odmówić uznania i wykonania wyroku z państwa trzeciego wobec podmiotu mającego siedzibę w UE, jeśli uznają go za oczywiście bezzasadny lub nadużyciowy. W praktyce oznacza to, że nawet jeśli wyrok w USA się utrzyma, jego egzekwowanie w Europie może napotkać przeszkody prawne.
Dla Greenpeace stawką jest przetrwanie amerykańskiej części organizacji i precedens, który może wpłynąć na przyszłe spory między korporacjami a ruchami społecznymi. Dla Energy Transfer to kwestia odpowiedzialności za działania, które według spółki doprowadziły do realnych strat finansowych.
Teraz wszystko zależy od tego, jak do sprawy podejdzie sąd apelacyjny w Dakocie Północnej. To on zdecyduje, czy wyrok w sprawie protestów sprzed dekady utrzyma się w mocy, czy zostanie zmieniony.















