Jestem psychicznym wrakiem — mówi Artur, który wpłacił na Zondacrypto odkładane przez 11 lat oszczędności. Jest jedną z dziesiątek tysięcy osób, które nie mogą wypłacić swoich pieniędzy.
Skoczyć z mostu. Albo się upić, wejść na tory, czekać na pociąg. Artur ma takie natrętne myśli od kilku dni. Na początku kwietnia próbował wypłacić swoje pieniądze z giełdy kryptowalut Zondacrypto. Chciał to zrobić, gdy tylko dotarły do niego wieści, że ludzie mają problemy z wypłatami, a — zgodnie z ustaleniami money.pl — z portfela giełdy zniknęło ponad 99 proc. rezerw bitcoinów.
Do tej pory nie odzyskał pieniędzy. Początkowo chciał wierzyć w zapewnienia prezesa Zondycrypto Przemysława Krala i jego pracowników, że to tylko „problemy techniczne”. Albo że doniesienia medialne to nagonka, która nakręciła masowe wypłacanie pieniędzy i przez to firma nie radzi sobie z ich obsługą. W końcu jednak stracił nadzieję.
Tyle pracy na nic
— Od blisko trzech tygodni praktycznie nie jem, nie śpię. Ciuchy zaczęły na mnie wisieć, tak schudłem. Ja tam oszczędności życia włożyłem i zostałem z niczym — mówi 37-latek.
Artur rok temu wpłacił na Zondacrypto 350 tys. zł, które odkładał przez blisko 11 lat. Liczył, że sprawne obracanie pieniędzmi pozwoli mu pomnożyć majątek. Po tym roku był już sporo na plusie. Wstrzymywał się jednak z wypłatą, czekał na zapowiadany wkrótce pik ceny bitcoina. Zamierzał wyciągnąć pieniądze z Zondacrypto jesienią. I wtedy kupić mieszkanie, do którego mógłby się wprowadzić ze swoją dziewczyną. Cieszył się, że uda się mieć własny kąt bez posiłkowania się kredytem hipotecznym.
Partnerka próbuje go pocieszać, mówi, że jakoś się odbiją, że własne mieszkanie, jak nie teraz, to za kilka lat. Artura to jednak wkurza, zamiast pokrzepiać. Zaharowywał się tyle lat, żeby teraz łatwo pogodzić się z taką stratą? Te wszystkie nadgodziny, odmawianie sobie wakacji były na nic? I skąd pewność, że to się uda odrobić?
Wraca z pracy dłuższą drogą albo wychodzi na spacery, żeby tego pocieszania nie słuchać. Niby wie, że to nie jego wina, że trudno było coś takiego przewidzieć, z drugiej strony czuje się jak idiota, który „dał się zrobić”.
Przekonująca kampania
— Przecież już były historie, że takie giełdy upadały. Wiedziałem o tym. Ale zobaczyłem, że tę zachwalają znane postaci, stwierdziłem, że przecież nie sprzedawaliby swoich wizerunków jakimś oszustom — mówi Artur. Ma na myśli spot reklamowy Zondycrypto z 2024 r. Borys Szyc zagrał tam nowoczesnego inwestora, który mierzy się z pełnymi uprzedzeń komentarzami na temat kryptowalut, wygłaszanymi przez Janusza Chabiora w roli ZombieBankiera. W filmie pojawił się też Wojciech Szczęsny, który był ambasadorem giełdy.
Celem kampanii, jak tłumaczył wówczas Przemysław Kral, miało być oswajanie Polaków z rynkiem kryptowalut i pokazanie, że Zondacrypto to bezpieczny lider w dziedzinie tego typu inwestycji w Europie Środkowo-Wschodniej.
Artur wstydzi się, że dał się przekonać. Na razie nie przyznał się do swoich problemów nikomu poza swoją partnerką. I prokuraturą, gdzie zgłosił sprawę. Jest przerażony na samą myśl, że rodzice i znajomi będą go dopytywać o to, jak sprawy z mieszkaniem. Opowiadał na lewo i prawo, że chce je kupić. — Co mam im powiedzieć? Że straciłem kupę kasy, bo jakiś aktor coś polecał? — głos mu się załamuje i zaczyna nerwowo oddychać, jakby brakowało mu powietrza. Zaraz przeprasza, tłumacząc się nerwami, niewyspaniem.
— Wie pani, ja czuję, że powinienem dbać o to, żeby moja partnerka była bezpieczna, być filarem, na którym się może oprzeć. A tu wyszło, że jestem przegrywem. I może dlatego mnie tak denerwuje to jej pocieszanie. Bo mi uświadamia, że nie tylko żaden ze mnie inwestor, ale też żaden prawdziwy mężczyzna — kwituje.
Nie wie, co będzie dalej. Dziewczyna mu mówi, żeby poszedł do psychiatry po jakieś proszki. Ale on na razie nie chce. Planuje jedynie urlop, bo zaczął nawalać w pracy. Nie może się skupić. Jeszcze tego brakuje, żeby go zwolnili. Może jak odpocznie, to mu się w głowie ułoży, lżej zrobi.
Żałoba po stracie
Psycholożka Katarzyna Wieloch tłumaczy, że tak duża strata finansowa może być przeżywana jak żałoba. Ludzie mogą przechodzić przez fazę zaprzeczania, złości, targowania się i smutku. — To nie jest oznaka słabości, to naturalny proces — podkreśla.
Poleca też, by oddzielić narrację od faktów. Faktem jest utrata środków. Ale to nie oznacza automatycznie, że jest się głupim czy że już nigdy się z tego nie da podnieść. — Mamy tendencję do obwiniania się w takich sytuacjach, ale jedyną pewną rzeczą jest to, że straciliśmy pieniądze, nic więcej — podkreśla.
Zauważa też, że po dużej stracie pojawia się impuls, żeby szybko się „odkuć”. To jeden z najczęstszych momentów, w których ludzie tracą jeszcze więcej. Według niej dobrze jest dać sobie czas i nie podejmować gwałtownych decyzji finansowych. Uważa, że lepiej zacząć od małych kroków — co mogę zrobić w danym miesiącu, by przywrócić sobie stabilność. Dzięki temu stopniowo odzyskuje się poczucie sprawczości, które drastycznie spada w takich sytuacjach.
— Wiele osób, które włożyły w Zondacrypto oszczędności, może odczuwać przytłaczające poczucie wstydu. A wstyd karmi się ciszą — mówi. Lepiej jest z kimś porozmawiać o swojej sytuacji. Nawet niekoniecznie o tym, ile się straciło, ale jakie emocje odczuwamy. To obniża napięcie.
Do tego apeluje, by dać sobie prawo do bycia „nie w formie”. To normalne, że przez jakiś czas można gorzej spać, mieć mniej energii, być drażliwym. To nie jest trwały stan, ale reakcja na stres. — A jeśli ktoś czuje, że go to całkiem zalewa i nic nie działa, pojawiają się myśli rezygnacyjne, to czas, by sięgnąć po profesjonalną pomoc — podkreśla.
Polisa na przyszłość
Małgorzata od lat siedzi w rynku kryptowalut. Zaczęła od korzystania z BitBaya, który potem zmienił się w Zondacrypto. Nigdy nie miała żadnych problemów z tą giełdą. Nawet zaginięcie poprzedniego prezesa Sylwestra Suszka nie wzbudziło jej podejrzeń. Myślała: miał dużo kasy, może jakaś mafia się nim zainteresowała albo po prostu gdzieś się zaszył, żeby mieć spokój od świata.
Zresztą po jego zniknięciu wszystko wciąż funkcjonowało, jak należy. Zondacrypto pojawiała się na dużych konferencjach finansowych, do tego sponsorowała kluby piłkarskie oraz PKOl i naszą reprezentację olimpijską. To w oczach Gosi dodawało firmie wiarygodności. Gdy trzy lata temu zaczęła się gorzej czuć i otrzymała diagnozę miastenii, tym bardziej nie miała zamiaru wycofywać swoich oszczędności z giełdy.
Pracuje w korporacji, w której jest doceniana i dobrze zarabia. Jednak związane z chorobą opadanie powiek, osłabienie mięśni i zmęczenie mogą jej kiedyś utrudnić wykonywanie obowiązków. Na razie rokowania są dobre, ale gwarancji na zdrowie nikt jej nie da.
Traktowała więc pieniądze lokowane na Zondacrypto trochę jak polisę na przyszłość. W razie gdyby musiała zmniejszyć wymiar pracy albo szukać innego zajęcia. — Straciłam ponad 100 tys. zł i jestem przerażona — mówi. Dodaje, że ma jeszcze trochę oszczędności w obligacjach i złocie, ale to nie poprawia jej nastroju.
Licząc na cud
Do zestawu emocji, które ostatnio odczuwa, dołączyło wkurzenie — po tym, gdy obejrzała oświadczenie Przemysława Krala zamieszczone przez niego na platformie X. Mówił, że w tzw. zimnym portfelu firmy, który miał stanowić zabezpieczenie, jest 4500 BTC, czyli ponad miliard złotych. Tyle tylko że tzw. klucz prywatny, który pozwala dostać się do pieniędzy, ma zaginiony Sylwester Suszek.
Tłumaczył też, że media robią niesprawiedliwą nagonkę, sugerując, że ma ona podstawy polityczne. Ujawniono bowiem, że Kral miał robić przelewy na konta fundacji powiązanej z Przemysławem Wiplerem oraz Instytutu Polski Suwerennej, związanego ze Zbigniewem Ziobrą.
— I co mnie to wszystko obchodzi? Przecież poza tym portfelem miał nasze — klientów — pieniądze. Gdzie one są? I naprawdę gdzieś mam to, z kim on się w polityce pożenił. To oświadczenie było jakąś pokrętną próbą wybielenia, a nie wyjściem naprzeciw pytaniom, które mają klienci — denerwuje się Małgorzata.
Chciałaby, żeby nagle się okazało, że wypłata środków, którą zleciła, jednak dotarła na jej konto. Sprawdza je po kilka razy dziennie. To silniejsze od niej. — Jestem niewierząca, ale w tym przypadku chciałabym, żeby cuda były możliwe — stwierdza.
Oszuści wykorzystują desperację
— Dziś trudno wskazać scenariusz, który dawałby realną nadzieję na pełne odzyskanie pieniędzy — twierdzi radca prawny Jacek Harasimowicz, który specjalizuje się w sprawach oszustw finansowych i inwestycyjnych.
Mówi, że podstawową ścieżką działania jest złożenie zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa i wszczęcie postępowania karnego. Wtedy organy ścigania mogą próbować zabezpieczyć majątek, także za granicą, np. w ramach europejskiego nakazu dochodzeniowego. Według Harasimowicza to właśnie postępowanie karne daje największe możliwości działania. Ważne tylko, by zebrać dowody, a więc m.in. screeny z Zondacrypto czy potwierdzenia operacji.
Ekspert mówi, że równolegle można rozważyć drogę cywilną, czyli wniesienie pozwu i wniosku o zabezpieczenie roszczenia, ale to rozwiązanie wiąże się z kosztami i dużą niepewnością.
— Samo uzyskanie zabezpieczenia przez sąd niewiele daje, jeśli nie wiadomo, gdzie znajduje się majątek albo czy w ogóle istnieje. Dodatkowym problemem jest międzynarodowy charakter sprawy, bo spółka jest zarejestrowana w Estonii, a jej struktura właścicielska jest bardzo złożona, co utrudnia skuteczne dochodzenie roszczeń — zaznacza.
Ostrzega przed firmami i osobami oferującymi „odzyskanie środków” w krótkim czasie, nawet do 48 godzin. Zdarza się, że powołują się przy tym na współpracę z międzynarodowymi instytucjami, np. Interpolem, albo twierdzą, że działają w ramach jakichś specjalnych procedur pozwalających odzyskać pieniądze. Jeśli tylko zapłaci im się wysoki procent od kwoty do odzyskania. — W rzeczywistości są to oszuści wykorzystujący desperację ludzi — mówi.
Testowanie strategii
Krzysiek korzystał z tej giełdy od lat. Z wykształcenia jest programistą i od początku podchodził do sprawy technicznie. Napisał nawet własne oprogramowanie, które automatycznie handlowało na giełdzie. Przez osiem lat nie miał żadnych problemów. Wpłacał, wypłacał, testował różne strategie. Wszystko było w porządku.
— Uważałem, że to pewna firma. Przekonywało mnie też to, że ma polskie korzenie — mówi. W marcu wziął kredyt na 40 tys. zł i wpłacił pieniądze na Zondacrypto. Zrobił to świadomie — obserwował rynek, widział spadek kursu bitcoina, liczył na odbicie. Plan był prosty: poczekać, aż jeszcze trochę spadnie, kupić, sprzedać z zyskiem i spłacić kredyt, który wziął na inwestycję.
Na początku kwietnia natknął się na pierwsze publikacje dotyczące problemów z Zondacrypto. Od razu zlecił wypłatę. Do dziś zlecenie widnieje jako przetwarzane. Krzysiek nie ma złudzeń. — Dla mnie te pieniądze już przepadły. Nie mam na to wpływu, muszę to przełknąć — stwierdza.
Złamane zasady
Najbardziej boli go to, że złamał zasadę, którą znał od lat. Że nie trzyma się pieniędzy na giełdzie. Ma prywatny portfel, mógł tę kasę tam trzymać i wpłacić na giełdę dopiero wtedy, gdy rzeczywiście chciał dokonać zakupu. — Uznałem, że po co kombinować, skoro zawsze wszystko działało — podkreśla.
Miał plan, żeby za kilka miesięcy kupić wymarzone auto. Z planu nic nie zostało. Za to ma kredyt do spłacenia. Mówi, że to go nie zniszczy, ale życie utrudni na pewno. To nie drobna suma, którą można spłacić w dwa miesiące, tylko 40 tys. A w praktyce jeszcze więcej, bo przecież bank naliczy sobie prowizje. Krzysiek będzie więc obciążony na długo.
— Ludzie teraz się wymądrzają, jak można było być tak głupim, że były sygnały ostrzegawcze. Że jesteśmy wszyscy sami sobie winni. Uważam, że to niesprawiedliwe, bo nawet osoby zaznajomione z tematem, tak jak ja, dały się wrobić — mówi. Ta sytuacja nie odstrasza go od kupowania kryptowalut w przyszłości. Ale na najbliższy rok da sobie spokój. A gdy już wróci do inwestowania, będzie ostrożniejszy.





