Zmiana konstytucji to dziś fantazja. Ale dyskusja o tej fantazji jest bardzo użyteczna dla Karola Nawrockiego. Nie tylko pozwala mu zrzucić z siebie winę za konflikt z rządem, lecz także budować swoją pozycję na prawicy. Powołując skład rady konstytucyjnej, prezydent wykonał w tym celu znaczący gest.
„Polska znajduje się w momencie konstytucyjnym!” — grzmiał w niedzielę 3 maja na warszawskim Placu Zamkowym prezydent Karol Nawrocki. Całe tegoroczne obchody rocznicy pierwszej polskiej konstytucji prezydent podporządkował jednemu komunikatowi: obecna ustawa zasadnicza spełniła swoją funkcję jako przejściowa konstytucja okresu transformacji. Ale dziś się już nie sprawdza i najwyższy czas, by Polacy napisali nową.
Co zdaniem Karola Nawrockiego jest największym problemem z obecną konstytucją? Podział władzy wykonawczej między dwa ośrodki: prezydencki i rządowy, co jest zaproszeniem do konfliktów, napięć, tarć i sporów kompetencyjnych.
Faktycznie, w większości zachodnich demokracji relacje rządu i głowy państwa rozwiązane są inaczej niż w Polsce. Mamy więc systemy prezydenckie, w których prezydent jest jednocześnie szefem rządu i głową państwa — jak w Stanach Zjednoczonych. Mamy też systemy parlamentarno-gabinetowe w różnych mutacjach — prezydent najczęściej wybierany jest w nich przez parlament i pełni głównie, jeśli nie wyłącznie, reprezentacyjne i ceremonialne funkcje. Jak można zrozumieć, prezydent chce, by Polacy zdecydowali się przybliżyć polski ustrój do jednego z tych dwóch modeli.
Nawrocki, przemawiając przed Zamkiem Królewskim, deklarował, że nie chce mówić Polakom, którą opcję mają wybrać. Z jego wystąpienia jasno jednak wynikało, że marzy się mu system prezydencki i pozycja silnego, skupiającego w swoich rękach całość władzy wykonawczej prezydenta. Karol Nawrocki przedstawiał wybór między systemem prezydenckim a parlamentarno-gabinetowym jako wybór między ustrojem, gdzie rządzą osoby bezpośrednio wybrane przez naród, a takim, gdzie rządzących wyłaniają partyjne układy. Oczywiste jest, do którego z tych dwóch modeli pragnie przekonać rodaków.
Rada Konstytucyjna seniorów
Prezydent ogłosił też w niedzielę powołanie Rady Konstytucyjnej, która ma się zająć debatą nad ustrojową zmianą. Poznaliśmy też pierwsze nazwiska jej członków. Są wśród nich m.in. Barbara Piwnik — sędzia i ministra sprawiedliwości w rządzie Leszka Millera, była prezeska TK Julia Przyłębska, konstytucjonalista prof. Ryszard Piotrowski, były marszałek Sejmu z ramienia PSL Józef Zych i wybrany na to stanowisko z rekomendacji PiS Marek Jurek. Zaproszenia do wydelegowania swoich przedstawicieli mają też dostać wszystkie kluby parlamentarne.
Z radą w obecnym składzie już widać dwa potężne problemy. Pierwszy: nie ma w niej nikogo, kto byłby znany z wyraziście liberalnych lub lewicowych poglądów bądź ze zdecydowanej krytyki „reform” wymiaru sprawiedliwości podejmowanych przez PiS w okresie 2015-23. Takie poglądy ma dziś blisko połowa społeczeństwa. Nowej ustawy zasadniczej nie da się projektować z jej pominięciem. Zwłaszcza gdy do pracy nad nową wybiera się osoby tak skompromitowane w oczach wielu Polaków jak Julia Przyłębska.
Drugi problem sprowadza się do tego, że średnia wieku członków rady wynosi 74 lata. Szacowny wiek członków komisji dość zabawnie kontrastuje z retoryką prezydenta, przedstawiającego zmianę konstytucji jako konieczny akt modernizacji państwa, mający dostosować go do wyzwań drugiej ćwiartki XXI w. Nawet ze strony prawicy w mediach społecznościowych słychać głosy pytające z wyraźnym rozczarowaniem, dlaczego właściwie nową konstytucję ma pisać dobijający 90 lat Józef Zych.
Owszem, głos seniorów może być cenny także w dyskusji konstytucyjnej. Konstytucję na następne kilka dekad powinni jednak zasadniczo projektować ludzie, którzy przez te kilka dekad będą korzystać z jej zapisów. A więc raczej rówieśnicy prezydenta niż Józefa Zycha. Aleksander Kwaśniewski, gdy w Sejmie II kadencji stawał na czele komisji konstytucyjnej, nie miał jeszcze czterdziestu lat.
Nie znajdujemy się w momencie konstytucyjnym
Najpoważniejszy problem z dyskusją konstytucyjną wszczynaną przez Karola Nawrockiego jest jednak inny. Otóż wbrew retoryce prezydenta Polska nie znajduje się w „momencie konstytucyjnym”. Do tego by legalnie zmienić konstytucję potrzeba większości dwóch trzecich w Sejmie. Dziś żaden obóz nie jest jej w stanie samodzielnie zdobyć. Możliwość nowego konsensusu konstytucyjnego nawet nie rysuje się na horyzoncie.
Do tego Karol Nawrocki ze swoim skrajnie konfrontacyjnym modelem prezydentury nie cieszy się zaufaniem nawet połowy Polaków. Tym, którzy mu nie ufają, trudno będzie uwierzyć, że prezydent chce rozpocząć poważną debatę nad koniecznymi ustrojowymi zmianami.
Karolowi Nawrockiemu można nawet przyznać rację, że nieoptymalny jest sposób, w jaki polska ustawa zasadnicza dzieli kompetencje między premiera i prezydenta. Znacznie lepszym rozwiązaniem byłby konsekwentny system parlamentarno-gabinetowy z prezydentem wybieranym przez parlament i pozbawionym prawa weta i innych prerogatyw, jakie dziś mu przysługują. Problem polega jednak na tym, że Polacy wyraźnie polubili bezpośrednie wybory prezydenckie. Propozycja, by odebrać im tę możliwość, może się okazać dla zgłaszającej ją partii politycznym samobójstwem.
Obecne konflikty między Pałacem Prezydenckim a rządem nie wynikają jednak jedynie z treści konstytucji. Jego źródłem jest sposób, w jaki interpretuje ją prezydent Nawrocki, z nadużywania jej zapisów i odrzucenia jej ducha — w tym wpisanego w system założenia o współdziałaniu ośrodka prezydenckiego i rządowego. Jeśli Karol Nawrocki chce sprawniej działającego państwa, to powinien zacząć od siebie. I przyjąć do wiadomości, że rząd ma równie mocny demokratyczny mandat jak prezydent. To nie konstytucja nakazuje prezydentowi grać na obalenie rządu, wręcz przeciwnie — w myśl ustawy zasadniczej głowa państwa ma go wspierać w rządzeniu.
O co naprawdę chodzi?
Karol Nawrocki oczywiście to wszystko pewnie wie. Trudno uwierzyć, by naprawdę liczył, że uda się mu zmienić konstytucję. Po co więc podnosi temat jej zmiany i poważnie inwestuje w niego politycznie? Po pierwsze, to wygodna zasłona dla jego konfliktu z rządem. Wyborcom zirytowanym na paraliż państwa, prezydent może odpowiedzieć: to nie moja wina, tylko złego ustroju.
Po drugie, widać, że prezydent chciałby w 2027 r. wejść w rolę akuszera nowej, wielkiej prawicowej koalicji obejmującej na pewno PiS i Konfederację Wolność i Niepodległość (tę Bosaka i Mentzena), a być może także Polskie Stronnictwo Ludowe. W tym kontekście zaproszenie Józefa Zycha do rady to ciekawy politycznie gest wobec ludowców.
Narracja o zmianie konstytucji, budowie nowego ustroju, prawdziwej IV RP, mogłaby się okazać platformą, na której doszłoby do spotkania się różnych prawicowych sił. Czy tak się stanie? To mało prawdopodobne. Dziś prawica jest tak mocno skłócona, że tylko pomaga obecnemu rządowi w utrzymaniu się przy władzy.