„Patointeligencja” była o nastolatkach z tak zwanych dobrych domów. Co myślą i robią dzisiaj? — Ten turbokapitalistyczny szał z tandetnym TVN-owskim pozłotkiem, który ogarnął naszych rodziców — to jest nasz fundament. Te korepetycje, te szkoły społeczne i zagraniczne studia. Te perspektywy — opowiada Filip.
Ty się bawisz w życie — mówi Ania. Zosia wie, że złośliwie. W barze, w którym obie pracują, na Zosię wołają „Turystka”. Na wakacjach w krainie tych, co muszą pracować. Tych, którzy nie chodzili do społecznych szkół ani nie mieli konia. Nie czytali ani Oty Pavla, ani Hrabala, nie mają własnego mieszkania i być może nigdy nie będą go mieli. Nie są dziećmi ani wnukami artystów czy biznesmenów. Nie jeżdżą na egzotyczne wczasy. Nie są najlepsi. Są zwykli. Jak Ania, która ma 27 lat, niczego nie odziedziczy i nie dostanie.
Zosia chciałaby im czasem powiedzieć, że też ma prawo do zwykłego życia. Ale nie chcą słuchać.
I
Ty musisz, dziecko, zrozumieć, że życie to nie jest film. Życie jest naprawdę — mówi zza okularów ordynatorka w psychiatryku. Zosia jest po trzech latach psychoterapii i próbie samobójczej. Okaleczała się, nie jadła.
— No, uważaj — od zawsze mówiła mama. — Nie możesz tyle jeść.
Wielu rzeczy nie mówiło się w domu Zosi wprost. Jak o tym jedzeniu. „Uważaj” — mówiła tylko mama i na wszelki wypadek uczyła Zosię liczenia kalorii. „Pasowałabyś na modelkę” — powiedziała jedna pani w kolejce do kasy w Sephorze. „Nie chciałabyś spróbować?”. Zosia chciała.
Mama uciekała z rodzinnej miejscowości, jakby się za nią paliło. Miała 19 lat, sam początek najntisów. Rynek ruszył — mówi o tamtych czasach tata. Od czego chciała uciec? Od zaniedbania, braku perspektyw, ze Świętokrzyskiego. Od niewysłuchania i poczucia, że jest gorsza od tych, którzy w Warszawie zdobywają świat. Czasem mówi Zosi rzeczy, których inni rodzice nie mówią. „Co ty możesz wiedzieć, ty nic nie wiesz, bo żyjesz pod kloszem”. Zosia uważa, że to dosyć ironiczne, zważywszy na fakt, że sami z tatą ten klosz zbudowali.
O tacie Zosia za dużo nie powie, bo o nim za dużo nie wie. Jest raczej milczący. Jest bogaty. Lubi jeść.
— Byłam niezaopiekowanym dzieckiem — wspomina. — Nauczycielka od polskiego powiedziała, że mam talent, i dość szybko nałożono na mnie presję, żebym go rozwijała.
Talent dziecka potwierdza jego wyjątkowość, a wyjątkowość jest rzeczą konieczną i wymaganą. Rodzice chwalą się talentem Zosi innym rodzicom. Inni rodzice chwalą się talentami swoich dzieci. I też nakładają presję.
— Jak ona pisze, to niech jeździ na te warsztaty, niech to szlifuje, to trzeba od razu — powiedziała znajoma mamy. Bogata, ze starych pieniędzy. Jej dzieci były chowane w poczuciu, że są najlepsze i najmądrzejsze. Biegały na zajęcia z malowania, ceramiki, na uniwersytet dzieci i taniec. „Jesteśmy elitą. Nasze dzieci to jest przyszłość tego kraju” — mówiła mamie.
U wielu z nich będą potem terapie, leki, wyciąganie pieniędzy z portfeli. Niektóre chłopaki z gimnazjum dilują marihuaną i mefedronem. Nie dla pieniędzy, tylko żeby się na chwilę wcielić w kogoś z innego świata. Takiego, w którym są konsekwencje. Ale jak tylko coś się złego dzieje, wracają z płaczem do rodziców. Zostawiają za sobą prawdziwe życie i więcej o nim nie myślą.
— Jednej mojej znajomej zmarła babcia — opowiada Zosia. — Bardzo ją kochała. Za to, że mówiła, że jest zwykła. Bo starzy mówili, że jest mistrzynią świata. Jak wzrastasz w przekonaniu, że jesteś super, wyjątkowy i wszystko, czego dotkniesz, zamienia się w złoto, to zderzenie jest bolesne. Jedna moja znajoma — 23 lata, tyle, co ja — jest na kolejnych studiach w Nowym Jorku, chodzi na roof topy i pije, nie myśli o pracy, w ogóle nie myśli w kategoriach dorosłości. Nie wiem, dlaczego niektórzy decydują się z tego wychodzić. Może ktoś trafi na osobę w życiu, która powie: jesteś jak inni, zapierdalaj.
II
Nie ma takiej opcji, żeby fakt, że twoje możliwości finansowe przekraczają możliwości twojego nauczyciela, nie miał wpływu na ciebie i twój stosunek do edukacji i w ogóle do świata — mówi Filip, 22 lata. Przez rok z braku lepszych pomysłów studiował iberystykę i filozofię. Potem trochę się pokręcił po świecie. Wrócił i poszedł na politechnikę. — Bardzo trudno się z tego potem wyleczyć. Większość moich znajomych z gimnazjum, liceum i z osiedla uważa się za lepszych. Masz większy kapitał kulturowy, więcej pieniędzy, zwiedzasz świat. Otaczasz się ludźmi, którzy są podobni do ciebie i w podobnie wyższościowy sposób patrzą na wszystkich innych. Spora część osób nigdy się z tego nie otrząśnie i ja im nawet zazdroszczę. Nawet jeśli będą do nich docierały jakieś stłumione sygnały z prawdziwego świata, że nic, co mają, nie jest tak naprawdę ich, że nie są autorami swoich żyć, to mamusia z tatusiem zrobią wszystko, żeby to uciszyć.
— Masz poczucie, że wszystko zostało zapewnione — dodaje Bartosz, 25 lat. Prowadził zagraniczne biuro firmy znajomego rodziców na Malcie. Wrócił, założył fundację. — Co z tym robić? Widzisz dziewczynę w knajpie, która pracuje za 25 zł za godzinę, i z tego musi wynająć pokój, zjeść i się ubrać. I jej nienawidzisz, bo się czujesz gorszy. I wtedy odzywa się ten drugi głos — jak to gorszy? Od niej? Co ona skończyła? Gdzie była? Kogo poznała? Kim ona będzie w życiu? Nikim.
— Część osób próbuje takiego prawdziwego życia w wersji demo. W sensie idą do pracy w gastro i udają, że muszą pracować. Udają, że im nie starcza. Chodzą do Biedry, udając, że nie stać ich na droższe sklepy. Noszą znoszone buty — mówi Filip. — Poznasz ich po drobnych różnicach: ich ulubiony ser ma francuską nazwę i nie dostaniesz go w zwykłym sklepie. Ich ulubione miejsce na narty jest w Szwajcarii. Uwielbiają obskurne kluby i knajpy, i biedniejsze dzielnice. Ciągnie ich do biedy tak, jak ludzi ciągnie do zoo. Zobaczyć dzikie zwierzęta, a potem wrócić do swojego życia.
— Ludziom z dobrych domów dobrze idzie aktywizm — dodaje Hela, 24 lata. Trzy lata kulturoznawstwa i dwa lata ASP. — Mam koleżankę, bardzo miła dziewczyna, nie wiem, czy mądra, taki budyń waniliowy. Zrobiła w klasie maturalnej prezentację o socjalizmie. Że to wspaniały system i sprawiedliwy, że należy o niego walczyć w tym złym świecie. Parskam śmiechem. Paręnaście par oczu się do mnie odwraca. „To nie jest śmieszne! To są piękne idee”. A robiła tę prezentację na maku za kilkanaście tysięcy, którego dostała od ojca, CEO banku. Innym razem pojechaliśmy na wycieczkę klasową do Rumunii. Padł pomysł: „Spędźmy jedną noc w hostelu! Takim brudnym, syfnym, dla ludzi bez kasy!”. Wszyscy chcieli przeżyć niezwykłe doświadczenie, popatrzeć na biedę, jakby to było coś performatywnego. Jak ci debile z „Azja Express”.
III
W „Minecrafcie”, popularnej grze wideo, są dwa tryby rozgrywki: survival i creative. W creative masz nieograniczoną ilość wszystkiego, niczego nie musisz zdobywać, nie zaczynasz od zera, nie możesz zginąć, nie możesz spaść z wysokości. A przede wszystkim: możesz latać. Natomiast w survivalu chodzi o to, żeby przetrwać: zbudować schronienie, postawić łóżko, uważać, żeby nie dać się zjeść potworom, bo można zginąć. Życie większości znajomych Zosi to taki creative mode. Kto by się chciał bawić w survival.
Jak Marysia, 22 lata, która jest córką znanego warszawskiego artysty. Z usposobienia damulka, ale tej damulkowatości świadoma. Kocha Sewillę, ale najlepiej czuje się w Azji. Studiuje medycynę, a jej chłopak Kazik — prawo. Jest zajebiście bogaty. Na osiemnastkę dostał suva za 200 tys. i nieograniczony rodzicielski talon na paliwo.
— Mieszkają na stu metrach, na Starych Bielanach — opowiada Zosia. Przyjaźnią się od podstawówki. — Jedynym problemem w życiu Kazika jest alkoholizm jego bogatego ojca. Formalnie mieszkanie należy do niego, ma do niego klucze. Czasami przychodzi w środku nocy, kompletnie narąbany. Kiedy Marysia się wprowadziła, podpisała z Kazikiem umowę, że ma prawo mieszkać w mieszkaniu i ma trzy miesiące wypowiedzenia. Dla bezpieczeństwa, gdyby się z Kazikiem rozstali. Żeby nie wylądowała z dnia na dzień, no może nie na ulicy, ale w mieszkaniu mamy.
Życie jest dla nich jak gra komputerowa. Trudności są załatwiane, a pracę masz po to, żeby się pochwalić, że ją masz. Nie masz czym zapracować na jakieś swoje osiągnięcia, to na ile one się liczą? Wiele osób z tak zwanych dobrych domów nie ma poczucia sprawczości, wiedzą, że nawet jak coś w życiu zawalą, to obędzie się bez wielkich konsekwencji. To cię dopada dopiero jak masz te dwadzieścia parę lat. — Jeśli szukasz jednej prawdy o tej części mojego pokolenia, to jej nie znajdziesz — mówi Filip. — Może poza tym, że jesteśmy późnymi dziećmi transformacji. Ten turbokapitalistyczny szał z tandetnym TVN-owskim pozłotkiem, który ogarnął naszych rodziców — to jest nasz fundament. Te korepetycje, te szkoły społeczne i zagraniczne studia. Te perspektywy. O każdej obsesji tego pokolenia pisaliście i wy w „Newsweeku”, i wasi znajomi w Onecie. Te doświadczenia, ten samorozwój. Wiadomo, że bym się nie zamienił z kimś, kto jest z biedy, bo sobie cenię to, że nigdy nie będę się musiał martwić o to, czy mnie będzie stać na mieszkanie, czy dostanę kredyt. Co się stanie, jeśli nagle stracę pracę? Moja najgorsza opcja, gdyby wszystko mi się posypało, polegałaby pewnie mniej więcej na tym, że bym żył trochę skromniej.
IV
Spora część opowieści o tych tak zwanych dobrych domach to fikcja — mówi Zosia. — Szkoła, którą kończyłam, ikona społecznego szkolnictwa w Polsce, jest prawdopodobnie wałem na kasę. Są tam nauczyciele, którzy otwarcie romansują z absolwentkami i to takimi, co ledwo wyjdą za próg szkoły. A po cichu z uczennicami. W tych dobrych domach mieszkają wysoko funkcjonujący alkoholicy, pracoholicy i ich niezaopiekowane dzieci z pociętymi przedramionami. Pamiętam to wielkie zdziwienie połączone z zachwytem, kiedy ukazała się „Patointeligencja” Maty. Omawialiśmy ją nawet w szkole, choć to było o naszych znajomych. W dobrych domach było mnóstwo patologii, ale była to patologia kontrolowana. Spadniesz na poduszkę finansową rodziców. Rodzice ci pomogą, wyciągną z więzienia, opłacą prawnika.
Zosię zabolało, kiedy usłyszała od znajomej z pracy, że się bawi w życie. — Bo ja pracuję, staram się. Tak, mam mieszkanie w starej kamienicy. Moja siostra też. Moi rodzice są zajebiście bogaci. Ale staram się z tego nie korzystać. Staram się żyć na własny rachunek. Wnerwia mnie to, kiedy mi się odbiera prawo do rozumienia świata. Masz hajs, masz łatwo, wypier**laj. Ja rozumiem tę nienawiść do nowobogackości. Jak masz 25 lat i wiesz, że nigdy nie będziesz miał swojego mieszkania, to się odpalasz z wkurwieniem na to.
— Dwudziestoparo— i trzydziestoletnie dzieci tych, którzy najwięcej zyskali na transformacji, są pierwszym polskim pokoleniem ukształtowanym przez kapitalizm — mówi Filip. — I to kapitalizm w wersji hard. Wiele osób uważa, że mają przyrodzone prawo do tego, żeby dużo znaczyć i wiele móc. Skoro od dziecka słyszysz, że jesteś wyjątkowy, to nie zadowolisz się zwykłym życiem. Nastolatki wyposażone w ten rodzaj narcyzmu mogą jeszcze wyjść na ludzi, wykumać, że to świat, który dla nich skonstruowali ich pierdolnięci rodzice pracoholicy, bogaci prowincjusze. Ale jeśli nie wyleczysz się z tego do dwudziestego któregoś, no może trzydziestego roku życia, to już taki zostaniesz.
— Jak sobie latasz na chmurce, łatwo ci mówić, że jesteś elitą — twierdzi Zosia. — Spora część tych osób nie schodzi na ziemię, bo nie muszą. Cena jest taka, że takie życie wymusza pozostawanie w roli córki, syna rodziców. Wygórowana? Zależy, kogo spytasz. Myślę, że sporo osób się obudzi z odruchem: chcę się uniezależnić. Ale jak? Trzeba by się zetknąć z normalnym światem.





