Po zamachu majowym obóz sanacji, z przyzwolenia Józefa Piłsudskiego, staje się kółkiem wzajemnej adoracji. Stawia na swoich, liczą się lojalność i wierność – mówi historyk prof. Andrzej Chwalba. I podkreśla, że złamało to kariery wielu zdolnych wojskowych, co bardzo zaszkodziło Polsce w 1939 r.
Newsweek: 12 maja rano Józef Piłsudski przyjeżdża do Belwederu spotkać się ze Stanisławem Wojciechowskim, którego nie zastaje. Czy doszłoby do przewrotu majowego, gdyby prezydent nie wyjechał odpocząć do pałacyku w Spale i panowie mogli spokojnie porozmawiać?
Andrzej Chwalba: Tego wykluczyć nie możemy, tym bardziej że Piłsudski nie przewidywał przeprowadzenia pełnoformatowego zamachu wojskowego. Ale po kolei… Na początku maja 1926 r. upadł rząd Aleksandra Skrzyńskiego i partie, które zasiadały w parlamencie, nie potrafiły się porozumieć, kto ma być następnym premierem. W końcu prezydent wynegocjował, że zostanie nim Wincenty Witos, który stworzy następny rząd centroprawicowy. Ten 10 maja, na godziny przed powołaniem na stanowisko, udzielił wywiadu dla „Nowego Kuriera Polskiego”, w którym niemal wyzwał Piłsudskiego na pojedynek. „Niechże wreszcie Marszałek Piłsudski wyjdzie z ukrycia, niechże stworzy rząd, niech weźmie do współpracy wszystkie czynniki twórcze, którym dobro państwa leży na sercu” – mówił. To była prowokacja. Piłsudski natychmiast odpowiedział w „Kurierze Porannym”, ale decyzją komisarza rządowego numer został skonfiskowany, co było dotychczas niepraktykowane, bo konstytucja marcowa gwarantowała wolność słowa i prasy.
Przecież nie o wywiad poszło w zamachu…
— Piłsudski od trzech lat nie sprawował żadnych funkcji w państwie, a bardzo mu zależało na uzyskaniu ustawowej gwarancji bycia naczelnym wodzem w wypadku wojny i posiadania zasadniczego wpływu na wojsko w czasach pokoju. Konfiskata gazety z wywiadem zapowiada twardą walkę rządu z jego obozem. W nocy 11 maja podejmuje decyzję: pojadę rano do prezydenta Wojciechowskiego i zażądam zdymisjonowania rządu. Rano jedzie z adiutantem samochodem do Belwederu. Za nim konno podąża Pułk Ułanów Lubelskich. Ta wojskowa asysta to rodzaj demonstracji politycznej, że za nim stoi armia. Piłsudski liczył, że jego stare zasługi, dzisiejsza popularność i szable żołnierzy skłonią Wojciechowskiego do ustępstw, tym bardziej że już wielokrotnie mu ulegał.
Wojciechowski po paru godzinach wraca ze Spały.
— Jednak sytuacja jest już zupełnie inna niż rano. Generał Gustaw Orlicz-Dreszer ściąga pod Warszawę wierne Piłsudskiemu oddziały, które rozlokowują się na Pradze, m.in. w okolicach Mostu Poniatowskiego. To już nie wygląda na gabinetową połajankę w Belwederze, ale na jawną demonstrację siły, zaangażowanie wojska, bunt.
No dobrze, ale gdyby o godzinie 17. na Moście Poniatowskiego Wojciechowski pękł jeszcze raz i odwołał Witosa?
— To nowego premiera, którego wskazał Piłsudski, czyli profesora Kazimierza Bartla, musiałby przegłosować Sejm, w którym Marszałek de facto nie miał prawie żadnej reprezentacji, a zdawał się kompletnie tym nie przejmować.
Nie możemy też wykluczyć, że chadecja i narodowcy wyprowadziliby ludzi na ulicę w obronie rządu, z kolei w obronie Bartla, desygnowanego na stanowisko premiera, stanęliby lewica, PPS i piłsudczycy. Doszłoby wówczas do starć. W Warszawie górą byłby Piłsudski i jego obóz.
W swojej książce „Maj 1926. Zamach, którego miało nie być” pisze pan, że Piłsudskiego nie interesowały gospodarka, edukacja ani prawo, tylko wojsko. Gdyby dostał nad nim władzę, zamachu by nie było?
— Tak, zależało mu wyłącznie na polityce zagranicznej i wojsku. Ale prawica obawiała się, że jeśli dostanie armię, to tak naprawdę stanie się dyktatorem Polski. Zresztą w planach Piłsudskiego armia miała się stać czwartą władzą, suwerenną wobec pozostałych. Demokratyczni politycy nie chcieli na to pozwolić.
Okładka książki „Maj 1926. Zamach, którego miało nie być”
Foto: Wydawnictwo Czarne
Gdyby kolejarze stanęli po stronie nie Piłsudskiego, tylko rządowej i oddziały wierne rządowi szybciej dojechały do Warszawy, możliwy byłby inny scenariusz przewrotu?
— Rola kolejarzy jest przeceniana w historiografii. Po pierwsze, kolejarze włączyli się późno. Po drugie, np. w Polsce zachodniej byli zwolennikami rządu oraz narodowej demokracji i wojska jadące na pomoc bez przeszkód przemieszczały się na wschód. Po trzecie, nawet jeżeli obsługa pociągów była lewicowo nastawiona, to już urzędnicy kolejowi niekoniecznie, a mieli własny związek zawodowy i nie godzili się na strajk.
Większość dowódców dziesięciu okręgów korpusów, na które była podzielona Polska, należało do przeciwników Piłsudskiego i dlatego rząd Witosa był przekonany, że w wypadku konfrontacji armia stanie za nim, a nie za Marszałkiem. Ale nie docenił siły jego legendy. Niektórzy wyżsi oficerowie, którzy byli za rządem i prezydentem, jednocześnie nie wyobrażali sobie, że będą strzelać do swojego niedawnego wodza. Stąd ich wahania, a czas płynął. Na tle Piłsudskiego minister spraw wojskowych Juliusz Malczewski był człowiekiem bez autorytetu i charyzmy, a przy tym szerzej nieznanym.
Poza tym po trzech latach kolejnych i często zmieniających się rządów, które się potykały o liczne problemy niepodległej Polski, kapitał polityczny Sejmu i prawowitej władzy był coraz mniejszy. Zamachowcom dodawała skrzydeł postawa tysięcy cywili, którzy chcieli wierzyć, że Marszałkowi należy się szczególne miejsce w armii i w państwie, że dzięki niemu także ich los odmieni się na lepsze.
No dobrze, skoro wszyscy mówili o zamachu, to dlaczego kontrwywiad nic nie zrobił? Może gdyby był sprawniejszy, dałoby się rozbroić plany Piłsudskiego?
— Piłsudski podjął decyzję o wejściu do akcji w momencie, kiedy rząd dopiero rozpoczyna pracę. Ale choć premier i ministrowie zdawali sobie sprawę z napiętej sytuacji, protestów antyrządowych organizowanych przez lewicę i piłsudczyków, to Wincenty Witos już jako premier wyraził zgodę, żeby minister spraw wewnętrznych pojechał na urlop! Obserwując postawę rządu w czasie dni majowych, można odnieść wrażenie, że brakowało mu determinacji, silnej woli walki. Gdyby było inaczej, sukces Marszałka nie byłby taki pewny. Rząd był koalicyjny, tworzyły go cztery partie i choć miał większość parlamentarną, był słaby, a niektórzy członkowie gabinetu nie byli nawet ministrami, tylko kierownikami resortów. Najbardziej bojowym spośród polityków strony rządowej okazał się prezydent Wojciechowski.
Załóżmy, że Piłsudski przegrywa. Jak mogło wyglądać rozliczenie jego obozu?
— Nastroje były bojowe. Jeden z pułkowników z Poznańskiego przed wyjazdem na front mówił do swoich oficerów, że przyprowadzi Piłsudskiego na lassie. Generał Rozwadowski dowodzący wojskami rządowymi w jednym z rozkazów pisał, żeby aresztowanych przeciwników surowo karać, a nawet zabijać, które to słowa zresztą zostaną później wytoczone przeciwko niemu. Po klęsce Piłsudski zapewne stanąłby przed sądem. Trudno sobie wyobrazić, żeby zasądzono rozstrzelanie. Zapewne trafiłby do więzienia podobnie jak pozostali oficerowie uczestniczący w zamachu. Z pewnością do krwawych porachunków nie zachęcałyby mocarstwa zachodnie z obawy przed destabilizacją sytuacji wewnętrznej w Polsce i osłabieniem systemu bezpieczeństwa na wschodniej flance systemu wersalskiego. Stabilna Polska miała chronić Europę przed komunistyczną Rosją, a Francuzom dodatkowo zależało, żeby Polacy pilnowali Niemców od wschodu.
Zwycięstwo nad Piłsudskim dałoby rządowi wiatr w żagle?
— Na pewno otrzymaliby silniejszą legitymację polityczną i społeczną, żeby zmieniać kraj. Narodowcy, ludowcy planowali reset konstytucyjny, tak aby wzmocnić władzę wykonawczą, rządu i prezydenta kosztem Sejmu, podobnie zresztą jak Piłsudski.
Wyobraża pan sobie, że Piłsudski ginie?
— Można domniemywać, że nieobecność Piłsudskiego w polskich dziejach doprowadziłaby do osłabienia lewicy i obozu piłsudczyków. Uwzględniając tendencje obecne w Europie, można by oczekiwać, że prawica narodowa w Polsce jeszcze bardziej się zradykalizuje. Czy bez Marszałka wzrosłaby pozycja Romana Dmowskiego? Wątpię, na wodza prawicy się nie nadawał, już bardziej na symbol. Pojawiliby się nowi, młodsi przywódcy, którzy głosiliby odejście od demokracji.
Czy bez Piłsudskiego radykalna prawica miałaby szansę utrzymania pełni władzy?
— To mało prawdopodobne. Bez centrum nie byliby w stanie rządzić. Dotychczas centrum maszerowało wraz z narodowcami. Ale w sytuacji radykalizacji prawicy wydaje się, że ani ludowcy z Witosem, ani chadecja nie podążaliby w ślad za nimi. Moim zdaniem na drodze radykalnej prawicy stanąłby Witos, który nie podzielał radykalnych poglądów, był legalistą z austriackiej szkoły politycznej, zwolennikiem silnej władzy, ale w ramach systemu demokratycznego, podobnie jak liderzy chadecji. Trudno sobie wyobrazić Witosa jako lidera radykalnie prawicowego obozu. Zresztą ludowcy z Piasta stale byli w kontakcie z pozostałymi partiami chłopskimi. Wśród ich liderów dojrzewało przekonanie, że w jedności siła. Dzięki temu i być może porozumieniu z umiarkowaną lewicą demokracja w Polsce by przetrwała, choć w innej postaci niż ta zapisana w konstytucji marcowej.
Ale jednocześnie brak Piłsudskiego u władzy mógłby oznaczać zaostrzenie polityki dyskryminacyjnej wobec mniejszość narodowych: Ukraińców, Żydów, Białorusinów. Marszałek miał wizję państwa obywatelskiego: w sprawach Polski decydują wszyscy, bo są obywatelami wspólnego państwa. Prawica uważała z kolei, że w sprawach Polski muszą decydować wyłącznie Polacy, i to stanowisko było też bliskie liderom Piasta.
Gdyby Piłsudski przegrał i nie zajmował się wojskiem do 1935 r., Polska byłaby lepiej przygotowana do II wojny światowej?
— Być może byłaby wtedy spora szansa na większe zaangażowanie kapitałowe Francji w proces modernizacji polskiej armii, gdyż narodowcy, ludowcy i Sikorski mieli zdecydowanie lepsze relacje z Paryżem niż piłsudczycy. Poza tym nadzór Piłsudskiego nad wojskiem oznaczał, że wielu dobrych oficerów nie miało żadnych szans na realizację swoich marzeń o pracy w wojsku. Najbardziej mi żal niewykorzystania talentu generała Kazimierza Sosnkowskiego, dawnego przyjaciela Marszałka, jego prawej ręki w Legionach i zaufanego w czasie wojny polsko-bolszewickiej.
Podczas zamachu próbował popełnić samobójstwo, bo nie wiedział, po czyjej stronie stanąć.
— Przeżył, ale został odsunięty na boczny tor. A zgadzam się z tymi badaczami i ekspertami, którzy twierdzą, że to on miał największe kwalifikacje, żeby być naczelnym wodzem. Natomiast decyzje kadrowe marszałka Rydza-Śmigłego niejednokrotnie były złe albo nawet fatalne, zarówno przed wojną, jak i podczas kampanii wrześniowej. On sam jako naczelny wódz okazał się słabym punktem polskiej armii w 1939 r., za co odpowiedzialność w jakimś stopniu spada na Piłsudskiego. Po zamachu obóz sanacji, z przyzwolenia jego lidera, staje się kółkiem wzajemnej adoracji, stawia na swoich, liczą się lojalność, wierność, a najlepiej służba w I Brygadzie Legionów, a nie kompetencje i umiejętności.
prof. Andrzej Chwalba – historyk, autor książek, m.in. „Legiony Polskie”, „Wielka wojna Polaków 1914-1918”, „1919. Pierwszy rok wolności” oraz „Maj 1926. Zamach, którego miało nie być” (Czarne)