Mamy wczesną wiosnę, a susza jak pod koniec lata. W wielu miejscach kraju sytuacja jest wręcz dramatyczna — rośliny na polach marnieją w oczach.
Poważne problemy z suszą ma już trzy czwarte kraju. Wody w rzekach ubywa dramatycznie szybko, w wielu rejonach wysychają strumienie i jeziorka. Susza jest w lasach, co grozi pożarami ściółki — tylko jednego dnia, 6 maja, mieliśmy 136 pożarów ściółki leśnej. Do tego wielki pożar w Puszczy Solskiej. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej poinformował, że w 74 proc. punktów pomiarowych odnotowano niski poziom wód gruntowych. Tylko 2 proc. rzek ma poziom wysoki. Dr Sebastian Szklarek, ekohydrolog z Instytutu, mówił PAP, że takie dane są typowe dla końcówki lata, a nie początku wiosny.
To załamanie
Marek Sawicki, rolnik i marszałek senior z PSL, przyznał, że „długo już żyje na świecie, ale tak suchej wiosny i zimnego kwietnia nie pamięta”. — Jak się na poważnie nie zajmiemy brakiem wody, to wykończymy nasze rolnictwo. Nie kraje Mercosur czy Ukraina je wykończą, tylko brak wody — stwierdził Sawicki w Polsat News Polityka. Poseł od lat przekonuje, że ratunkiem dla Polski jest tzw. mała retencja, czyli budowa niedużych zbiorników wodnych.
Wiosna to zwykle okres, kiedy w glebie jest najwięcej wody po topniejących śniegach. A tej zimy cieszyliśmy się, że śniegu mamy obfitość. Rolnicy mogli mieć nadzieję na mokrą wiosnę, którą tak lubią rośliny. Tymczasem już teraz mamy na polach prawdziwy dramat. Nie wszędzie jest jednakowo źle, ale dobrze nie jest nigdzie. Aż w siedmiu województwach — mazowieckim, łódzkim, świętokrzyskim, lubelskim, śląskim i zachodniopomorskim — sytuacja jest trudna, przez hydrologów określana jako niżówka hydrogeologiczna. Mamy zjawisko obniżania się zwierciadła wód gruntowych, co z kolei oznacza problemy z zaopatrzeniem gospodarstw w wodę z płytkich ujęć. Dla roślin na polach to po prostu powolne zasychanie. Bo choć śniegu w zimie było całkiem sporo, to roztapiał się gwałtownie, i to w okresie, kiedy ziemia była jeszcze zmrożona. Woda nie przedostała się więc do gleby i nie nasączyła jej wilgocią.
Skutki już są mocno widoczne na polach, zwłaszcza w uprawach zbożowych i rzepaku. Rośliny marnieją w oczach — zboża, zarówno siane jesienią, czyli oziminy, jak i wiosną, czyli jare, żółkną, liście im się zwijają. To dla rolników znak, że nie mają co liczyć na dobry urodzaj. By zwróciły im się koszty produkcji, muszą zebrać przynajmniej 7 t z hektara pszenicy lub 3,5 t rzepaku. Przy niedostatku wilgoci to nierealne. Najgorsza sytuacja jest tam, gdzie gleby są piaszczyste, mało zasobne w próchnicę, czyli nie magazynują wody.
To znacznie więcej niż kryzys, to załamanie — mówią rolnicy.
Wielkopolska zbierze połowę
Wielkopolska, obok Zachodniopomorskiego, to nasz spichlerz zbożowy, zbiory z tych terenów mają istotne znaczenie dla całego bilansu zbożowego w kraju. To dobre gleby, na których świetnie udają się zboża i rzepak. Jednak tak źle z rzepakiem nie było od lat.
— Mamy głęboki deficyt wody w glebie, rośliny wyglądają naprawdę fatalnie, są niskie, bardzo osłabione, co widać gołym okiem — mówi Franciszek Nowak, rolnik z Poznańskiego.
Nowak szacuje, że zbierze z pola połowę tego co zwykle. Zbierał zazwyczaj 4 t ziarna rzepakowego z hektara, teraz liczy na 2 t. Ale może być jeszcze gorzej, jeśli deszcz nie spadnie w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Nie byle deszcz, taki co ledwie pokropi, to musi być stałe, kilkudniowe nawilżenie gleby, by dało dobry efekt.
— Część rzepaku nam przemarzła, bo noce i dnie do tego majowego weekendu były po prostu zimne, a im bardziej jest sucho, tym bardziej ten chłód daje się roślinie we znaki. A do tego z powodu chłodu pszczoły nie latały i nie zapylały kwiatów — mówi Nowak.
Prace polowe w Rokietnicy, kwiecień 2026 r.
Foto: Darek Delmanowicz / PAP
Deszcze, które przez Wielkopolskę przeszły w połowie kwietnia, były zbyt spóźnione, by rzepak rozkwitł. W efekcie kwiatostany są o połowę mniejsze niż zwykle. A to oznacza mniej nasion.
— Roślina jest mądra, jak jej się źle dzieje, to ogranicza wydawanie potomstwa — tłumaczy rolnik. — To tak jak z bocianami: kiedy bocian ma trzy pisklaki, a brakuje pokarmu, to wyrzuca z gniazda dwa, by chociaż tego jednego dobrze wykarmić. Roślinka robi to samo, skoro brakuje wody, to wypuszcza mniej kwiecia, bo nie wyżywi tyle ziaren co zwykle. Ja żyję nadzieją, że deszcze wkrótce spadną i uratują te moje 2 t z hektara.
Brak deszczu odbija się też na warzywach. Na razie widać to na plantacjach cebuli, gdzie już są całe połacie ziemi z zaschniętym szczypiorem, który jest żółty i leży na glebie, zamiast strzelać w górę zieloną nacią.
W Zachodniopomorskiem rzepak się kładzie
To drugi obok Wielkopolski nasz zbożowo-rzepakowy spichlerz. Tu jest jeszcze gorzej niż w Wielkopolsce. Niektórzy rolnicy z rzepakiem już się pożegnali, przestali liczyć na jego zbiory, ratowali się ucieczką do przodu.
— Ostatnie, co u mnie na polu spadło w tym roku, to był śnieg w lutym. A deszcze to były w listopadzie ubiegłego roku — mówi Jacek Mróz spod Człuchowa. — Nie mogłem już patrzeć, jak z dnia na dzień żółkną liście rzepaku, kruszą się w palcach. Całe rośliny się kładły. Aż się płakać chciało. Uznałem, że nie ma co się dłużej łudzić, przesiałem ten rzepak kukurydzą. To roślina dużo mniej wrażliwa na brak wody, powinna dać sobie radę tam, gdzie rzepak poległ. Straty są, ale może taki ruch się opłaci, choć boję się, że rzepak wyciągnął z gleby resztki wilgoci i kukurydzy będzie naprawdę ciężko wytrzymać. Ale zaryzykowałem.
Nie wiadomo, ilu rolników zrobiło to samo, ale jeśli było ich wielu, to może się okazać, że będziemy mieli w tym roku nadmiar kukurydzy. Ceny jej skupu będą niskie, co rolników dodatkowo zmartwi. Za to na pewno rzepak będzie drogi i będzie go mniej.
Na Warmii i Mazurach przeorują pola
Warmińsko-Mazurska Izba Rolnicza alarmuje, że rolnicy z tego terenu przeorują już rzepak, nie czekając, aż same rośliny padną z braku wody. I sieją w to miejsce kukurydzę. A z obawą patrzą na zboża, które też kiepsko wyglądają. Stosunkowo najlepiej radzą sobie żyto i owies.
— To rośliny najlepiej genetycznie przystosowane do trudnych warunków. Ale już pszenżyto czy pszenica nie wyglądają dobrze, rośliny są niewyrośnięte, słabowite, a to znak, że będą atakowane przez choroby i szkodniki — mówi Jan Banaszak z Mazur. — Kiedy roślina jest głodna wody, to jest słaba. Głodna roślina niczym się nie różni od głodnego i słabego człowieka.
Na Opolszczyźnie też słabe zboża
Na Opolszczyźnie trudno dziś ocenić, jakie faktycznie będą zbiory. Pola wyglądają tu znacznie lepiej niż na północy i zachodzie kraju, ale po roślinach widać, że plony na pewno będą gorsze niż rok temu.
Mariusz Olejnik ma gospodarstwo na Opolszczyźnie. — U nas najbardziej ucierpiały zboża jare, które są najbardziej wrażliwe na brak wilgoci. Było tak sucho, że wielu rolników wstrzymywało się z siewem, czekali na deszcze, liczyli, że rzucą ziarno na mokrą glebę, to szybko wzejdzie. Skutek jest taki, że mają jeszcze gorzej, bo gleba tylko wysychała i rośliny wschodziły jeszcze później niż zwykle. Kiepsko wygląda też rzepak, ale nie tak źle, jak mówią koledzy z Wielkopolski. My, sądzę, zbierzemy jednak te 3 t z hektara. Ale wszystko zależy od deszczu. Jeśli w maju nie popada solidnie, to potoczy się lawina, wszystko się zawali — mówi.
— Rzepak się kładzie na polu, traci kolor. Z tego rzepaku nic już nie będzie. Jeszcze gorzej mają się u nas zboża jare. Tylko oziminy da się uratować, ale plony będą na pewno mniejsze, nawet o 30 proc. — opowiada rolnik spod Kluczborka.
Tu też wszyscy „zaklinają deszcz”. Pola są dobrze nawiezione obornikiem i nawozami sztucznymi. Ale jeśli deszcz na ten nawóz nie spadnie, to nie przeniknie on do korzeni roślin i ich nie dokarmi.
— Będzie tak, że mamy pola wypełnione nawozami, a rośliny będą zdychać z głodu. Taka paranoja — mówi z goryczą Jan Okrasa z Opolskiego. Według niego to może być rok drogiej mąki i chleba. — Zakłady młynarskie już szukają w internecie dostawców dobrej mąki z Ukrainy, bo są pewni, że u nas w tym roku będzie z tym problem. I pewnie mają rację. Tylko że to oznacza skok cen dobrej jakościowo mąki chlebowej.
Na Podlasiu schną pastwiska
To kraina krów mlecznych. Dużo tu pastwisk i łąk, rolnicy wypasają na nich bydło. Na początku maja „pastwiska jeszcze się trzymają”. To dlatego, że zwykle są na terenach najbardziej wilgotnych, nawet podmokłych. Ale tu też zaczyna się problem — trawy zamiast się rozkrzewiać, strzelają w źdźbła. To znak, że może być problem z zapewnieniem siana dla zwierząt.
Dlatego już teraz niektórzy hodowcy krów zaczynają mówić o ograniczeniu liczebności stad. To dotyczy zwłaszcza krów mlecznych, bo nie dość, że może być problem z ich wykarmieniem, to jeszcze cena mleka w skupie od tygodni systematycznie spada. Nie ma już chyba w kraju mleczarni, która płaci więcej niż 2 zł za litr mleka, a jeszcze rok temu średnia dochodziła do 3 zł. Mleko tanieje, pasza będzie w tym roku drożała i to już jest pewne.
Lubelszczyzna bez owoców miękkich
Krzysztof Chmiel ma w Lubelskiem plantację roślin jagodowych i truskawek. Uprawia je na 10 ha. Już wie, że z truskawek nie zbierze ani jednego owocu. Ale ciągle wierzy, że uda mu się uratować choć część zbiorów malin. Podlewa je dwa razy dziennie, rano i wieczorem, i mimo tych wysiłków liczy w myślach straty.
— Pod koniec kwietnia przez trzy dni mieliśmy przymrozki. Nawet do minus 10 st. C. Ten mróz trzymał przez wiele godzin. Kiedy roślina jest w dobrej kondycji, nawilżona, to dużo lepiej znosi taką temperaturę, a kiedy jest susza, to jest podatna i cierpi. I widać, jak liście na krzakach się zwijają, brązowieją, opadają. Żal patrzeć. Teraz walczymy o to, żeby krzaki przetrwały. Tegoroczne zbiory malin będą mniejsze o ok. 70 proc. Ile straciłem? Z hektara malin zbieramy ok. 15 t owoców, sprzedajemy po 7-8 zł za kilogram, to łatwo policzyć — wychodzi dobrze ponad 100 tys. zł za hektar — opowiada Chmiel. I dodaje: — Rząd może mi dać rekompensatę, jakieś 5-10 tys. To śmieszne. Nie wiem, dlaczego ciągle nie jest załatwiona sprawa ubezpieczeń, tak można rozwiązać ten problem, a nie jakąś zabawą z rekompensatami z budżetu państwa. Nie rozumiem tego.
Owoce przemarzły też w innych rejonach kraju — zwłaszcza truskawki, których kwiaty są w środku czarne i nie zawiązują owoców. Ucierpiały też maliny, porzeczki i jeżyny. Te owoce będą w tym roku drogie.
Susza, zjawisko stałe
Za wcześnie jeszcze, by ocenić, jak duże mogą być w tym roku straty w całym kraju, za wcześnie na panikę. Ale na pewno można już stwierdzić, że zbiory rzepaku i zbóż będą niższe niż zwykle, bo skala suszy jest bezprecedensowa.
Sytuacja pogarsza się z dnia na dzień, choć co jakiś czas w niektórych częściach kraju pada. Ale to śladowe opady, nie wyrównują strat w wilgotności. W marcu spadło w Zachodniopomorskiem mniej niż 5 mm deszczu, a w kwietniu jeszcze mniej — 2 mm. W całym kraju spadło niewięcej niż 20 proc. tego co zwykle w tych miesiącach. Jak mówią eksperci, Polska wchodzi w okres stopniowego wysychania gleby. A kiedy wilgotność gleby osiąga 6 proc., rośliny przestają rosnąć. I to już widzimy w niektórych częściach kraju.
Staw Koziorozca w podwarszawskich Włochach wysycha coraz bardziej, kwiecień 2026 r.
Foto: Michał Borowczyk / Agencja Wyborcza.pl
Kluczowy dla rolnictwa będzie czerwiec. Od tego, ile wody spadnie na pola i pastwiska, zależą plony roślin, przede wszystkim zbóż. Opady nie mogą być gwałtowne, krótkotrwałe i obfite, bo takie deszcze nie tylko nie poprawią sytuacji roślin, ale wręcz mogą ją pogorszyć.
Na razie prognozy pogody nie są dobre dla rolnictwa, nic nie zapowiada, byśmy mieli pożegnać się z suszą. A wtedy wkrótce możemy na polach zobaczyć całe zaschnięte rośliny z tegorocznych siewów.
Polska jest dziś jednym z krajów o najmniejszych zasobach wód słodkich w Europie. Suszę mamy właściwie co roku począwszy od 2015 r. W ostatnich latach najgorzej było w 2019 r. — wtedy co trzeci polski rolnik (aż 340 tys. gospodarstw) złożył wniosek do państwa o pomoc suszową.
Ubezpieczenia, a nie rekompensaty
Pytam rolników, czego w tej sytuacji oczekują od rządu. Praktycznie wszyscy mówią to samo, choć z różnymi emocjami.
— Od tych niedojdów już niczego nie oczekuję, tylko niech mi się nie wtrącają do gospodarstwa — słyszę od rolnika z Wielkopolski. — Ten obecny minister rolnictwa to ma mózg polityka, a nie rolnika. On myśli tylko bieżącym interesem politycznym, czyli szykuje różne rekompensaty, żeby rolnicy nie przyjechali mu do Warszawy z protestami. Już obiecał sadownikom po przymrozkach 400 mln zł odszkodowań i tym się przechwala w mediach. To jest droga donikąd, takie gaszenie pożarów. Co roku mamy to samo — albo przymrozki, albo susza, albo powódź. Tak się spraw nie załatwia.
— Trzeba ustawowo wprowadzić obowiązek ubezpieczeń od wszystkich plantacji z dopłatami z budżetu państwa. Ale to wymaga pracy, łatwiej za każdym razem dać parę złotych rolnikom, niż opracować długoterminowy plan, który coś by rozwiązał — mówi rolnik z Mazowsza.
Poseł Michał Kołodziejczak, były wiceminister rolnictwa i rolnik, też uważa, że dawanie rekompensat rolnikom, którzy ucierpieli z powodu suszy czy przymrozków, jest złym pomysłem.
— Nie tędy droga. Trzeba stworzyć dobry system ubezpieczeń, który zapewni rolnikom realne odszkodowania, a budżetu nie zrujnuje. Taki system będzie się państwu bardziej opłacał niż coroczne rekompensaty. Mamy takie zmiany klimatyczne, że nie możemy już mówić o jakichś wyjątkowych anomaliach pogodowych, to jest stałe zjawisko, tak będzie co roku.
Dlaczego takiego systemu nie ma? I dlaczego on go nie przeforsował, skoro był w rządzie?
— Byłem tylko wiceministrem, nie miałem siły przebicia. A ponieważ wielu rolnikom ten pomysł się nie podoba, bo zwykle, jak jest coś nowego, to nam się nie podoba, to nie ma odważnych w rządzie do jego przeprowadzenia. To jest sprawa polityczna, a politycy nie lubią się narażać — odpowiada Kołodziejczak.




