Po chińsku nazywa się to 十万+, shíwàn jiā, i znaczy coś o wiele ważniejszego niż proste: „sto tysięcy wyświetleń”. Od tej liczby użytkowników, którzy na platformie WeChat (w Państwie Środka podstawowym narzędziu komunikacji) przeczytają artykuł, obejrzą zdjęcie albo filmik — zaczyna się przekładalna na pieniądze sława. I to dążenie do sławy staje się tematem noweli chińskiej pisarki Lu Min „Być może się wydarzyło”.
Głodny sławy, pracujący w Nankinie, tyle młody, ile bezimienny dziennikarz jest przekonany, że wreszcie znalazł temat, dzięki któremu zdobędzie upragnione kliki. Oto on: zabiła się młoda kobieta imieniem Mimi. Co więcej, zrobiła to tak, by nikomu nie sprawiać kłopotu, bo w domu, w którym akurat nikogo nie było, i zostawiając karteczkę: „Proszę wezwać policję. To nie ma z nikim związku. To wyłącznie moja sprawa”. Dziennikarz uważa, że tak zwięzły list pożegnalny musi kryć tajemnicę.
Sądzi tak zaś, bo choć zachodniemu czytelnikowi, który sięga po nowelę Lu Min „Być może się wydarzyło”, formuła cichego rozstania się ze światem może się wydawać dość typowa, w Chinach jest inaczej, i to przede wszystkim wśród najmłodszego pokolenia. Weźmy takie prawdziwe samobójstwa, jak to Luo Xiao Maomao, influencerki, która w 2021 r. ogłosiła swoim obserwującym, że wieczorem wystąpi po raz ostatni. Zgodnie z zapowiedzą uruchomiła live, podczas którego w dłoni trzymała otwartą butelkę z pestycydem i zapowiadała, że zaraz ją wypije. Część obserwujących błagała ją, by zadzwoniła po pomoc, część zaś dopingowała. W końcu Maomao pestycyd wypiła i zaczęła się dusić. „Ha, ha, naprawdę to zrobiłaś” — napisał wtedy jeden z obserwujących transmisję. Influencerka zadzwoniła po karetkę; następnego dnia zmarła.
Albo przywołajmy historię, którą w 2018 r. żyły chińskie media: Li Yiyi, nastolatki z Qingyangu w prowincji Gansu, która została zgwałcona przez nauczyciela, a gdy sąd oddalił sprawę przeciwko temuż, weszła na dach centrum handlowego i zaczęła grozić skokiem. Oprócz funkcjonariuszy pod centrum szybko zebrał się tłum gapiów, krzycząc do Li Yiyi, by groźbę spełniła, i transmitując całe wydarzenie w mediach społecznościowych. Dziewczyna skoczyła po czterech godzinach. To zjawisko nazywa się z kolei 起哄, qǐhòng, choć stosuje się także nazwę angielską: baiting crowd (tłum, który do śmierci dopinguje, a wręcz nagania).
Rozpinając swoją powieść między tymi dwoma zjawiskami, Lu Min diagnozuje współczesne Chiny jako społeczeństwo, w którym więzi społeczne się rozpadły, a sława stała się podstawowym dobrem, do którego ludzie dążą. Min to czołowa przedstawicielka tak zwanego pokolenia lat 70. — urodzonych pod koniec rewolucji kulturalnej Mao, dorastających w epoce reform rynkowych Deng Xiaopinga, którzy na literacki rynek wchodzili, gdy ten znajdował się w kryzysie, i musieli imać się wielu innych zajęć, dzięki którym poznali kraj od dołu: Min pracowała na poczcie, bywała sekretarką, urzędniczką państwową i dziennikarką; dziś jej pozycja porównywalna jest do tej, jaką w Korei ma Han Kang, a w Japonii Mieko Kawakami.
Grunt osuwający się spod nóg
To, że Min pamięta, jak było w Państwie Środka kiedyś, gdy nie było w nim pieniędzy, jest kluczowe, bo sytuacja, o której pisze, bierze się właśnie z tego, że już są. Z początkiem XXI w. w Chinach pojawiły się i klasa średnia, i nowa grupa przedsiębiorców oraz krezusów czerpiących bogactwo już nie tylko z bycia częścią nomenklatury. Duchowe znaczenie tego procesu — stwierdził filozof Wang Xiaoming z Uniwersytetu Szanghajskiego — było takie, że gdy pojawiły się pieniądze, ludzie stracili grunt pod nogami. Rozwój został sprowadzony do nowych samochodów, lodówek i telewizorów. Gdy zyskali te ostatnie, Chińczycy zostali postawieni przed pytaniem: dokąd zmierzają.
Lu Min w sławie widzi podstawowy sposób, za którego pomocą Chińczycy próbują sobie poradzić z pustką. „Być może się wydarzyło” — nie pełnoprawna powieść, lecz nowela; w Chinach ten gatunek cieszy się czytelniczym zainteresowaniem — ukazało się po chińsku w 2019 r., na koniec dekady, w której wybuch nowych technologii zrewolucjonizował chińskie relacje społeczne. Pozbawieni dostępu do Facebooka, Instagrama i Google’a Chińczycy w 2009 r. rzucili się na mające być lokalnym odpowiednikiem Twittera Weibo, w 2011 r. na wspomniany WeChat, po 2016 r. zaś na Douyin, poza Chinami znany jako TikTok. Technologia umożliwiła narodziny 网红 — wanghong — będącego kimś więcej niż zwykłą internetową gwiazdą. Wanghong tworzy w mediach społecznościowych swoją społeczność i to jej zaczyna sprzedawać własny produkt, tworząc często własną platformę płatniczą. W ten sposób ekonomia uwagi osiąga nieznane na Zachodzie rozmiary, przekładając się na finansowy konkret.
O zostaniu influencerką marzyła też Mimi z powieści Lu Min — wraz z koleżanką stworzyła na WeChacie grupę użytkowniczek zainteresowanych kosmetykami, które próbowały im sprzedać. Sukces? Ani tak, ani nie. Podobnie ani sukcesem, ani jego brakiem było — jak dowiaduje się bezimienny dziennikarz — jej życie prywatne i miłosne, i tak samo jest też z życiem dziennikarza. Pracuje on w dużym portalu, ale nie jako jego gwiazda; mieszka w dużym mieście, ale w dzielonym pokoju; nie jest może tak, że nie może znaleźć partnerki do łóżka, na życie wszakże — nie. Min powiada: najgorsza porażka, na jaką w zatomizowanych Chinach nie można sobie pozwolić, to przeciętność. Taka przebija z „Być może się wydarzyło” nowa chińska dynamika: w której wyróżniający się bierze wszystko. Wyróżnić się można zaś czymkolwiek, także efektownym odejściem ze świata. To dlatego, że podejrzewa, iż Mimi była wyróżnienia spragniona, bezimienny dziennikarz podejmuje w tej noweli śledztwo.
Chińskie władze zauważyły spustoszenie, którego zwłaszcza w najmłodszym pokoleniu obywateli Państwa Środka dokonał internet: w 2025 r. doroczna kampania Qinglang, polegająca na czyszczeniu sieci przez właścicieli wielkich aplikacji, skupiła się na takich treściach jak wspomniany baiting crowd, a także na napiwkach od użytkowników, dzięki którym krezusami szybko stawali się streamujący na żywo. Usunięto także treści antagonizujące tożsamości, w efekcie czego tacy bohaterowie jak dziennikarz z powieści Lu Min ogarnięci są wrażeniem, że nie posiadając własnego mieszkania ani milionowego majątku, nigdy nie znajdą żony. Uderzono wówczas też w tzw. 饭圈文化, fan circle culture — grupy na WeChacie, w których młode Chinki organizują się, by internetowo dręczyć partnerki będących akurat na topie wanghong, a influencerom bez wykształcenia zakazano wypowiadać się na tematy szczególnie istotne dla bezpieczeństwa państwa.
Powieść Min została opublikowana przed tym zakazem i bezimienny dziennikarz nie musi się z tymi ograniczeniami zmagać; pięć dni, które dostaje od redakcji na zbadanie tematu młodej samobójczyni, obfituje więc w próby, które po wprowadzeniu obostrzeń zostałyby przez dostawców treści ocenzurowane — jak wpisanie jej śmierci w społeczny trend, dzięki któremu jego artykuł osiągnie shíwàn jiā. Bezskutecznie. Stwierdza w końcu: „Ta cebula nie ma jądra. Ani smaku, ani treści, ani sensu”. Że śmierć Mimi zdarzyła się po prostu, i tyle, wciąż jednak nie przychodzi mu do głowy, podobnie jak to, że zdarzyła się z racji tego samego szalonego trendu, który pochłania i jego. Jaki będzie efekt tego pochłonięcia — tego czytelnik może się domyślać; i może się domyślać, jak chiński trend będzie wyglądał w krajach, które nie wprowadzą chińskich ograniczeń.