Donald Trump publicznie przysypia, zapomina słów, ukrywa siniaki na dłoniach i opuchliznę nóg, ale według najnowszego raportu lekarzy cieszy się „wyśmienitym zdrowiem”.
— Nie jestem seniorem — przekonywał niedawno Trump, który 14 czerwca skończy 80 lat. — Jestem o wiele młodszy — dodał.
Z absurdalnej deklaracji, nie pierwszej i nie ostatniej, moglibyśmy się pośmiać, gdyby nie złożył jej przywódca nuklearnego mocarstwa, który praktycznie sam decyduje o użyciu broni masowej zagłady. Między innymi dlatego, Amerykanie woleli zawsze prezydentów młodych i zdrowych od starych i chorych.
Powłócząc nogami ku świetlanej przyszłości
Ludzie żyją coraz dłużej, zatem wierchuszka obu partii gremialnie przekroczyła wiek emerytalny. A im człowiek starszy, tym bardziej kurczowo trzyma się stołka, tym trudniej przychodzi mu oddanie pałeczki młodszym a — wskutek stępienia zmysłów i zdolności przetwarzania bodźców oraz informacji — coraz mniej zdaje sobie sprawę z owego stępienia.
Przy dziedziczeniu władzy w partyjnych strukturach nadal obowiązuje zasada senioratu, wskutek czego amerykańska śmietanka polityczna przypomina dziś KC KPZR u schyłku Związku Radzieckiego. Zresztą nie tylko amerykańska. Średnia wieku światowych przywódców wynosi 62 lata. Xi Jinping za chwilę skończy 73. Putin już tyle ma. Polacy od ćwierci wieku wybierają między Tuskiem (69) a Kaczyńskim (76) i nic nie wskazuje, by któryś zamierzał podzielić się kapitałem wpływów z ewentualnymi następcami.
Kompetencje to nie wszystko. Wiek ma swoje prawa. Nawet jeśli pod czaszką wszystko działa jak trzeba i choćbyśmy bardzo starali się nadążać za cywilizacyjnym zmianami, w pewnym momencie przestajemy. Na nowe wyzwania odpowiadamy po staremu, niczym babcia uporczywie parząca ziółka, gdy wnuczek złapie hentawirusa.
Konieczność wymiany pokoleń rozumie była przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi, która przez dwie dekady trzymała w garści kongresmenów Partii Demokratycznej. Po skończeniu 82 lat zrezygnowała z funkcji szefowej klubu, choć wciąż umie zagiąć każdego oponenta. Jesienią zaś nie będzie walczyć o reelekcję, uznawszy, że mimo politycznych umiejętności i doświadczenia, mając lat 86, nie dotrzymuje kroku rzeczywistości.
Jak pamiętamy, podobnych skrupułów nie przejawiał Joe Biden. Szczerze wierzył, że potrafi prowadzić naród ku świetlanej przyszłości, mamrocząc, bełkocząc, odpowiadając na pytania od rzeczy, powłócząc nogami, potykając się i przewracając. A co z Trumpem? Prawicowe media bezlitośnie eksponowały sklerozę jego poprzednika, więc teraz liberalne odpłacają pięknym za nadobne. Z lubością pokazują, jak wódz MAGA zapada w drzemkę na posiedzeniach rządu, oficjalnych spotkaniach, podniosłych ceremoniach włącznie z niedawnymi obchodami Dnia Pamięci Narodowej.
Według Białego Domu nie zasypia, tylko mruga, a złośliwi dziennikarze wyłapują moment, gdy akurat przymknie oczy. Słabe wyjaśnienie, bo nie chodzi o zapisy foto, lecz wideo, więc jeśli opuszczenie i uniesienie powiek zajmuje Trumpowi kilka minut, to chyba powinniśmy się tym bardziej martwić niż okazyjną drzemką z nudów.
Co ukrył doktor Barbelli
Po wtorkowych badaniach w stołecznym szpitalu wojskowym prezydent oświadczył, że wyniki ma „idealne”, niestety jego doradcy nie ujawnili szczegółów. Musimy wierzyć na słowo. Ostatnie podane do publicznej wiadomości — co nie znaczy prawdziwe — rezultaty testów poznaliśmy rok temu.
Trump miał wówczas ważyć 102 kg, czyli zgodnie ze standardami wskaźnika masy ciała (BMI) przejść z kategorii „otyły” do „wykazujący nadwagę”. Według prezydenckiego lekarza kpt. Seana Barbarelliego ciśnienie wynosiło 128/74, puls — 62 uderzenia na min., nasycenie krwi tlenem — 99 proc. Cholesterol spadł z 240 do 140 mg/dL (HDL — 77 mg/dL, LDL — 51 mg/dL), wszystkie pozostałe wyniki nie odbiegały od normy.
Poza skłonnością do tycia i hipercholesterolemii, jedynymi schorzeniami wymienionymi w raporcie były: trądzik różowaty, sezonowe alergie, rogowacenie słoneczne, niezłośliwe znamiona barwnikowe, uchyłkowatość jelita grubego i polipy na jego ściankach. Dr Barbelli nie wymienił przypadłości dających objawy widoczne gołym okiem, więc możemy się tylko domyślać, co jeszcze ukrył.
25 sierpnia ubiegłego roku jeden z fotoreporterów uchwycił nogi prezydenta nabrzmiałe tak bardzo, że opuchlizna zwisała nad butami. Równocześnie na jego dłoniach znów pojawiły się krwiaki — pierwszy raz zauważone podczas spotkania z Putinem 10 dni wcześniej. Biały Dom zbagatelizował zdjęcia. Opublikował własne, na których prezydenckie kostki zasłaniał stolik. Za przyczynę zsinień rzeczniczka uznała ciągłe ściskanie rąk i profilaktyczne przyjmowania aspiryny. — Nie chcę, żeby moje serce pompowało gęstą krew, wolę fajną, rzadką — wyjaśnił Trump.
Spekulacje nie ucichły, więc doradcy ostatecznie przyznali, że szef cierpi na przewlekłą niewydolność żylną (CVI), czyli zastój krwi powodowany jej wstecznym przepływem (refluks), zwężeniem lub niedrożnością naczyń krwionośnych. Nadciśnienie w obrębie żył skutkuje przetokami, leukocyty przemieszczają się do sąsiednich tkanek, powodując zapalenie i obrzęk, a ponadto zmiany zakrzepowe, które grożą zatorem tętnicy płucnej, czyli błyskawicznym zgonem.
Mniej drastyczne objawy to poczucie ciążenia nóg, ból nasilający się nocą, w pozycji stojącej i podczas upałów, swędzenie, mrowienie, rozpieranie, przebarwienia, atrofia naskórka, stwardnienie skórno-tłuszczowe podudzia, owrzodzenia. Jeśli chodzi o dłonie, aspiryna i uściski przyczyniają się do powstania krwiaków u osób starszych, których skóra pozbawiona jest działającego jak poduszka kolagenu. Jednak równie dobrze przyczynę przebarwień może stanowić kruchość naczyń krwionośnych.
Wyborcy się boją
Prezydent od roku maskuje sińce fluidem, co daje podobny efekt jak korygowanie defektów cery samoopalaczem. Znaczy żałosny. W tym przypadku stawką nie jest nasycenie własnej próżności, lecz zatajanie informacji kluczowych przy podejmowaniu decyzji przez wyborców. Większość elektoratu niezależnego plus spora część umiarkowanych republikanów dawno przestały mu ufać. Ogólna niechęć stanowi zaś pożywkę spekulacji, że Trump kłamie również w kwestii zdrowia.
Według ostatniego sondażu YouGov 68 proc. Amerykanów sądzi, że podupadł mentalnie. 73 proc. dostrzega u niego spadek sprawności fizycznej. Natomiast zdaniem 59 proc. obywateli, stracił kognitywne kwalifikacje do kierowania państwem. A przecież będzie coraz gorzej, zgodnie z nieubłaganą logiką starzenia się. Trumpowi zostało jeszcze 2 lata i 8 miesięcy w Białym Domu. Kiedy widzimy, co zdołał schrzanić przez zaledwie 1/3 kadencji, przyszłość nie jawi się różowo.
W Stanach prawo zakazuje dyskryminacji wiekowej, obyczaj zaś — czepiania się cudzej metryki. Mimo to nawet najbardziej poprawne politycznie media, czy raczej one szczególnie, pod płaszczykiem zaniepokojenia stanem zdrowia prezydenta, stawiają między wierszami tezę, że jest za stary, by rządzić. I mają rację.
Choć sam nie jestem młodzikiem, sądzę, że w pewnych zawodach powinien obowiązywać limit wiekowy. Czy ktoś chciałby udać się w daleką podróż samolotem sterowanym przez 80-letniego pilota? Albo lądować ze świadomością, że ruch nadzoruje 80-letni kontroler lotów? Powierzyć gaszenie domu 80-letnim strażakom? Przejść operację mózgu u 80-letniego neurochirurga?
Odpowiedź przecząca nie dowodzi ageizmu, tylko zdrowemu rozsądkowi. Amerykański strażnik graniczny idzie na przymusową emeryturę po skończeniu 57. roku życia, żołnierz — 60., oficer — 62. (za wyjątkiem generała, któremu w wyjątkowych sytuacjach wolno służyć o 2-6 lat dłużej), policjant — 62, sanitariusz — tak samo. Wspomniany kontroler lotów musi pożegnać się z karierą, mając 56 lat, pilot komercyjnych linii lotniczych — 65. A prezydent USA ze swoimi niemal królewskimi prerogatywami niesie wszak na barkach nieporównanie większą odpowiedzialność.
Teoretycznie od analizy danych i szukania rozwiązań ma tabuny ekspertów. Tyle że np. Trump ignoruje jajogłowych, kieruje się własnym widzimisię niepodpartym rzetelną wiedzą o świecie. Vide: cła, demontaż administracji federalnej szkodzący interesom kraju, rozwalanie sojuszy oraz instytucji międzynarodowych, atak na Iran.
Przy czym u niego nie decyduje starczy upór, lecz stan umysłu, który Amerykanie definiują potocznie jako szaleństwo: powielanie tego samego schematu działania i oczekiwanie odmiennych rezultatów. Może czas zmodyfikować konstytucyjne bezpieczniki zainstalowane w czasach, kiedy ludzie po prostu tyle nie żyli. Bo na odejście stetryczałych polityków z własnej inicjatywy — nie ma co liczyć.




