Grała słodkie idiotki z kawałów o blondynkach, w rzeczywistości była inteligentna, ambitna, utalentowana aktorsko. Marilyn Monroe urodziła się 100 lat temu, 1 czerwca 1926 r., Zrobiła wielką karierę, która skończyła się wielką tragedią.
By zrobić karierę, Marilyn Monroe wcieliła się w stereotyp głupiutkiej zabawki dla facetów tak spektakularnie. Zaszczepiła go publiczności tak skutecznie, że nigdy nie zdołała zrealizować planów artystycznych wyższego lotu.
Chorobliwie nieśmiała, dziedzicznie obciążona zaburzeniami psychicznymi, tłumiła dolegliwości cielesne i rozterki nadwrażliwości używkami czyniącymi w jej głowie coraz większe spustoszenie. Marząc o wielkiej miłości, sypiała z dziesiątkami facetów, którzy stopniowo windowali ją na szczyt gwiazdorskiej hierarchii. A ze szczytu — jak wiadomo — wiedzie tylko jedna droga. I zazwyczaj artyści, którzy go zdobyli, nie wracają między zwykłych śmiertelników godnie, łagodnymi trawersami, lecz spadają na łeb na szyję w przepaść.
Obiekt westchnień milionów
Jedna z najsłynniejszych fotografii XX w. przedstawia Marilyn Monroe w sukience uniesionej podmuchem nowojorskiego metra przy rogu Lexington i 52. Wschodniej. Sukienka jest biała, sugeruje anielską niewinność, czystość i słodycz. Majtki tej samej barwy mamią diabelską pokusą. Przeciwstawne pierwiastki aktorka łączyła w perfekcyjną jednię, osiągając status ponadczasowego symbolu seksu, jakkolwiek zupełnie inaczej deszyfrowanego oraz interpretowanego przez kolejne generacje egzegetów.
Sesję zdjęciową zorganizowali 15 września 1954 r. marketingowcy 20th Century Fox, by rozreklamować komedię „Słomiany wdowiec”. O czasie i miejscu kręcenia sceny informowały ogłoszenia prasowe. Choć był środek nocy, zjawiło się ok. 1500 gapiów, samych mężczyzn, i ponad stu fotoreporterów. Reżyser Billy Wilder wykonał 13 dubli. Za każdym razem, gdy sukienkę podwiewało, tłum ryczał z uciechy. Zwłaszcza panowie, którzy dopchali się do pierwszych rzędów.
Choć aktorka włożyła dwie pary majtek, nadal prześwitywały ciemne włosy łonowe. Młodszym czytelnikom wyjaśnijmy, że wszystkie celebrytki nosiły wówczas włosy łonowe. Mało tego, uznawano je za ponętne, a jeśli przypadkiem trafiły do kadru, zostawały wyretuszowane bynajmniej nie z przyczyn estetycznych, lecz obyczajowych.
Marilyn Monroe, rok 1946, Los Angeles, California
Foto: Getty Images
Krępujący filmowców do końca lat 60. tzw. kodeks Haysa zakazywał także przeklinania, ośmieszania religii i duchownych, pokazywania związków pozamałżeńskich, par dwurasowych, o gejowskich nie wspominając, krwi, naturalistycznych zabójstw bądź tortur, nieumiarkowanego picia alkoholu. Dopuszczał całowanie przy ustach szczelnie zamkniętych — namiętność odzwierciedlała siła nacisku wyrażona liczbą fałd na podbródku amanta. Zazwyczaj nieco zwiotczałym, gdyż dziewczynę — nagrodę za heroiczne dokonania — zdobywał w myśl konwencji mężczyzna dojrzały, zdolny utrzymać rodzinę, a nie beztroski młodzik.
Takim mężczyzną jest bohater „Słomianego wdowca” Richard (Tom Ewell), zauroczony prześliczną sąsiadką. W stanowiącej kanwę scenariusza sztuce teatralnej zdradza żonę, na ekranie „kodeksowe” restrykcje uniemożliwiły mu skonsumowanie znajomości. Dlatego Wilder narzekał, że „film opowiada o d…e Maryni”. Natomiast autor sztuki i scenarzysta George Axelrod podkreślał, że cały trzeci akt został osnuty wokół wyrzutów sumienia Richarda, więc wskutek cięć całość traci sens. Przy czym bez cenzorskich nożyc film bynajmniej nie stałby się arcydziełem. I nie o to chodziło. Miał uczynić z Marilyn obiekt westchnień milionów. Zadanie spełnił.
Norma Jeane Dougherty pięła się po szczeblach kariery od roku 1944, kiedy pracując przy taśmie fabryki amunicji, wpadła w oko Davidowi Conoverowi, robiącemu propagandowe zdjęcia dla Sił Powietrznych USA. Żadna jej fotografia nie trafiła do druku, ale fotograf przekonał 23-latkę, że ma szanse osiągnąć sukces jako modelka. Chwyciła się owej szansy wbrew woli męża Jamesa Dougherty’ego — robotnika Lockheed Aircraft, który wstąpił do floty handlowej przekształconej w korpus zaopatrzeniowy marynarki wojennej. Poślubiła go zaraz po skończeniu 16 lat, by nie trafić z rodziny zastępczej do domu dziecka. Przybrani rodzice musieli opuścić Kalifornię, a przepisy uniemożliwiały im zabranie podopiecznej. Rodzona matka Normy od 1934 r. przebywała w zamkniętym ośrodku psychiatrycznym, cierpiała na schizofrenię paranoidalną.
„Nie byłam z Jamesem ani szczęśliwa, ani nieszczęśliwa — wspominała gwiazda dekadę później. — Prawie w ogóle nie rozmawialiśmy. Nie chodziło o konflikty, po prostu nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia. Umierałam z nudów”. Rozwiedli się jesienią 1946 r., Norma dostała angaż w agencji modelek. Pozowała do zdjęć o podtekście erotycznym, reklam zamieszczanych w magazynach dla mężczyzn. Wyprostowała kręcone, kasztanowe włosy i ufarbowała na platynowy blond — znak rozpoznawczy przez resztę kariery. Wkrótce standardowy, niskopłatny kontrakt dla początkujących zaproponowało jej 20th Century Fox. Jeden z szefów firmy Ben Lyon wymyślił gładko schodzący z języka pseudonim artystyczny Marilyn (od gwiazdy Broadwayu Marilyn Miller) Monroe (panieńskie nazwisko matki).
Wejście na wyjściu
Grała epizody. Na koszt wytwórni uczyła się fachu w Actors’ Laboratory Theatre, ostatecznie uznanym przez władze za organizację komunistyczną i zniszczonym finansowo. A także nowojorskim Group Theatre, gdzie zetknęła się z metodą Stanisławskiego. Rosyjski reżyser wymagał budowania psychologicznego autentyzmu na bazie własnych wspomnień i doświadczeń, poddania się instynktom, czerpania z podświadomości oraz grania całym sobą od małego palca u nogi po czubek głowy.
Jego uczeń Michaił Czechow (bratanek Antoniego) upowszechnił system po drugiej stronie Atlantyku, a pałeczkę przejął legendarny Lee Strasberg. Najpierw współtworzył rzeczony Group Theatre, następnie kierował najsłynniejszą zawodówką świata — nowojorskim Actors Studio, gdzie wykształcił m.in.: Marlona Brando, Paula Newmana, Ala Pacino, Jane Fondę, Jamesa Deana, Dustina Hoffmana, Roberta De Niro, Jill Clayburgh, Gene’a Wildera, Steve’a McQueena, Dennisa Hoppera, Meryl Streep.
Marilyn była zachwycona, pilnie uczęszczała na kursy, ćwiczyła po godzinach, ale ówcześni pedagodzy orzekli, że jest zbyt nieśmiała, zamknięta w sobie, wstydliwa, by zabłysnąć na ekranie. Choć kontrakt upłynął, dalej studiowała, pozowała, wykonywała pomocnicze zadania na planie filmowym, grywała w teatrze. Zaczęła sypiać z redaktorem kolumny plotkarskiej „New York Post” i felietonistą „Photoplay” Sidneyem Skolskym, który prowadzał ją na imprezy dla wpływowych dżentelmenów. Dzięki temu poszła do łóżka z prezesem 20th Century Fox Josephem Schneckiem, a 72-latek zakochał się i nakłonił do wzięcia pięknej dwudziestoletniej pod skrzydła swojego kumpla Harry’ego Cohna, szefującego Columbia Pictures.
Dostała tam pierwszą główną rolę (musicalowe romansidło „Ladies of the Chorus”) i rozkochała w sobie instruktorkę (acting coach) Natashę Lytess, która — cierpiąc męki zazdrości, okazyjnie nagradzana zbliżeniem — wiernie służyła gwieździe radą i pomocą do roku 1956, gdy otrzymała telegram z chłodnym podziękowaniem za współpracę. Tymczasem pod koniec 1948 r. przedawniła się umowa z Columbią. Marilyn znów pozowała do rozbieranych fotek, coraz śmielszych, ukazujących jej imponujące kształty bez żadnych osłonek. Nawiązała romans z Johnnym Hyde’em — 53-letnim wiceprezesem William Morris — najważniejszej w Hollywood agencji reprezentującej aktorów. Nadszedł upragniony przełom.
Wystąpiła — jako bohaterka drugiego planu wprawdzie — ale za to w dwóch świetnych filmach: „Wszystko o Ewie” (sześć Oscarów) Josepha Mankiewicza i „Asfaltowej dżungli” Johna Hustona. Ten drugi nie był zadowolony ze zdjęć próbnych, lecz zmienił zdanie, gdy zobaczył, jak Marilyn mimo porażki opuszcza studio lekkim krokiem, kokieteryjnie kręcąc biodrami. „To jedna z niewielu aktorek, które potrafią zrobić wejście na wyjściu” — powtarzał później. Hyde wynegocjował zaś dla kochanki siedmioletni kontrakt z 20th Century, po czym zmarł na zawał. Żałobę koiła w ramionach Elii Kazana, Nicholasa Raya (reżyser „Buntownika bez powodu”), Yula Brynnera, Petera Lawforda, Marlona Brando, Franka Sinatry. I drugiego męża Joe DiMaggio — najsłynniejszego bejsbolisty ubiegłego stulecia, dla Amerykanów ważniejszego niż Pelé, Maradona, Messi, Ronaldo, Zidane, Cruyff i Platini razem wzięci.
Krytycy docenili role dramatyczne Monroe w „Clash by Night” Fritza Langa z Barbarą Stanwyck i dreszczowcu „Proszę nie pukać” Roya Bakera, który uznał, że świetnie zagra chorą psychicznie, niedoszłą samobójczynię. Brała lekcje u Czechowa i choreografki Lotte Goslar. Szefowie wytwórni woleli jednak tłuc kasę na jej seksapilu tudzież wygłupach, bo w słodkie idiotki wcielała się z sarkastycznym dystansem, na zasadzie: „ci taką pan mnie chcie, plosię pana?”. Ekshibicjonistyczny popis w „Słomianym wdowcu” wyniósł ją do panteonu, jednak przelał czarę goryczy DiMaggio. Marilyn stanowiła najcenniejsze trofeum herosa boisk, ale tak ogólnie to on chciał żony po włosku — chodzącej do kościoła, gotującej makarony i rodzącej dzieci. Wybuchła awantura połączona z rękoczynami, tydzień później gwiazda wystąpiła o rozwód.
Po karkach facetów
Monroe w podwianej sukience była — jak to ujął jej trzeci mąż, dramaturg Arthur Miller — „gwiazdą w każdym calu, wolną i niezależną, czerpiącą radość z sukcesu”. Pozowała, by przyciągnąć spojrzenia facetów, lecz to ona miała w tym układzie władzę. Nawet profesjonalista Wilder stracił panowanie nad sobą, przesunął kamerę, zrobił kilka zbliżeń magnetyzującego łona. „A niech sobie poogląda z kolegami i ma radochę” — kpiła aktorka. W domyśle: tyle mu wolno, o reszcie decyduję ja — sex appeal to nasza broń kobieca. Taką właśnie interpretację stosunków M.M. z płcią brzydką lansowała później Madonna w teledysku „Material Girl”.
Panuje opinia, że Marilyn była słabą istotką, naiwnym dziewczęciem, które grywała w filmach, nade wszystko łaknącym silnego, męskiego ramienia. Ewentualnie ofiarą systemu zdominowanego przez mężczyzn i całkowicie od nich zależną. Fakty mówią co innego. Największą gwiazdą w dziejach kina została córka chorej psychicznie pracownicy laboratorium filmowego, spłodzona przez szefa mamy na zapleczu, niemająca praktycznie żadnego wykształcenia, nad czym bolała i skwapliwie uzupełniała luki do końca życia. Wspięła się na szczyt dzięki uporowi, konsekwencji, inteligencji, po schylonych karkach facetów.
Przy czym Madonna kręciła klip, a nie dramat psychologiczny, więc uprościła sprawę. Jej idolka nie wykorzystywała seksu w celu zgromadzenia funduszu emerytalnego, lecz po to, żeby grać. Aktorstwo kręciło Marilyn od dziecka. „Świat był strasznie ponury — wspominała w ostatnim, opublikowanym pośmiertnie przez magazyn „Life” wywiadzie. — Niektórzy uciekali w fantazje, a nawet jak któremuś dziecku nie dostawało wyobraźni, mogłam powiedzieć: chodź, poudajemy, że jesteśmy kimś innym. Zobacz, to będzie dom, to będzie koń… (…) Rodzice zastępczy dawali mi na kino, żebym nie siedziała im nad głową, spędzałam tam całe dnie, w pierwszym rzędzie, film za filmem do późnej nocy”.
Wiele dzieci marzy o „wskoczeniu” do filmu (vide: Księga IX „Tytusa, Romka i A’Tomka”), nieliczne mają odwagę spróbować, a znikomej części udaje się zrealizować marzenia, nawet jeśli mają talent aktorski. Marilyn walczyła z dysleksją, jąkaniem, zaburzeniami lękowymi, niską samooceną, bezsennością przeplataną koszmarami. Choroba dwubiegunowa ograniczała jej kontakt z rzeczywistością, endometrioza powodowała chroniczny ból i co najmniej trzykrotnie stała się przyczyną poronienia. Wbrew oszczerstwom aktorka nie „stosowała aborcji jako środka antykoncepcyjnego”. Zdaniem historyków, którzy wzięli pod mikroskop najdrobniejsze szczegóły jej biografii, ani razu nie przerwała ciąży.
Nie uzależniła się od nielegalnych narkotyków zażywanych dla frajdy, tylko od leków, które przepisywali na autentyczne dolegliwości lekarze. Alkohol też jest używką legalną, choć niektórzy pić nie powinni, niestety pojmują to zbyt późno. Mimo kłód rzucanych pod nogi przez los i własny organizm Marilyn parła naprzód. Marketingowcy podziwiali jej umiejętność kreowania pozytywnego rozgłosu. Styliści — znajomość ich kunsztu. Fotografowie twierdzili, że jest najwspanialszą modelką epoki. W 1955 r. rozpoczęła naukę u Lee i Pauli Strasbergów. Czołowy autorytet scenicznego rzemiosła wielokrotnie deklarował, że — nie licząc Marlona Brando — miała największy talent, z jakim się zetknął.
Ikona kultury obrazkowej
Na pierwszy rzut oka M.M. uosabiała ideał amerykańskiej kobiecości lat 50. Duży biust, wąska talia, krągłe biodra. Obdarzona ciepłym, omdlewającym głosem, uległa, niewinna i rozwiązła, duże dziecko. Mgląca wzrok żądza utrudniała panom dostrzeżenie, że aktorka kpi sobie z ich fantazji, parodiuje oczekiwania, przesadnie eksponując piersi, zanadto odymając usta, błazeńsko wręcz kręcąc biodrami. Owszem, błazeńsko. Brała lekcje u mimów i przejaskrawiając, a zarazem humanizując stereotyp, wykreowała ponadczasową ikonę, wciąż żywą w kulturze obrazkowej. Nie tyle filmową postać typu Brudny Harry, Ellen Ripley, Indiana Jones, ile właśnie ikonę głupiej blondynki na miarę małego trampa Charliego Chaplina, błyskotliwego klauna Groucho Marxa, człowieka z kamienną twarzą Bustera Keatona.
Bliżej jej było do beatnikowskich poetów i zbuntowanych rockandrollowców, którzy kładli podwaliny pod rebelię lat 60., niż hollywoodzkiego establishmentu oraz systemu gwiazdorskiego wypracowanego przez wielkie wytwórnie na potrzeby marketingu. Była feministką trzeciej fali, nim ruszyła druga. Współczesne Marilyn bojowniczki nie lubiły jej, widząc jedynie kociaka zaspokajającego męską chuć. Dopiero ich wnuczki orzekły, że seks bywa instrumentem zniewolenia, ale może stanowić klucz do wyzwolenia z patriarchalnych okowów.
Ktoś powie, że Elizabeth Taylor, Audrey Hepburn, Natalie Wood potrafiły lepiej grać, ale raz — Marilyn nie zdążyła rozwinąć skrzydeł, zatem nie wiemy tego na pewno, dwa — stanowiły korporacyjny produkt jak dzisiejsze gwiazdy popu. Czy Taylor przyszłoby do głowy założyć własną wytwórnię i wypowiedzieć wojnę najpotężniejszym bonzom branży? Ujawnić, że była seksualnie molestowana w dzieciństwie? O takich rzeczach nie wypadało mówić publicznie. Zdrowa większość społeczeństwa żyła w błogim przeświadczeniu, że gwałty na nieletnich stanowią domenę garstki dewiantów — porządnych rodzin nie dotyczą. Dyskutując z korespondentem „Guardiana” W.J. Weatherbym o Erneście Hemingwayu, M.M. mówiła: „Prawdziwi twardziele są żałośni. Trudno ich uznać za odważnych, boją się dobroci, łagodności, piękna. Ciągle muszą zabijać, by dowieść własnej wartości”.
23 kwietnia 1962 r. zaczęła zdjęcia do komedii „Something’s Got to Give”, wkrótce złapała zapalenie zatok i oskrzeli. Spóźniała się na plan, łamała terminy, jednak 18 maja pojechała do Nowego Jorku, by zaśpiewać „Happy Birthday” prezydentowi Johnowi F. Kennedy’emu. Pulsujące erotyzmem wykonanie stanowiło bardziej autoironiczny żart niż wyznanie miłości, jednak Ameryka zaczęła huczeć od plotek, że przywódcę wolnego świata i seksbombę łączy potajemny związek. Prawdopodobnie poszli do łóżka miesiąc wcześniej na imprezie u Binga Crosby’ego. Mogli też spędzić razem kilka innych nocy, jednak przyjaciele Monroe twierdzili, że nie była zakochana, uważała seks z prezydentem za fajną przygodę. A potem wzięła się za jego brata Roberta.
Odeszła 4 sierpnia po telefonicznej rozmowie ze szwagrem obu Kennedych, Peterem Lawfordem. Zeznał, że „brzmiała jak ostro naćpana, odpływała”. Zakończyła słowami: „Pożegnaj ode mnie Pat (żona Lawforda), prezydenta, pożegnaj siebie, bo jesteś miłym facetem”. Próbował dodzwonić się ponownie, bez skutku. Kazał kręcić agentowi, ten zaalarmował kolejnych znajomych. O 3.30 w nocy przyjechał psychoanalityk gwiazdy Ralph Greenson. Wezwał lekarza Hymana Engelberga, który zawiadomił policję o zgonie. Według patologa Marilyn popełniła samobójstwo, biorąc wodzian chloralu i pentobarbital w dawkach wielokrotnie przekraczających zabójcze. Zmarła aktorka, narodziła się legenda.




