Z całego serca przepraszam, że w ostatnich dniach nie odbierałam telefonu, nie czytałam e-maili, nawet jak kogoś spotykałam na ulicy, to szybko kończyłam rozmowę. Ja się po prostu na zabój zaczytałam, wybaczcie. Czasem się człowiekowi jeszcze coś takiego na szczęście zdarza i wtedy lepiej go nie zaczepiać.
Jak mam coś dobrego, to się oczywiście od razu dzielę: jeśli chcecie też na chwilę pozwolić się wyjąć z nurtu rzeczywistości, bez zbędnej zwłoki sięgnijcie po najnowszą książkę Petera Pomerantseva „Propagandysta, który przechytrzył Hitlera” (wyd. Krytyka Polityczna, tłum. Aleksandra Paszkowska). Za ten historyczny reportaż autor został właśnie uhonorowany Nagrodą Kapuścińskiego, a jego podtytuł brzmi „Jak wygrać wojnę informacyjną”. Jest to bez wątpienia jedno z tych pytań, które sobie w ostatnim czasie zadajemy najczęściej. Wojna w infosferze jest tym, co na co dzień obserwujemy i co nas coraz częściej doprowadza do zwątpienia we własny rozum i zdolność trzeźwego postrzegania rzeczywistości. Prawd jest wiele, półprawd jeszcze więcej, a każda z nich leży tam, gdzie leży. Można się w tym pogubić i o to zresztą propagandystom właśnie chodzi.
Tytułowym bohaterem książki Pomerantseva jest niejaki Sefton Delmer, urodzony w Berlinie w 1904 r. syn brytyjskich rodziców. Nigdy dość niemiecki dla Niemców ani dość brytyjski dla Brytyjczyków, człowiek o wyjątkowej wrażliwości na to, co zwłaszcza w ostatnim czasie stało się wręcz obsesją wszystkich polityków i ich doradców: na zwykłych ludzi. Bo chociaż Delmer posługiwał się w swojej pracy narzędziami, co do etyczności których można byłoby długo toczyć akademickie dyskusje, to potrafił docierać z przekazem dokładnie tam, gdzie planował.





