Najpierw słychać gwizd parowozu. Potem muzykę. Gdy Blues Express mknie przez Wielkopolskę, zwykła podróż pociągiem zamienia się w kilkugodzinne święto bluesa. I tak nieprzerwanie od 34 lat. Tegoroczna edycja festiwalu odbędzie się 3 i 4 lipca.
Co roku z Poznania wyrusza specjalny bluesowy pociąg, który przemierza trasę do Zakrzewa, zatrzymując się po drodze na kolejnych stacjach. Organizatorzy Blues Expressu lubią mówić o „150 km bluesa na torach” i trudno o trafniejsze określenie. W rozśpiewanych wagonach rozbrzmiewają gitary i harmonijki, na stacjach czekają kolejne występy, a do pociągu dosiadają następni uczestnicy. Dla wielu stałych bywalców to nie festiwal w tradycyjnym rozumieniu, lecz coroczny rytuał rozpoczynający wakacje.
Z determinacji i pasji
Historia wydarzenia sięga początku lat 90. Najpierw był lokalny koncert „Blues nocą”, zorganizowany w Zakrzewie w 1992 r. Rok później Henryk Szopiński, współtwórca i wieloletni organizator festiwalu, postanowił stworzyć coś większego. Inspirację podsunęła kolej — trasa prowadząca przez Zakrzewo była kiedyś ważnym szlakiem. Kursowały nią pociągi dalekobieżne, w tym ekspresy. To od nich wzięła się nazwa.
Na początku nie wszyscy byli tym pomysłem zachwyceni. Część mieszkańców obawiała się, że Blues Express zamieni Zakrzewo w drugi Jarocin. Niektórzy na wszelki wypadek zamykali furtki i bramy. Rzeczywistość okazała się jednak znacznie spokojniejsza. Festiwal z roku na rok przyciągał coraz więcej uczestników i na stałe wpisał się w krajobraz Wielkopolski.
Nie oznacza to, że nie brakowało trudnych momentów. Jedna z edycji otrzymała nawet plakat w formie klepsydry. Miał symbolizować koniec imprezy, która od lat zmagała się z brakiem pieniędzy i sponsorów. Przez długi czas Blues Express jeździł przede wszystkim dzięki determinacji organizatorów i pasjonatów bluesa.
Na scenach Blues Expressu wystąpiły największe postacie polskiego bluesa, z Tadeuszem Nalepą na czele, a festiwal szybko zyskał także międzynarodowy charakter. Nie obyło się bez przygód. Bywały awarie parowozu, ulewy, a nawet pożar trawy wywołany iskrami z lokomotywy. W gaszeniu pomagali wówczas również pasażerowie pociągu.
W zakrzewskim rytmie
Jedna z najbardziej charakterystycznych tradycji narodziła się już podczas pierwszego przejazdu w 1993 r. W wagonie muzycznym grali wówczas m.in. Leszek Cichoński i Sławek Wierzcholski. Ten ostatni, wykonując bluesowy standard „Sweet Home Chicago”, zastąpił nazwę amerykańskiego miasta Zakrzewem. Tak powstał nieformalny hymn festiwalu, śpiewany przez uczestników do dziś.
Tegoroczna edycja rozpocznie się 3 lipca koncertami nad jeziorem Płotki koło Piły. Dzień później bluesowy pociąg tradycyjnie wyruszy z Poznania do Zakrzewa, zatrzymując się po drodze m.in. w Obornikach Wielkopolskich, Rogoźnie, Chodzieży, Pile, Krajence i Złotowie. Finał nad Jeziorem Proboszczowskim uświetnią artyści z Polski, Wielkiej Brytanii, Szwecji i Niemiec, wśród nich Boogie Boys, Krissy Matthews i Blue Benders.
Dla wielu uczestników najważniejsza pozostaje jednak sama podróż. To pociąg, który od 34 lat jedzie własnym rytmem.





