W internecie bez trudu można kupić kilkanaście odmian botoksu z nieznanych źródeł. Są porady, jak trzymać igłę i jak głęboko ją wbić. Coraz więcej osób samodzielnie wykonuje zabiegi medycyny estetycznej. Często kończy się to dramatycznie.
Pracuję od ponad 30 lat, ale nigdy nie spotkałem się z taką skalą krzywdy, którą ktoś wyrządził sobie w imię dążenia do piękna — mówi lekarz medycyny estetycznej i wykładowca laseroterapii dr Marek Wasiluk. — Elva, transpłciowa kobieta, przez cztery lata sama wstrzykiwała sobie w twarz rozmaite substancje: od certyfikowanego preparatu do lipolizy iniekcyjnej, przez silikon przemysłowy i akryl, po kupowany w aptece olej parafinowy na zaparcia. Wszystko po to, żeby — tanim kosztem — upodobnić się do atrakcyjnej, młodej kobiety.
Oglądam zdjęcia 26-letniej Elvy. Sine, nabrzmiałe usta, brunatne, białe i czerwone blizny na twarzy, opuchnięte powieki zasłaniające oczy. Efekt obsesyjnego wyszczuplania twarzy i niekontrolowanego wstrzykiwania w nią wypełniaczy. Gdyby nie pogłębiające się problemy ze wzrokiem, pewnie nie zgłosiłaby się po pomoc. Podczas rozmowy z dr. Wasilukiem przyznała jednak, że nie zmieniłaby trójkątnego kształtu twarzy, ale twarde jak kawałek drewna usta wciąż wydają jej się za mało ponętne.
— Usiłowała skrócić odcinek między nosem a górną wargą. Czyli samodzielnie wykonać chirurgiczny zabieg tzw. lip lift — mówi dr Wasiluk. — Obejrzała filmik instruktażowy na YouTubie, kupiła skalpel i nici chirurgiczne. Siedząc przed lusterkiem, prawdopodobnie bez znieczulenia, zaczęła wycinać kawałek skóry pod nosem. Ciężko jej się cięło, więc w pewnym momencie przeszła ze skalpela na żyletkę. Wykroiła kilka milimetrów skóry, ale nie udało jej się zaszyć rany. Pozostała blizna. Jedna z wielu, które powodują, że jej skóra na twarzy przypomina maskę i jest twarda jak plastik.
Domowe sposoby na upiększanie się, mogą skończyć się tragicznie
Foto: TikTok
Doktor Wasiluk przyznaje, że nie będzie w stanie pomóc Elvie bez wsparcia psychiatry. Dopiero kiedy jej obraz siebie się zmieni, będzie można rozpocząć — poprzedzone rezonansem magnetycznym — usuwanie niebezpiecznych substancji i rekonstrukcję twarzy. Praca na lata, żmudne wydłubywanie z ciała resztek wypełniaczy i laserowe usuwanie blizn. — Historia Elvy to ekstremum, ale też dowód na to, że coraz więcej osób decyduje się na samodzielne wykonywanie zabiegów medycyny estetycznej — mówi dr Wasiluk. — Nie ma badań, ale z moich obserwacji wynika, że chałupniczo można sobie dziś wstrzyknąć wszystko: od toksyny botulinowej, przez kwas hialuronowy, po stymulator tkankowy hydroksyapatyt wapnia. Problemem jest to, że ludzie nie wiedzą, czego nie wiedzą. Kolorowe opakowanie i chwytliwa nazwa o niczym nie świadczą. Kupowanie czegoś bez certyfikatu UE tylko dlatego, że ma w składzie jad kiełbasiany, to jak kupowanie kota w worku. Oprócz botoksu może tam być cała tablica Mendelejewa. Wstrzyknięcie jej w tkanki to ryzyko powikłań: od martwicy skóry, nawet po utratę wzroku.
Wydawałoby się, że upiększaniem na własną rękę zajmują się raczej biedniejsi. Z obserwacji dr. Wasiluka wynika, że niekoniecznie. Kilka lat temu z powikłaniem — zniekształconą i opuchniętą twarzą — po własnoręcznym wstrzyknięciu botoksu zgłosiła się do niego stała pacjentka. Inteligentna kobieta z klasy średniej. Tłumaczyła, że po latach przyjmowania botoksu była przekonana, że zabieg jest na tyle prosty, że może go zrobić w domu.
Twarz na wypasie
Wchodzę na grupę dla zwolenników samodzielnych iniekcji. Ponad 200 stron porad, w jaki sposób i gdzie można sobie wstrzyknąć botoks. Wcześniej słyszę od dr. Wasiluka, że w Polsce jest legalnie zarejestrowanych dziewięć preparatów zawierających toksynę botulinową. Wszystkie mają status leków wydawanych wyłącznie na receptę. Po godzinie na grupie wyłapuję, że jej członkowie polecają kilkanaście odmian botoksu z nieznanych źródeł. Nikt nie zawraca sobie głowy sprawdzeniem, czy figurują w potwierdzającej legalność europejskiej bazie EUDAMED zarządzanej przez Komisję Europejską. Nikt też nie sprawdza, czy na opakowaniu jest oznakowanie CE, czyli oficjalne oświadczenie producenta, że botoks spełnia unijne wymogi jakości i bezpieczeństwa.
Igor zachwala nielegalny, wyprodukowany w Korei Innotox, który własnoręcznie wstrzyknął matce pod pachy — miał zapobiegać poceniu się. Joanna wrzuca link do nagranego w Moskwie filmiku z serii „zrób to sam” o samodzielnym powiększaniu pośladków z wykorzystaniem wyprodukowanego w Rosji, ale nielegalnego w Europie Relatoxu. Ktoś zachwala, ponoć idealne do tego, wyprodukowane w Azji Botulax i Meditoxin. „Koleżanka wstrzyknęła mi ampułkę w mięsień pod pupą — pisze Jadzia. — Dzięki temu mięśnie w górnym obszarze pupy poszły do góry! Czuję się jak Kim Kardashian!”.
Oddzielną sekcją są porady, jak trzymać igłę i jak głęboko ją wbić, aby skutecznie podać botoks. Jerzy radzi: w brodę wejdź nawet na 7 mm, igłę wbij prostopadle. Monika przekonuje: w okolicy kurzych łapek, nad lwią zmarszczką i na czoło trzyma się igłę na płasko. Najlepiej zmarszcz twarz, żeby wiedzieć, gdzie się wbić. Justysia, jedna z aktywniejszych uczestniczek grupy, zachwala tanią sól fizjologiczną z Chin i strzykawki tzw. insulinówki, do kupienia w każdej aptece. Idealne do odmierzania małych ilości botoksu. „Na czoło robię pięć wkłuć po 0,05 mm — pisze. — Na kurze łapki daję 24 jednostki na obie strony twarzy. Na lwią zmarszczkę pięć wkłuć”. „Zrobiłem według twoich wskazówek i po podaniu mam podniesione powieki, efekt slimface i trochę Nefretete — chwali Maciek. — Legalny botoks Azzalure w aptece kosztuje 800 zł za opakowanie. Ja kupiłem na OLX przeceniony, czyli o połowę taniej. Całą twarz mam na wypasie za 300 zł. Idąc do lekarza albo kosmetologa, zapłaciłbym tyle za jedną okolicę”.
Wrzucam na grupę pytanie, gdzie można kupić botoks. Błyskawicznie dostaję namiary nie tylko do kilku handlarek aktywnych na FB, ale też do Elsy Li. Koreanki, która od kilku lat mieszka w Chinach i sprzedaje produkty medycyny estetycznej w hurcie i detalu. „Jest przemiła, możesz do niej pisać po polsku. Kupuj od razu na rok, bo transport jest drogi i szkoda marnować kasy na jeden produkt” — czytam na grupie. Elsa Li błyskawicznie odpisuje na wiadomość i wysyła listę produktów. Kilka odmian botoksu niewiadomego pochodzenia, wypełniacze z Korei, produkty do lipolizy iniekcyjnej, produkowane w Chinach zastrzyki z kwasem hialuronowym do powiększania penisa i piersi. Wśród produktów z toksyną botulinową tylko Allergan Botox jest dopuszczony do sprzedaży w Polsce. W aptece kosztuje nawet 650 zł za 100 jednostek. Elsa Li sprzeda go za 35 dol., czyli niespełna 128 zł. Legalny zabieg z wykorzystaniem takiej ilości botoksu kosztuje powyżej 2 tys. zł. Drugie tyle w renomowanych salonach medycyny estetycznej kosztuje wypełnienie ust. U Elsy Li kupię strzykawkę z niezbędnym do tego kwasem za 12 dol., czyli 44 zł.
Pytam, czy ponad tydzień w podróży, wysokie temperatury, drgania i ryzyko zgniecenia są bezpieczne dla produktów, które potem wstrzyknę sobie w ciało. Elsa Li zapewnia, że nie powinnam się martwić. Skoro ktoś kupił, skorzystał i polecił, ja też będę zadowolona.
Kwas dostępny na dwa kliknięcia
— Nie trzeba szukać dostawcy z Korei, aby z łatwością kupić produkty przeznaczone do zabiegów z naruszeniem ciągłości skóry, wymagające znajomości anatomii, rozpoznawania i leczenia powikłań. Wystarczy kilka kliknięć na stronach niektórych hurtowni dla profesjonalistów — mówi Mariola Sater-Kołaczuch, kosmetolog i prezeska Fundacji Lex Beauty. Wchodzę na podaną przez nią stronę jednej z hurtowni. Aby kupić opakowanie kwasu hialuronowego używanego do powiększania ust, wystarczy postawić X przy oświadczeniu: „Jestem osobą wykonującą zawód związany z medycyną estetyczną”. Prowadzący hurtownię nie tylko nie sprawdza, czy to prawda, ale też zachęca do zakupienia internetowego kursu, jak przeciętny Kowalski może wymodelować kwasem usta, policzki i nos.
Mariola Sater-Kołaczuch, kosmetolog i prezeska Fundacji Lex Beauty
Foto: Archiwum prywatne
Nie zawsze trzeba płacić — procedury zabiegowe i webinary można dostać w zamian za komentarz pod postem hurtowni na Facebooku. — Swoje pięć groszy dorzucają media społecznościowe, które od lat promują zabiegi estetyczne jako szybkie i łatwe do wykonania — mówi Mariola Sater-Kołaczuch. Od dwóch lat na facebookowej stronie Dermascan Lorin obala mity marketingowe branży beauty, ostrzega przed samodzielnym upiększaniem i punktuje hurtownie czy gabinety, które otwierają drogę do takich szkodliwych praktyk.
Ostatnio nawet kilkanaście osób tygodniowo pisze do niej z prośbą o pomoc. To głównie kobiety, które mierzą się z powikłaniami po samodzielnym wstrzyknięciu w ciało botoksu czy kwasu hialuronowego. — Najczęściej zgłaszane problemy dotyczą asymetrii, bolesnych obrzęków, stanów zapalnych, zakażeń, grudek i deformacji tkanek — mówi Sater-Kołaczuch. Często dostaje zdjęcia z prośbą o poradę, jak można sobie pomoc. Najczęściej to fotografie ust. Zniekształconych po wstrzyknięciu w śluzówkę preparatu znieczulającego, ropiejące po wykonaniu iniekcji zanieczyszczoną strzykawką, z zaburzeniem ukrwienia tkanek, które wymagają pilnej konsultacji lekarskiej. — Coraz częściej dostaję też prośby o namiar na sprawdzonego lekarza, który mógłby pomóc w rozległych poparzeniach skóry — mówi Mariola Sater-Kołaczuch. — Powód? Osoby, które o to proszą, wykonały na sobie profesjonalne i bardzo silne peelingi chemiczne.
Sater-Kołaczuch przyznaje jednak, że nie wszystkie ofiary chałupniczych zabiegów medycyny estetycznej szukają fachowej pomocy. Najczęściej nie mają pieniędzy na leczenie i wstydzą się, że zrobiły sobie krzywdę. Dołączają do grup internetowych dla ofiar nieudanych zabiegów medycyny estetycznej. Publikują zdjęcia swoich ropni, zmian martwiczych, ran i proszą anonimowych użytkowników o wskazówki. Często postępują według ich rad, np. starając się rozmasować niesymetryczne, pełne grudek usta albo smarując rany żelem zamawianym na Amazonie. Starają się też same leczyć, kupując — również dostępne w hurtowniach — produkty np. do hialuronidazy, czyli rozpuszczenia kwasu hialuronowego wstrzykniętego w usta.
— Niestety nie wszystkie preparaty stosowane w medycynie estetycznej można, w razie powikłań, łatwo usunąć — tłumaczy Mariola Sater-Kołaczuch. — Dla preparatów biostymulujących, takich jak kwas polimlekowy czy hydroksyapatyt wapnia, nie istnieje odpowiednik hialuronidazy. Hydroksyapatyt wapnia jest substancją naturalnie występującą w organizmie człowieka, stanowi podstawowy składnik mineralny kości i zębów. W preparatach stosowanych w medycynie estetycznej jest jednak podawany do tkanek miękkich. Do dramatów dochodzi, kiedy pojawiają się guzki, zwłóknienia, przewlekłe stany zapalne. Tego preparatu nie da się tak po prostu rozpuścić, a leczenie może trwać latami — dodaje.
Grzywna wliczona w koszta
— Nigdy nie wiadomo, czy wstrzyknięty własnoręcznie preparat nie wejdzie kiedyś w niebezpieczną interakcję z produktem medycznym podanym w to samo miejsce w renomowanym gabinecie. Czy nie dojdzie do podrażnień, a nawet silnych alergii czy ropni — mówi dr Marek Wasiluk. — Mamy coraz więcej danych dotyczących skutków ubocznych zabiegów medycyny estetycznej i chirurgii plastycznej. Okazuje się, że niebezpieczne jest nie tylko wstrzykiwanie sobie zlepku różnych substancji sprzedawanych jako np. botoks, ale też uznane za bezpieczne powiększanie piersi. Z badań wynika, że nawet certyfikowane implanty piersi stopniowo rozstrajają organizm. Pojawiają się depresja, przewlekłe zmęczenie, bolesność i sztywność stawów. Nasz organizm nie jest z kamienia, nigdy nie przestanie reagować na to, co do niego wprowadzamy.
Czy jest sposób, by jakoś ograniczyć dostęp do specjalistycznych produktów medycyny estetycznej? Mariola Sater-Kołaczuch niewłaściwe praktyki kilku hurtowni zgłosiła do Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych. Sprawą zajmują się organy ścigania i Główny Inspektorat Farmaceutyczny. Za nielegalny handel produktami leczniczymi grożą kary — od grzywny do dwóch lat pozbawienia wolności. Doktor Wasiluk przyznaje jednak, że trudno wyłapać i ukarać drobnych handlarzy, którzy np. ściągają do Polski nielegalne w UE produkty z toksyną botulinową. W kwietniu funkcjonariusze lubelskiej służby celno-handlowej mieli nosa: na granicy w Hrebennem zatrzymali Ukrainkę, która usiłowała przemycić do Polski prawie 200 ampułek z preparatem liftingującym, toksyną botulinową i strzykawek z kwasem hialuronowym. Kilka miesięcy wcześniej podobny sukces zanotowała policja w Warszawie: funkcjonariusze dostali informację o zajmującym się sprzedażą detaliczną handlarzu nielegalnym botoksem z Ukrainy. Został zatrzymany pod paczkomatem, gdzie akurat nadawał przesyłki do kilkudziesięciu klientów. Jeśli śledztwo wykaże, że naraził czyjeś zdrowie lub życie, wymiar kary może wzrosnąć do trzech lat.
— Obawiam się, że to nie wystraszy handlarzy. Grzywnę mają wliczoną w koszta — mówi dr Marek Wasiluk. — Jest mała szansa, że pokrzywdzeni przyznają, że przez niego stracili zdrowie i zostali oszpeceni. Zrobili to przecież na własną rękę.





