W historii III RP z sejmowej mównicy niejednokrotnie padały słowa niemądre, niegodne tego miejsca, z trudem mieszczące się w granicach parlamentarnej debaty. Do tej niechlubnej listy z pewnością dopisać można to, co we wtorek w Sejmie powiedział Janusz Kowalski, który z sejmowej mównicy oświadczył, że złożył zapytanie „dotyczące ukrainizacji administracji publicznej”.
Dopytywał też minister edukacji narodowej, Barbarę Nowacką, „ilu obcokrajowców pracuje u pani w ministerstwie?”. Kowalski jest dziś posłem niezrzeszonym, na politycznej banicji próbującym przetrwać poza PiS. W podobne tony uderzają jednak znacznie bardziej wpływowe i opiniotwórcze osoby jak kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek czy gwiazda telewizji Polsat, Dorota Gawryluk. Skąd to antyukraińskie wzmożenie?
Można polemizować z Szeptyckim bez lustracji drzewa genealogicznego
Wiąże się ono z kontrowersjami wokół nazwania jednej z jednostek sił zbrojnych Ukrainy imieniem bohaterów UPA, bezpośredniego pretekstu dostarczyła jednak wypowiedź wiceministra nauki prof. Andrzeja Szeptyckiego, który w wywiadzie dla radia TOK FM powiedział, że UPA walczyła o niepodległość Ukrainy i porównał tę formację do polskich „żołnierzy niezłomnych”. To porównanie jest kontrowersyjne. Także zachowując najdalej posunięty dystans do bojowników powojennego podziemia antykomunistycznego i do ich kultu wykreowanego przez prawicę i hojnie wspieranego przez państwo w okresie 2015-23, można mieć co do niego wątpliwości. Nawet formacje najbardziej skrajnej polskiej prawicy nacjonalistycznej nie były zaangażowane w zbrodnie przeciw ludności cywilnej na taką skalę jak ukraińskie formacje na Wołyniu.
Ze stwierdzeniami Szeptyckiego można jednak polemizować, nie lustrując go pod kątem pochodzenia. Tym bardziej że historia arystokratycznej rodziny Szeptyckich to przykład bardzo skomplikowanych splotów polskiej i ukraińskiej tożsamości. Wśród przodków wiceministra są polscy ziemianie, jedna z pionierek polskiej etnografii oraz Aleksander Fredro, więc jeden z klasyków literatury narodowej.
Nazywanie — jak zrobił znów z mównicy sejmowej Przemysław Czarnek — Szeptyckiego „Ukraińcem obrażającym Polaków” jest jednak absurdalne nie tylko z punktu widzenia historii rodziny urzędnika ministerstwa. Podobnie jak wypowiedź Doroty Gawryluk „jak to jest możliwe, że człowiek o pochodzeniu ukraińskim, reprezentujący ukraińskie interesy, jest w polskim rządzie?”. Takie słowa są prostu nieakceptowalne w demokracji liberalnej, gdzie każdy obywatel, niezależnie od pochodzenia jest równy wobec prawa i ma takie same prawa publiczne, jak wszyscy inni obywatele — w tym do pełnienia stanowisk rządowych i zajmowania stanowisk na kontrowersyjne tematy.
Najgorsze historyczne wzorce
Zwłaszcza w kraju z taką historią jak Polska osoby publiczne powinny kilkakrotnie zastanowić się, zanim publicznie sięgną po podobne argumenty. W 1922 r., cztery lata po odrodzeniu państwa polskiego, jego demokratyczny porządek o mało co nie wywrócił się po tym, gdy prawica niezdolna pogodzić się z klęską jej kandydata w wyborach prezydenckich rozpętała antysemicką nagonkę przeciw prezydentowi Narutowiczowi.
Narutowicz nie miał nawet żydowskiego pochodzenia, ale prawicy wystarczyło to, że większość, jaka wybrała go w Zgromadzeniu Narodowym, składała się z przedstawicieli mniejszości narodowych, w tym żydowskich posłów. W koncepcji narodowej prawicy odrodzona Polska powinna być krajem, gdzie pełnią praw obywatelskich cieszyć się mogą tylko obywatele narodowości polskiej, a co najmniej prezydent i rząd powinni opierać się na „polskiej większości” — choć konstytucja marcowa nigdzie nie wprowadzała takiego wymogu.
Narutowicz kilka dni po wyborze zginął w Zachęcie zamordowany przez sympatyzującego z nacjonalistyczną prawicą Eligiusza Niewiadomskiego, który szybko stał się bohaterem dla części prawicowej opinii publicznej. Napięcia polityczne na tle narodowościowym, napięcia etniczne często prowadzące do aktów przemocy były stałą częścią krajobrazu II RP do samego jej końca.
Niecałe pół wieku temu po zabójstwie Narutowicza Władysław Gomułka przestrzegał w czerwcu 1967 r. obywateli PRL żydowskiego pochodzenia, że „każdy obywatel Polski powinien mieć tylko jedną ojczyznę, Polskę Ludową”, a władze nie mogą pozwolić, by w kraju „powstała piąta kolumna”. Antysemicka kampania trwała do wiosny 1968 r., jej efektem była migracja z PRL nawet do 20 tys. osób, które by wyjechać z kraju, którego władze wzięły ich na celownik, musiały zrzec się polskiego obywatelstwa. To między innymi to doświadczenie stoi za dzisiejszym konstytucyjnym zapisem, stwierdzającym, że nikt nie może zostać pozbawiony obywatelstwa.
Czy naprawdę chcemy zrazić Ukraińców do polskiego państwa?
Nie chodzi tu przy tym wyłącznie o historię. W wyniku przesunięcia granic po drugiej wojnie światowej, Zagłady i powojennej migracji polskich Żydów, Polska stała się — co było wyjątkowe w jej historii — państwem w zasadzie jednolitym etnicznie. Wiele jednak wskazuje, że w przyszłości niekoniecznie tak będzie — i wtedy znów pojawi się na istotną skalę wyzwanie tego, jak zbudować obywatelską wspólnotę, gdzie mogą się odnaleźć osoby bardzo różnego pochodzenia i tożsamości.
Już dziś żyje wśród nas wielu Ukraińców i Ukrainek. Czy w interesie państwa jest zrażanie do Polski tej mniejszości? Wysyłanie jej sygnału, że zawsze tu będą traktowani jako obcy, jeśli nie wręcz wrogi żywioł? Bo to, jak ostatnio prawica mówi o Ukrainie, nie tylko w kwestii Szeptyckiego sugeruje coś dokładnie takiego.
Niektórzy z mieszkających tu Ukraińców, ale też Białorusinów, mają dzieci urodzone w Polsce, pochodzące z ukraińskich bądź mieszanych związków, część po latach życia tutaj będzie starać się o obywatelstwo. I w naszym interesie jest, by jak najwięcej takich ludzi tu zostało. Bo mamy demografię, jaką mamy, a nie znajdziemy bliższej nam kulturowo i sprawiającej mniej problemów z integracją migracji — co nie znaczy, że w ogóle nie będzie tarć w tych obszarach — niż ta z Ukrainy czy Białorusi. Niestety, osoby z bliższych nam kulturowo krajów Europy Środkowo-Wschodniej nie przyjadą tu masowo.
W naszym interesie jest stworzenie formuły obywatelstwa umożliwiającej w przyszłości utożsamianie się z państwem osobom bardzo różnego pochodzenia — nie tylko polskiego. Wypowiedzi takie jak ta Czarnka, Gawryluk czy Kowalskiego w tym nie pomagają. Pojedyncze niemądre opinie można zlekceważyć, problem w tym, że budują one publiczny klimat, w którym możemy podjąć długoterminowo bardzo szkodzące Polsce decyzje.





