Lidia, Ola, Sylwia, Kasia i Ula mieszkają w Wielkiej Brytanii od wielu lat. Każda z nich uważa, że 10 lat po bexitowym referendum żyje się tu po prostu gorzej. Lidia myśli o powrocie do Polski. — Wrogość, której doświadczyłam, wpływa na moje poczucie bezpieczeństwa — przyznaje.
Lidia Rutyna mieszka w Carlisle w Cumbrii, na północy Anglii. Każdy, kogo tam zna, głosował za brexitem. — Atmosfera w czasie samej kampanii brexitowej była bardzo mało przyjemna. Ludzi głosujących za brexitem dzielę na dwie kategorie. Są osoby wykształcone, które chciały odłączenia się od Niemiec czy Francji. Ale są też ci mniej wykształceni, od których słyszałam, że jest to mała wyspa i nie ma miejsca na tak dużą imigrację, również tą legalną. Bo imigranci zabierają im pracę — opowiada.
„Jak ci się nie podoba, to wracaj do Polski”
Wielokrotnie spotykała się też z przejawami ksenofobii. — Gdy trzy lata temu kupiliśmy dom w miarę dobrej dzielnicy, sąsiadka zaczęła nas nękać. Do tego stopnia, że musiała interweniować policja i negocjator. Z tekstami w stylu „jak ci się nie podoba, to zawsze możesz wrócić do Polski” spotykam się na co dzień. Myślę, że przyzwolenie na tego typu komentarzy dała ludziom właśnie retoryka brexitu — wspomina.
Lidia Rutyna jest kierownikiem ds. zarządzania w procesach eksportu i łańcucha dostaw. W dniu ogłoszenia wyników referendum pracowała w międzynarodowej firmie eksportowej. — Byłam jedyną Polką w dużym biurze. Ludzie z satysfakcją wręcz mówili, że będą głosować za wyjściem, a w dzień ogłoszenia wyników bili brawo. Ja przeżyłam wtedy dosłownie załamanie, bo cała kampania była dla mnie ciężka. Moja dyrektor wzięła mnie wtedy do osobnego biura i powiedziała, że nikt z zarządu nie jest za brexitem, ale żebym lepiej może nic się na ten temat nie wypowiadała, żeby nie wywoływać niepotrzebnych napięć. Odeszłam z tej firmy rok później — mówi.
Brexit miał ogromny wpływ na jej pracę, chociaż, jak podkreśla, niekoniecznie w negatywnym sensie. — Zajmuję się optymalizacją procesów. Kiedy zaczął się brexit wszyscy byliśmy w czarnej dziurze. Nikt nie wiedział nic. Pamiętam wysyłki i transporty sprzed brexitu, gdzie po prostu zamawiało się ciężarówki i wysyłało do Europy. W krótkim czasie po brexicie wszystko na jakiś czas tak stanęło, bo trzeba było się dowiedzieć, na jakich zasadach będziemy handlować z Europą. Praca zrobiła się dla mnie bardziej interesująca, bo mogłam się wiele nauczyć — tłumaczy.
Panorama Carlisle w Cumbrii, miejscowości, w której mieszka Lidia Rutyna
Foto: Maciej Olszewski / imageBROKER / Forum
Brexit spowodował opóźnienia na granicach, co oznaczało straty dla firm eksportowych, które metodą prób i błędów zaczęły wprowadzać usprawnienia i szukać różnych dróg na lepszy przepływ materiałów z Wielkiej Brytanii do Europy. — Wiele firm przeniosło swoje siedziby do Unii Europejskiej. Od brexitu na ogromną skalę brakuje kierowców ciężarówek, bo wielu kierowców, w tym wielu z Polski i Litwy, wróciło do swoich krajów. W tej chwili brakuje między 50 a 60 tys. kierowców ciężarówek — zauważa Rutyna.
Sama aktualnie też rozważa powrót do ojczyzny. — Do brexitu mieszkało mi się tutaj całkiem nieźle. Nie przyjechałam do Wielkiej Brytanii dla lepszych zarobków. W mojej branży w Polsce też mogłabym się rozwijać. Zostałam tutaj, bo zakochałam się w regionie Lake District, lubię angielską luźną atmosferę i uśmiechniętych ludzi na ulicach. Ale mam wrażenie, że od brexitu społeczeństwo staje się coraz biedniejsze, narasta frustracja, coraz częściej mówi się o zjawisku „growing underclass” (rozrastającej się, zepchniętej na margines społeczny grupy ludzi, którzy znajdują się na samym dole drabiny społeczno-ekonomicznej — przyp. red.). Wrogość, której doświadczyłam, wpływa na moje poczucie bezpieczeństwa. Mimo to na swój sposób kocham ten kraj i zawsze Wielka Brytania będzie częścią mnie, bo dobrych ludzi w pracy i życiu prywatnym też mam — podsumowuje.
Słony rachunek za brexit
Brytyjski Urząd ds. Odpowiedzialności Budżetowej (ang. Office for Budget Responsibility, OBR) od 2020 r. opiera swoje prognozy na głównym założeniu, że brexit trwale obniży długoterminowy PKB Wielkiej Brytanii o 4 proc. (w porównaniu ze scenariuszem alternatywnym, w którym Wielka Brytania pozostałaby w Unii Europejskiej). Brexit spowodował spadek obecnego rocznego PKB Wielkiej Brytanii (wynoszącego nieco poniżej 3 bilionów funtów) o około 125 mld funtów. Oznacza to, że brytyjski budżet będzie rocznie tracił prawie 50 mld funtów dochodów podatkowych.
Tyle że szacunki te uważa się obecnie za konserwatywne, a niezależni eksperci wskazują na znacznie większe straty. W raporcie Stanford Institute for Economic Policy Research stwierdzono, że do 2025 r. brexit spowodował spadek PKB Wielkiej Brytanii o 6–8 proc., przy czym inwestycje zmniejszyły się o 12–18 proc., a zatrudnienie o 3–4 proc.
Eksperci podkreślają przy tym, że rozdzielenie skutków brexitu, pandemii COVID-19, kryzysu energetycznego i wojny na Ukrainie jest trudne z metodologicznego punktu widzenia. Nie są też zgodni co do tego, jaka część szacowanych długoterminowych kosztów wyjścia z UE już się zrealizowała, a jaka jeszcze przed Brytyjczykami.
20 czerwca 2026 r. Protest zwolenników Unii Europejskiej w Londynie
Foto: Jack Taylor / Reuters
Wolny handel w miejsce wolnego rynku
Handel to obszar, na który mechanizmy brexitu miały najbardziej bezpośredni wpływ. Wielka Brytania zastąpiła członkostwo w jednolitym rynku i unii celnej umową o handlu i współpracy (TCA). Co prawda zniosła ona cła, ale wprowadziła uciążliwe bariery pozataryfowe: zgłoszenia celne, kontrole reguł pochodzenia, inspekcje sanitarne i fitosanitarne (SPS) dotyczące żywności i produktów pochodzenia zwierzęcego itp.
Sylwia Nowak, specjalistka w zakresie ceł i handlu międzynarodowego w firmie Safran, pamięta atmosferę niepewności po ogłoszeniu wyników referendum. — Już wtedy tłumaczyłam znajomym, że brexit oznacza powrót deklaracji celnych oraz utrudnienia w swobodnym przepływie ludzi i towarów, nawet przy stopniowym wdrażaniu nowych kontroli — wspomina.
Oczywiście Zjednoczone Królestwo nie wyszło z UE i jednolitego rynku (ang. single market) w dniu referendum, a dopiero 31 grudnia 2020 r. Sylwia Nowak pracowała wtedy u dostawcy z branży motoryzacyjnej. — Nasze ciężarówki utknęły na granicy nie z powodu braku dokumentów, lecz przez chaos pierwszych dni, niedostępność agentów celnych i nasze systemy, które nie były do końca gotowe do tworzenia deklaracji — opowiada.
Zmiany wywarły także ogromną presję na brytyjskie służby graniczne oraz zwiększyły koszty wymiany handlowej. — Naprawdę wiele osób nie zdawało sobie sprawy z rzeczywistych konsekwencji opuszczenia wspólnego rynku. W mediach nie mówiło się o tym zbyt szeroko. Powszechnie zakładano, że zawarcie umów o wolnym handlu rozwiąże większość problemów. Tyle że umowy nie funkcjonują w ten sposób. Mogą one ograniczać lub znosić cła na towary spełniające określone reguły pochodzenia, lecz nie eliminują formalności administracyjnych, obowiązków celnych ani różnych kontroli regulacyjnych — tłumaczy Nowak, która jest współautorką raportu stworzonego przez Warwick University.
Czytamy w nim, że wiele badań odnotowuje spadek brytyjskiego importu z UE o około 25 proc. od momentu wejścia w życie TCA i zmianę łańcuchów dostaw. Skutki przekładają się w pierwszej kolejności na firmy i przedsiębiorców, ale szybko rozlewają się na całe brytyjskie społeczeństwo.
Nowe umowy handlowe podpisane od czasu brexitu — z Australią, Nową Zelandią i Indiami, a także przystąpienie do bloku handlowego CPTPP — przyniosły realny, ale skromny wzrost PKB, szacowany zazwyczaj na około 0,1 proc. w ciągu 10-15 lat, co jest wartością znacznie mniejszą niż straty wynikające ze zmniejszonej intensywności handlu z UE.
— Warto podkreślić, że bardzo dużo wykwalifikowanych pracowników, czyli skilled workers, pochodzących z Unii Europejskiej, w tym Polaków, zaczęło opuszczać Wyspy, ponieważ zrazili się właśnie przez brexit — dodaje Sylwia Nowak.
Ciężary dla migrantów
Dla wielu Brytyjczyków opowiadających się za wyjściem z UE koniec swobodnego przepływu osób był kluczowym elementem brexitu. Właśnie w tej dziedzinie zmiana była najbardziej radykalna. Do 31 grudnia 2020 r. obywatele UE mogli mieszkać i pracować w Wielkiej Brytanii bez wizy i bez ograniczeń; od 1 stycznia 2021 r. muszą mieć wizę, uczestniczyć w programie osiedleńczym UE (EU Settlement Scheme, EUSS) lub posiadać zezwolenie na pobyt na czas nieokreślony.
Szacuje się, że w 2019 r. w Wielkiej Brytanii mieszkało 3,7 mln obywateli Unii Europejskiej. Od tego czasu liczba nowo przybywających obywateli UE gwałtownie spadła — imigracja z UE zmniejszyła się o ponad 80 proc. w latach 2016-2025. Zaczął się odwrotny trend — coraz więcej osób wyjeżdża z Wysp do państw Unii, a saldo migracji z UE od 2022 r. jest ujemne każdego roku.
Nazwa organizacji the3million nawiązuje właśnie do tych statystyk sprzed brexitu. — Monitorujemy problemy, z jakimi ludzie spotykają się w związku z programem osiedleńczym dla obywateli UE oraz cyfryzacją procesów imigracyjnych i statusu pobytowego — mówi Ola Sobieraj, menadżerka projektu w tej organizacji.
Wyniki referendum były dla niej szokiem, a jej poczucie przynależności zostało poważnie zachwiane. Pamięta złość, jaką czuła w dniu brexitu na to, że obywatele UE nie mieli prawa głosu w tej sprawie. — Moje życie zmieniło się. Ponownie zostałam objęta kontrolą imigracyjną i musiałam przejść przez nowe procedury administracyjne, aby uzyskać zgodę na dalsze życie w Wielkiej Brytanii. Znacznie częściej niż wcześniej zaczęto też wymagać ode mnie potwierdzenia mojego statusu imigracyjnego. Nawet w sytuacjach, gdy prawo tego nie wymagało. Ludzie zaczęli pytać, czy zamierzam „wrócić do domu” — opowiada Sobieraj.
W raporcie the3million przygotowanym z okazji 10. rocznicy referendum czytamy, że „zarówno zwolennicy brexitu, jak i kolejne rządy obiecali, że dla obywateli UE już mieszkających w Wielkiej Brytanii nic się nie zmieni, jednak rzeczywistość dla wielu wygląda zupełnie inaczej”. „Nadal istnieją osoby, których status nie został uznany w ramach programu osiedleńczego. Wiele osób nadal nie wie, że musiało złożyć wniosek. Wiele osób wciąż czeka — czasami od lat — na decyzję w sprawie swojego wniosku” — napisano w dokumencie.
Badanie przeprowadzone przez Uniwersytet Northumbria we współpracy z serwisem the3million wykazało także powszechne obawy dotyczące dyskryminacji, utraty tożsamości oraz braku przejrzystości w procesie EUSS.
— Tysiące osób czekają na decyzję od dwóch do ponad czterech lat, posiadając jedynie Certificate of Application, który daje ograniczone prawa i nie pozwala podróżować, a około 1,1 mln osób ze statusem pre-settled kwalifikuje się już do settled status [daje on prawo do stałego pobytu w Wielkiej Brytanii — przyp. red.], ale nie potrafi samodzielnie przejść przez aplikację — wymienia Sobieraj.
Problemów jest więcej. Nawet osoby posiadające status settled coraz częściej ryzykują jego utratę. Status może być odebrany, kiedy mająca go osoba przebywa pięć lat lub dłużej poza Wielką Brytanią. Ale może się to stać np. na podstawie niepełnych danych dotyczących podróży. Czasami brak jednego wpisu granicznego wystarcza do wszczęcia procedury anulowania statusu. Zdarza się, że Home Office, czyli brytyjskie ministerstwo spraw wewnętrznych, cofa statusy uznane za „przyznane omyłkowo” bez prawa do odwołania.
— Dodatkowo cyfrowy system eVisa bywa zawodny i wyklucza wiele osób. Ludzie nie mogą udowodnić prawa do pracy, wynajmu mieszkania, podróżowania, korzystania z opieki zdrowotnej czy świadczeń. Problemy z dostępem cyfrowym szczególnie dotykają kobiety, które zmieniły nazwisko po ślubie, osoby starsze oraz wszystkich, których dane paszportowe nie są zgodne z zapisami w brytyjskich systemach. Niezależnie od przyczyny, niesprawnie działająca eVisa może mieć bardzo poważne konsekwencje dla życia ludzi — podkreśla Sobieraj.
Nowe przepisy są rygorystyczne. A jednak zniesienie swobodnego przepływu osób z UE nie ograniczyło migracji do Wielkiej Brytanii w sposób, w jaki wielu zwolenników brexitu zakładało. Pracodawcy, borykający się z niedoborami siły roboczej — zwłaszcza w sektorach opieki, hotelarstwa i logistyki — rekrutują do pracy osoby spoza UE w ramach nieograniczonych wiz punktowych. Skutkiem tego jest niemal całkowite odwrócenie tendencji sprzed brexitu: migracja z krajów spoza UE (netto) jest obecnie mniej więcej dwukrotnie wyższa niż w latach 2018–2019. Tymczasem ogólna migracja netto (czyli różnica między liczbą osób przyjeżdżających i wyjeżdżających do kraju), po osiągnięciu szczytowej wartości 944 tys. w 2023 r., spadła do 171 tys. w 2025 r.
Gdzie jest 350 milionów funtów dla NHS?
Koniec swobodnego przepływu pracowników zmienił międzynarodowy rynek pracy, na którym brytyjska narodowa służba zdrowia (ang. National Health Service, NHS) opierała się od dziesięcioleci. Liczba rejestracji europejskich pielęgniarek spadła o 91 proc. w latach 2016–2018: z 9 tys. 389 nowych rejestracji do zaledwie 805. Zbiegło się to w czasie z wprowadzeniem nowych wymagań dotyczących egzaminów językowych oraz niepewnością związaną z brexitem. Natomiast prawie połowa (47 proc.) europejskich pielęgniarek i położnych, które wykreśliły się z brytyjskiego rejestru pielęgniarskiego i podały powód, stwierdziła, że to brexit skłonił je do rozważenia podjęcia pracy poza Wielką Brytanią.
NHS zrekompensowało ten stan rzeczy poprzez szerszą rekrutację spoza UE. Do końca 2023 r. 93 proc. spośród 51 tys. 245 pielęgniarek, które dołączyły do NHS w ciągu poprzednich czterech lat, zostało zrekrutowanych z zagranicy, w przeważającej większości spoza Europy.
Brexit miał też poważny wpływ na łańcuchy dostaw leków: w 2024 r. Wielka Brytania doświadczyła najpoważniejszych od czterech lat niedoborów leków. Wyjście z UE wskazywano jako jeden z głównych powodów, obok problemów z podażą na globalnych rynkach.
Kasia Alicja Tarnowska jest administratorką w NHS, mieszka w Hertfordshire. Pracuje w centrum opieki zdrowotnej w Stevenage we wschodniej Anglii. Jej ocena jest jednoznaczna: brexit to był błąd. — Ludzie podjęli decyzję na podstawie dezinformacji. Studiowałam europeistykę w Polsce, więc szybko wyłapywałam te kłamstwa. Ale ludzie z mojego otoczenia nie chcieli słuchać. Najbardziej mnie bawiło, gdy niektórzy mówili, że w końcu Hindusi wyjadą! To pokazywało poziom wiedzy! Dla wielu Brytyjczyków wszyscy imigranci to jedno zło — wspomina.
Najbardziej sugestywnym elementem kampanii brexitowej był zaprezentowany przez Borisa Johnsona londyński autobus z napisem sugerującym, że Wielka Brytania traci 350 mln funtów tygodniowo na członkostwie w Unii i że pieniądze te mogłyby trafić do brytyjskiej służby zdrowia. — Niestety pieniędzy w NHS dalej nie ma, a kolejki do specjalistów są ogromne! Dla mnie brexit to był strzał w kolano — zaznacza Tarnowska.
Kampanijny autobus ze słynnych hasłem „Wysyłamy UE 350 mln funtów tygodniowo, przeznaczmy je na naszą NHS”, zachęcającym do głosowania za brexitem
Foto: PAP/ EPA
Brexit na sklepowych półkach i w życiu codziennym
Skutki wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej można mnożyć. Wielu ekspertów mówi o inflacji cen żywności jako o szczególnie widocznym przejawie brexitu. Wpływ na ceny ma jednak szereg istotnych czynników takich jak wojna na Ukrainie, koszty energii oraz polityka podatkowa i płacowa. Wzrost cen żywności osiągnął szczytowy poziom 19,1 proc. w marcu 2023 r. — był to najwyższy wskaźnik od 1977 r.
Według danych Federacji Producentów Żywności i Napojów (Food and Drink Federation) ceny żywności i napojów bezalkoholowych w Wielkiej Brytanii wzrosły o 37 proc. w okresie od stycznia 2020 r. do lipca 2025 r. Największe podwyżki odnotowano w przypadku oliwy z oliwek (118 proc.), jajek (57 proc.), masła (53 proc.) i jogurtów (50 proc.).
Sektor gastronomii i hotelarstwa odczuł skutki brexitu na rynku pracy prawdopodobnie bardziej dotkliwie niż niemal każda inna branża w Wielkiej Brytanii. Powód? W dużym stopniu opierał się na obywatelach UE zatrudnionych na nisko płatnych stanowiskach o dużej rotacji, których trudno było obsadzić w ramach krajowej rekrutacji.
Trudniejsze do oszacowania niż statystyki ekonomiczne czy handlowe, ale coraz lepiej udokumentowane, są skutki brexitu dla zdrowia psychicznego i dobrostanu mieszkańców Zjednoczonego Królestwa — zarówno wśród zwolenników wyjścia z UE, jak i zwolenników pozostania w niej, wśród obywateli brytyjskich oraz migrantów z UE mieszkających w Wielkiej Brytanii.
Badanie przeprowadzone przez University College London na ponad 300 migrantach w Wielkiej Brytanii wykazało, że osoby mieszkające na obszarach o wyższym odsetku wyborców opowiadających się za wyjściem z UE znacznie częściej zgłaszały przypadki dyskryminacji. Skutkiem był, jak łatwo przewidzieć, wzrost lęku.
Naukowcy i specjaliści ds. zdrowia psychicznego — w tym z Centrum Studiów nad Brexitem przy Birmingham City University — zorganizowali specjalne sesje dyskusyjne, aby pomóc pracownikom i studentom uporać się z tym, co niektórzy nazwali „traumą brexitową”. Badania dotyczące dzieci i młodzieży posiadających obywatelstwo UE wykazały złożony obraz sytuacji: wiele osób zgłaszało silne poczucie przynależności i więzi z Wielką Brytanią, jednocześnie zgłaszając „niepewność co do przyszłości” oraz „wzmożone poczucie rasizmu i ksenofobii” od czasu referendum.
Ula Środa-Voniatis, psychoterapeutka z Londynu, zapytana o to, czy brexit mógł być jednym z czynników wzmacniających objawy lęku uogólnionego, jest ostrożna w swojej ocenie. — Niepokój bardziej się pogłębił po rozpoczęciu wojny w Ukrainie i podczas pandemii, chociaż trudno to wszystko rozdzielić, bo brexit jest przecież procesem. Z pewnością brexit dla klientów, którzy się zastanawiali nad wyjazdem lub planowali powrót do Polski, był katalizatorem. Natomiast mam wrażenie, że w ciągu ostatnich 10 lat jakość życia w Polsce się podniosła i Zjednoczone Królestwo nie jest już miejscem, gdzie „można się dorobić”. Do tego dołożyła się pandemia i pogłębiający się kryzys gospodarczy. Osoby, które wcześniej się wahały, wyrobiły sobie zdanie i rzeczywiście wróciły — tłumaczy.
Środa-Voniatis, która jest także nauczycielką w szkole średniej, zauważyła także inne zmiany. — Przed brexitem mieliśmy sporo uczennic z Włoch, Francji czy Hiszpanii, natomiast teraz obserwuję wzrost liczby uczennic z krajów takich jak Bangladesz, Afganistan lub Iran — zaznacza.
Społeczna spuścizna brexitu obejmuje również jego wpływ na pogłębienie podziałów politycznych i polaryzację społeczeństwa. Nastroje dotyczące samej decyzji wyraźnie uległy zmianie z upływem czasu. W styczniu 2026 r. sondaż YouGov wykazał, że 58 proc. mieszkańców Wielkiej Brytanii uważało, iż wyjście z UE było błędem, podczas gdy 30 proc. nadal uważało, że była to słuszna decyzja. Tendencja do odczuwania tzw. „Bregretu”, czyli żalu z powodu decyzji o wyjściu z UE, utrzymuje się na poziomie powyżej 50 proc. od połowy 2022 r. Co ciekawe, żal ten jest silnie uzależniony od wieku — młodsze grupy wiekowe znacznie częściej niż starsze postrzegają tę decyzję jako błąd.
Środa-Voniatis ze smutkiem wspomina dzień ogłoszenia wyników referendum. — Było mi przykro, że Wielka Brytania jest tak podzielonym narodem i ludzie tak łatwo dali się ponieść populistycznym hasłom. Byłam zawiedziona, że za brexitem głosowali niektórzy Polacy czy znajomi nauczyciele, sami będący pierwszym pokoleniem imigrantów. Zmotywowało mnie to do starania się o paszport brytyjski, aby brać czynny udział w politycznych decyzjach w przyszłości — akcentuje.
— Większość moich znajomych to dość liberalni i otwarci ludzie, i oni w większości są zawiedzeni. Domyślam się, że kilku dalszych znajomych białych Anglików z klasy robotniczej, którzy głosowali za brexitem, też jest rozczarowanych. Mieli np. problem, gdy chcieli wyremontować mieszkanie i okazało się, że nie mogą znaleźć rzetelnych rzemieślników — dodaje.
Co dalej ze Zjednoczonym Królestwem?
Rozważając wynik referendum dziesięć lat później, profesor Anand Menon, dyrektor think tanku „UK in a Changing Europe”, sformułował dosadną ocenę z perspektywy czasu: „Referendum w sprawie UE dało nam szansę na poprawę jakości życia ludzi, a my zawiedliśmy”. W innym miejscu argumentował on, że to, czy Wielka Brytania ostatecznie powróci na ścieżkę ściślejszej integracji z UE i czy kwestia ta „stanie się” czy „nie stanie się” głównym tematem politycznym, zależy w dużej mierze od tego, czy brytyjska gospodarka odzyska równowagę w nadchodzących latach.
Dziesięć lat później obraz Wielkiej Brytanii, jaki wyłania się z danych, nie jest ani gigantyczną katastrofą, jaką niektórzy przewidywali, ani gigantyczną szansą, jaką obiecali inni. Brytyjska gospodarka wciąż pozostaje szóstą co do wielkości na świecie. Relacje handlowe z UE, największym dla Wielkiej Brytanii rynkiem, są strukturalnie bardziej kosztowne i złożone niż wcześniej. Mimo to systemy wypracowane na podstawie porozumień z Unią pozwalają na płynny przepływ towarów.
Pracownicy sektora publicznego, zwłaszcza w ramach NHS, musieli odbudować swoje międzynarodowe kontakty z różnymi krajami, aby wypełnić lukę po imigrantach z Europy. Kryzys związany z kosztami życia oraz zmiany kierunków migracji dały skrajnym ugrupowaniom argumenty do zaostrzania politycznego sporu.
Choć z opracowań wynika umiarkowanie negatywna ocena brexitu, powrót do Unii Europejskiej jest raczej nierealny. — Obecny rząd dąży do budowania lepszych i bliższych relacji z Unią Europejską oraz do zawierania porozumień postrzeganych jako korzystne dla Wielkiej Brytanii, bez rezygnacji z tego, co określa jako swoją „suwerenność” — mówi Ola Sobieraj z the3million. — Mimo powrotu do niektórych programów, takich jak Horizon czy Erasmus+, trudno wyobrazić sobie formalny powrót Wielkiej Brytanii do Unii Europejskiej na takich samych zasadach jak przed brexitem. Spodziewam się natomiast coraz większej liczby umów dwustronnych, które zapewnią bardzo ścisłą współpracę i zbieżność działań w wybranych kluczowych obszarach polityki — podsumowuje.





