Na naszych oczach, w fatalnym stylu, w ramach najgorszych, najbardziej ogłupiających polaryzacyjnych mechanizmów pękają chyba ostatecznie resztki ponadpartyjnego konsensusu w sprawie Ukrainy.
Gdy Władimir Putin rozpoczął pełnoskalową inwazję na Ukrainę w 2022 r., rząd Mateusza Morawieckiego od początku zaangażował się w pomoc broniącemu się sąsiadowi, przekazując mu polski sprzęt wojskowy, słusznie zakładając, że lepiej przysłuży się on polskiemu bezpieczeństwu w rękach walczących z Rosją Ukraińców, niż stojąc w polskich bazach. Poza radykalnie prawicowym marginesem właściwie cała klasa polityczna popierała wtedy tę politykę. Dziś po tamtym konsensusie nie ma śladu.
Nie tylko Konfederacja, ale także PiS i ośrodek prezydencki atakują rząd za to, że przekazał Ukrainie na początku roku pociski do zestawu baterii Patriot. Szef MON zapowiada odtajnienie wszystkich polskich donacji wojskowych dla Ukrainy — na konferencji prasowej w poniedziałek pokazał pierwsze dane wskazujące, że 90 proc. polskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy przypadało na okres rządów PiS.
Słuchając wymierzonych w rząd szarż polityków PiS, można odnieść wrażenie, że pomaganie Ukrainie stało się dziś w Polsce politycznym obciążeniem, czymś, z czego rządzący powinni się gęsto tłumaczyć. Tak jak w przypadku Orderu Orła Białego — uroczyście nadanego przez Andrzeja Dudę i odebranego po czterech latach przez Karola Nawrockiego — polska polityka wschodnia znów miota się od ściany do ściany, w sposób na jaki poważne państwo raczej sobie nie pozwala.
Pęka ukraiński konsensus
Gdy Karol Nawrocki odbierał prezydentowi Zełenskiemu najwyższe polskie odznaczenie, przekonywał, że w niczym nie zmienia to naszego wsparcia dla obronnego wysiłku Ukraińców broniących się przed rosyjską agresją. Było jednak absolutnie oczywiste, że antyukraińskie emocje politycznie zmobilizowane wokół akcji orderowej prędzej czy później przeniosą się też na inne niż czysto symboliczne obszary naszej polityki wobec Kijowa. W czym wydatnie pomogła też postawa ukraińskiego prezydenta w ostatnich tygodniach.
Wystarczył jeden wpis Krzysztofa Bosaka na portalu X, by temat Patriotów dla Ukrainy — w tonie skandalu i oskarżenia — podchwycił PiS, prezydencki minister Marcin Przydacz i prawicowy plankton. By Przemysław Czarnek atakował rząd, pytając, czemu przekazuje on rakiety, w momencie, „gdy Ukraina nas zdradza”. By Janusz Kowalski i inni prawicowi harcownicy podobnej politycznej wagi rzucali oskarżenia, że Tusk rozbraja Polskę na polecenie Niemiec.
Na naszych oczach, w fatalnym stylu, w ramach najgorszych, najbardziej ogłupiających polaryzacyjnych mechanizmów pękają chyba ostatecznie resztki ponadpartyjnego konsensusu w sprawie Ukrainy. W tym przekonanie, że niezależnie od wszystkich symbolicznych sporów militarne wsparcie Ukrainy, tak, by nie tylko się obroniła, ale też maksymalnie osłabiła Federację Rosyjską, jest w naszym najlepiej pojętym interesie.
PiS i jego otoczenie o Ukrainie coraz częściej zaczynają mówić w sposób podobny do tego, w jaki mówi o Niemczech: przedstawiając Kijów jako wrogą Polsce stolicę, każdy ruch Ukraińców interpretując jako wymierzony w Polskę, zarzucając im nieustannie „zdradę” albo spiskowanie z Niemcami w celu zminimalizowania znaczenia Polski w regionie.
Bezpieczeństwo ostatecznie pada ofiarą politycznej nawalanki
Pęka konsensus nie tylko w kwestii Ukrainy, ale także bezpieczeństwa. Przez większość historii III RP, w tym w okresie narastającej polaryzacji PO-PiS, udawało się wyłączyć pewne strategiczne kwestie z bieżącej, politycznej nawalanki. Odkąd Karol Nawrocki wprowadził się do Pałacu Prezydenckiego, to już jednak przyszłość. Współpraca rządu z prezydentem i wyciszenie wewnętrznego sporu po tym, gdy wczesną jesienią zeszłego roku polską przestrzeń powietrzną naruszyły rosyjskie drony, okazały się wyjątkiem.
W imię swojej wojny z rządem prezydent zawetował potrzebną Polsce ustawę o SAFE, choć później chwalił to, jak dzięki temu programowi rozwija się nasz przemysł obronny. Prezydencki obóz włączył SAFE w działanie swojej polaryzacyjnej maszynki i najgłupszej antyniemieckiej narracji. Choć zarówno obóz prezydencki, jak i rządowy chcą stałej obecności wojsk amerykańskich w Polsce, pewnie czeka nas bardzo ostry spór o to, kto będzie mógł sobie za to przypisać zasługi.
Polityczna awantura o Patrioty i inne donacje dla Ukrainy to kolejny sygnał, że także tematu bezpieczeństwa nie da się wyjąć w Polsce z najbardziej szkodliwych i populistycznych mechanizmów polaryzacyjnych. Co z punktu widzenia polskiego bezpieczeństwa jest fatalną wiadomością, bo polaryzacja grozi nam tym, że obszar wymagający strategicznej konsekwencji będzie wywracany do góry nogami po każdych nowych wyborach. W atmosferze polaryzacyjnego wzmożenia wielu polityków zamiast koniecznych, lecz narażających ich na kontrowersje decyzji wybierze po prostu bierność. Choć rząd powinien odpowiadać za swoje decyzje przed opinią publiczną także w obszarze bezpieczeństwa, to nie zawsze jest pożądane, by wszystkie decyzje — dotyczące np. międzynarodowej współpracy obronnej — były od razu w pełni ujawniane, a już na pewno nie jest zdrowe, gdy wymuszają to populistyczne awantury urządzane przez opozycję.
Fatalna rola ośrodka prezydenckiego
Niestety, nieodpowiedzialnie zachowuje się tu nie tylko opozycja, ale także ośrodek prezydencki. W nakręcanie paniki wokół Patriotów włączył się Przydacz, a gdy minister Kosiniak-Kamysz zapowiedział ujawnienie informacji o donacjach — poniekąd odpowiadając na insynuacje prezydenckiego ministra ds. międzynarodowych — decyzję tę skrytykował rzecznik prezydenta Rafała Leśkiewicz, który stwierdził, że to informacje tajne, a ich ujawnienie to „temat zastępczy” — mający odwrócić uwagę od problemów koalicji rządzącej. Innymi słowy, gdyby rząd nie ujawnił informacji, to jeden prezydencki minister atakowałby go insynuacjami za to, że rzekomo samowolnie przekazuje najnowocześniejszy sprzęt Ukrainy, a gdy je ujawni, to za to samo atakować go będzie drugi.
Niestety, nie tylko prezydent Nawrocki od swoich konstytucyjnych obowiązków wyżej stawia wojnę z rządem, ale także jego ministrowie podobnie postrzegają swoje obowiązki. Szczególnie niefortunnym wyborem okazał się Przydacz, który swoją niewątpliwą retoryczną i erystyczną sprawność wykorzystuje w sposób przystający raczej usiłującemu zwrócić na siebie uwagę szeregowemu posłowi-zagończykowi niż komuś, kto pełni całkiem odpowiedzialną państwową funkcję.
Z tego, co mówił Kosiniak-Kamysz, Polska przekazała pociski do Patriotów na prośbę NATO, za zgodą amerykańskiego sojusznika i informując o wszystkim prezydenta. Szef MON zaprzeczył też stwierdzeniu Przydacza, że Polska odstąpiła Ukrainie swoje miejsce w kolejce w oczekiwaniu na nowe pociski do systemu Patriot. Jeśli to, co mówił szef MON, się potwierdzi, to zachowanie prezydenckiego ministra w całej awanturze trzeba będzie ocenić jako po prostu żenujące.
Niestety, biorąc pod uwagę emocje, jakie dziś rządzą naszą polityką w sprawie Ukrainy, stopień polaryzacji i zbliżające się wybory, będzie tylko gorzej i obecny spór o Patrioty możemy za kilka miesięcy jeszcze wspominać z nostalgią.