Gdy sekretarz generalny NATO Mark Rutte pojawił się w zeszłym miesiącu w Gabinecie Owalnym, był dobrze przygotowany. Przyniósł ze sobą plan działania oraz dwa kolorowe wykresy.
Na oczach kamer z całego świata zwrócił się do Donalda Trumpa i najwyższych rangą przedstawicieli jego administracji, w tym sekretarza obrony Pete’a Hegsetha, informując, że Europa i Kanada zwiększą w 2025 r. wydatki na obronność o niemal 20 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim.
Kontynuując swoją strategię schlebiania amerykańskiemu prezydentowi, Rutte wskazał na jeden z wykresów, który nazwał „Trumpowskim bilionem”. Jak podkreśla, od czasu pierwszej kadencji Trumpa państwa europejskie oraz Kanada przeznaczyły dodatkowo 1,2 biliona dol. na obronność. W jego narracji był to dowód na skuteczność wieloletniej presji wywieranej przez Trumpa na sojuszników z NATO, aby zwiększali swoje nakłady wojskowe.
Czy NATO przetrwa?
To nie było przypadkowe przedstawienie. Wizyta Ruttego w Waszyngtonie odbyła się zaledwie dwa tygodnie przed najważniejszym szczytem NATO w tym roku. Była starannie wyreżyserowaną próbą utrzymania jedności sojuszu, który od miesięcy zmaga się z coraz ostrzejszą krytyką ze strony Stanów Zjednoczonych. USA uważają, że europejskie wydatki na obronność są zbyt niskie.
Jak ujęto to w oficjalnym komunikacie NATO po spotkaniu, celem wizyty było „przygotowanie gruntu pod szczyt w Ankarze”.
Spotkanie przywódców państw NATO, zaplanowane na wtorek i środę w stolicy Turcji, będzie kolejnym testem relacji transatlantyckich. Choć członkowie sojuszu już w ubiegłym roku zobowiązali się do znaczącego zwiększenia wydatków obronnych, licząc, że rozwieją amerykańskie wątpliwości co do zaangażowania USA w bezpieczeństwo Europy, Waszyngton wciąż nie przedstawił sojusznikom swoich planów dotyczących przyszłej obecności wojskowej na kontynencie.
W Ankarze mają się pojawić pytania o skalę ewentualnej redukcji amerykańskich sił w Europie i harmonogram takich działań. Europejscy dyplomaci nie kryją jednak sceptycyzmu co do szans na uzyskanie konkretnych odpowiedzi od amerykańskiej delegacji. Wśród spodziewanych tematów rozmów znajdą się również kondycja europejskiego przemysłu obronnego, który zmaga się z gwałtownie rosnącym zapotrzebowaniem na sprzęt wojskowy, oraz przyszłość wsparcia dla Ukrainy.
Jak powiedział „Newsweekowi” przedstawiciel NATO, podczas szczytu nie należy oczekiwać nowych zobowiązań dotyczących zwiększenia wydatków obronnych ponad poziom uzgodniony rok temu w Hadze. Możliwe są natomiast zapowiedzi nowych kontraktów dla przemysłu zbrojeniowego. Jednocześnie narastać mogą napięcia między państwami, które już osiągnęły uzgodnione cele wydatkowe, a tymi, które wciąż pozostają w tyle.
Dla wielu obserwatorów szczyt będzie jednak czymś więcej niż debatą o budżetach wojskowych. Ma pokazać, czy NATO w dotychczasowej formule jest w stanie przetrwać.
Dla ponad trzydziestu państw opierających swoje bezpieczeństwo na gwarancjach sojuszu — szczególnie tych znajdujących się w cieniu zagrożenia ze strony Rosji — spotkanie w Ankarze oznacza perspektywę kolejnej serii publicznych uszczypliwości i nacisków płynących z Waszyngtonu.
Burzliwy rok
Rok 2026 jest dla NATO wyjątkowo trudny. Upływa pod znakiem napięć dyplomatycznych, niejednoznacznych sygnałów wysyłanych przez Stany Zjednoczone i narastających obaw europejskich sojuszników o przyszłą rolę Ameryki w systemie bezpieczeństwa Zachodu. Mimo wysiłków Marka Ruttego pęknięcia w relacjach transatlantyckich stają się coraz bardziej widoczne.
Zabiegi Ruttego nie odniosły pełnego sukcesu. W czwartkowym wpisie w mediach społecznościowych Donald Trump stwierdził, że byłoby „absurdem”, gdyby Stany Zjednoczone nadal podążały „jednostronną ścieżką” w relacjach z sojusznikami.
Kilka godzin wcześniej podkreślił, że USA „wydają na NATO więcej niż jakikolwiek inny kraj”, i zasugerował, że Ameryka nie odnosi korzyści z członkostwa w sojuszu.
To argument, który Trump powtarza od lat. Stany Zjednoczone utrzymują, że Europa od dziesięcioleci „jeździ na gapę” na koszt amerykańskiej armii, a niechęć Trumpa do NATO sięga jego pierwszej kadencji.
Faktem jest, że od zakończenia zimnej wojny USA zapewniały Europie najdroższe zdolności wojskowe, dzięki czemu mniejsze armie nie musiały ponosić ogromnych wydatków. Gdy w latach 90. kraje europejskie ograniczały swoje wydatki na wojsko, opierały się na Amerykanach i dziesiątkach tysięcy stacjonujących tutaj amerykańskich żołnierzy.
Wielu europejskich urzędników przyznaje to i twierdzi, że najwyższy czas, by Europa podjęła większy wysiłek. Irytują ich jednak sugestie Trumpa, jakoby USA nic nie zyskiwały na tej współpracy. Często przypominają, że wszyscy członkowie NATO wsparli po 11 września operację w Afganistanie, gdzie w wojnie z talibami zginęło ponad 1000 żołnierzy sojuszu spoza USA.
Mimo to wielu ekspertów uważa, że decyzja o przeznaczaniu do 2035 r. 5 proc. PKB na obronność została podjęta zbyt późno.
Największe emocje w Europie budzi jednak nie sama presja na zwiększanie wydatków, ale sposób, w jaki jest ona wywierana.
— Europa jest zirytowana — mówi „Newsweekowi” anonimowy europejski dyplomata, tłumacząc, że chodzi o konfrontacyjny ton obecnej administracji USA.
Dodatkowo irytację wywołały groźby Waszyngtonu sprzed kilku miesięcy dotyczące przejęcia Grenlandii — terytorium należącego do Danii, będącej jednym z państw założycielskich NATO.
Perspektywa, że najpotężniejszy członek NATO mógłby zaatakować innego, zaszokowała wielu Europejczyków i stanowiłaby pogwałcenie prawa międzynarodowego. To przeciwieństwo idei, wokół której powstało NATO: sojusz miał chronić swoich członków przed zagrożeniami z zewnątrz.
Jak zauważa Jim Townsend, były wysokiej rangi urzędnik Pentagonu odpowiedzialny za politykę wobec Europy i NATO, Europa do dziś nie otrząsnęła się z tamtych deklaracji.
Spór o Iran i wycofanie wojsk
Teraz jednak pojawił się nowy wątek.
„Nie przyszli nam z pomocą!!!” — napisał w czwartek Trump, najpewniej odnosząc się do odmowy NATO, by zaangażować się w wojnę z Iranem, którą 28 lutego rozpoczęły USA i Izrael.
Kilka krajów europejskich ograniczyło dostęp Amerykanom do baz na swoim terytorium, uniemożliwiając ataki na Iran, a kanclerz Niemiec Friedrich Merz musiał tonować napięcia z Trumpem po tym, jak stwierdził, że Iran „upokorzył” Stany Zjednoczone.
Obie sytuacje posłużyły za oficjalny powód wycofywania się USA z Europy.
— Stany Zjednoczone bronią Europy od pokoleń, a prezydent powiedział tylko, że nasze samoloty musiałyby startować z europejskich baz lub nasze okręty z portów, by wykonać uderzenia na cele na Bliskim Wschodzie — na irańskie cele, które bardziej bezpośrednio zagrażają interesom Europy niż naszym własnym — mówił Hegseth do ministrów obrony NATO zebranych w Brukseli w zeszłym miesiącu.
— Ale zbyt wielu naszych sojuszników powiedziało „nie”, próbowało nas pogrążyć w zawiłych debatach prawnych lub publicznie krytykowało nas za działania, na które sami nie są gotowi ani nie potrafią ich wykonać. To było haniebne — kontynuował.
Chwilę później Hegseth zapowiedział sześciomiesięczny przegląd rozmieszczenia amerykańskich wojsk w Europie. — To będzie „NATO 3.0” — oznajmił.
Jednak w czwartek wyszło na jaw, że Hegseth planował rzucić na Europę jeszcze większą „bombę” podczas tego spotkania. Szef Pentagonu zamierzał oficjalnie ogłosić wycofanie wojsk z kontynentu — jednak jego deklaracja została zablokowana przez innych wysokich urzędników, w tym sekretarza stanu i doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego Marco Rubio, jak donosi „Wall Street Journal”.
Obecni i byli urzędnicy NATO przyznają, że Europa raczej nie usłyszy w Ankarze konkretnych deklaracji ze strony Waszyngtonu. Powód jest prosty: sama administracja Trumpa nie wypracowała jeszcze wspólnego stanowiska w sprawie przyszłości amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Wątpliwości pojawiają się również wśród republikanów, którzy obawiają się, że ograniczenie liczby amerykańskich żołnierzy mogłoby zostać odebrane przez Rosję jako sygnał słabnącej gotowości USA do obrony sojuszników w NATO.
W zeszłym tygodniu pojawił się kolejny niepokojący dla Europy sygnał. Głównodowodzący wojsk lądowych USA w Europie, generał Chris Donahue, oficjalnie zrezygnował ze stanowiska. Dzień po zakończeniu szczytu w Ankarze przestanie również pełnić funkcję dowódcy wojsk lądowych NATO.
Odejście Donahue, uznawane za efekt „krucjaty” Hegsetha przeciwko „kulturze woke” w amerykańskiej armii, było ciosem dla europejskich sił zbrojnych tuż przed szczytem. Generał cieszył się w Europie szacunkiem i sympatią, a prywatnie przyjaźnił się z szefem brytyjskiej armii, generałem Sir Roly Walkerem.
Nieco bardziej optymistycznie wypowiada się jednak najwyższy dowódca NATO, amerykański generał sił powietrznych Alexus Grynkewich. W czwartek stwierdził, że europejscy sojusznicy „w dużej mierze zdołali wypełnić luki powstałe po ograniczeniu zaangażowania USA” w niektórych planach NATO, a pozostałe braki zostaną uzupełnione „alternatywnymi zdolnościami o równoważnym efekcie”.
W maju Amerykanie zapowiedzieli, że ograniczą środki, jakie zaoferują NATO w sytuacji kryzysowej.
Patrząc w przyszłość
Trudno przewidzieć, jak zachowa się Trump, znany ze swojej nieprzewidywalności, gdy stanie przed mikrofonami i kamerami dziennikarzy w Ankarze.
Przedstawiciele NATO spodziewają się jednak kolejnych krytycznych uwag pod adresem Europy.
— Trump wróci do swojej standardowej listy zarzutów — przewiduje Townsend. Jednocześnie ekspert nie spodziewa się przełomu.
— Nie sądzę, by wysadził szczyt w powietrze albo by Stany Zjednoczone miały opuścić NATO — powiedział „Newsweekowi”.
Podobną ocenę przedstawia drugi europejski dyplomata, który w rozmowie z „Newsweekiem” przyznał, że jest „dość pewny sukcesu spotkania”. Jego zdaniem szczyt powinien przebiec bez publicznych sporów czy większych skandali.
Trump najpewniej powróci jednak do tematów nieangażowania się NATO w sprawę Iranu, wysokości składek i przejmowania inicjatywy przez Europę, a także uszczypliwości pod adresem takich krajów jak Hiszpania, którą Trump nazwał „okropną” za opór wobec presji na wzrost wydatków wojskowych — przewiduje Townsend.
Również Wielka Brytania, która wielokrotnie podkreślała swoją „specjalną relację” z USA, może znaleźć się teraz na celowniku.
W tym tygodniu Londyn ogłosił plan inwestycji w siły zbrojne na najbliższą dekadę. Rząd brytyjski stwierdził, że długo opóźniony Defence Investment Plan (DIP) przygotuje kraj na przyszłość, lecz krytycy od razu podnieśli, że dokument nie trzyma się kupy i na 81 stronach nie odpowiada na wyzwania, zwłaszcza gdy europejskie służby wywiadowcze ostrzegają, że Rosja może zaatakować Europę do 2030 roku.
John Healey, brytyjski minister obrony, zrezygnował tuż przed publikacją DIP, wskazując, że według planu Wielka Brytania zwiększy wydatki na obronność do 2,68 procent PKB dopiero w 2030 roku. Healey uważał, że do tego czasu kraj powinien przeznaczać na wojsko 3 procent PKB.
Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.





