Postaci ze wszystkich filmów Nolana — nawet tych, które powinny wywołać bardzo silne emocje — były niczym mrożone filety z dorsza. Teraz wreszcie mamy prawdziwych żywych ludzi, a nawet postaci półboskie są tak ludzkie, że możemy im współczuć, bo przecież widzimy w nich samych siebie. To my jesteśmy Odysem, Penelopą, Kirke i Kalipso.
Od dawna nie było tak wyczekiwanego filmu jak „Odyseja” Christophera Nolana — kinowa ekranizacja eposu Homera. A przy okazji takiej awantury o obsadę, bo Helenę Trojańską, a zarazem Klitajmestrę zagrała czarna jak węgiel Lupita Nyong’o, zaś w epizodyczną postać Sinona, jednego z żołnierzy Odyseusza, wciela się transpłciowy aktor Elliot Page. Nie wspominając o trzecioplanowych aktorach o różnorodnej karnacji, a nawet skośnych oczach. To, niestety, kwestie coraz bardziej oddziałujące na odbiór filmu. I to zanim ktokolwiek zdąży go obejrzeć.
Największa wartośc „Odysei” Nolana
Puryści wpadną w szał na widok olbrzymów w renesansowych zbrojach siekących mieczami, bo gigantyczni Lajstrygonowie u Homera byli nagusami rzucającymi ogromnymi kamieniami w okręty Odyseusza. Spece od wyposażenia antycznych armii dostaną apopleksji, widząc elementy stroju wojowników z czasów wojny trojańskiej. Inni ubawią się albo wściekną, gdy ujrzą Agamemnona, który przypomina tu bardziej Lorda Vadera niż brodatego Mykeńczyka.
Matt Damon podczas premiery „Odysei” Christophera Nolana w Londynie, 6 lipca 2026 r.
Foto: Isabel Infantes / Reuters
Nie mówiąc o tych, którzy nie pogodzą się z brakiem prawdziwych bogów z mitologii, bo jedyna z boskich osób, jaka nas tu zaszczyca, czyli Atena, jest właściwie wyłącznie fantazją Odyseusza — nie boginią z Olimpu, ale smutną dziewczyną, która chciałaby pomóc człowiekowi, ale nie bardzo umie.
Ale im wszystkim umknie cały przekaz „Odysei” Nolana, który brzmi: człowiek nie może zrzucać swoich nieszczęść na bogów czy Boga, bo wyłącznie on sam ponosi winę za swoje zbrodnie i konsekwencje swoich wyborów. To, co spotyka Odysa i jego ludzi, nie jest zemstą Posejdona, ale konsekwencją złych wyborów ludzkich. Zeus nie decyduje tu o niczym, tym bardziej nie o losie Odyseusza.
Nimfa Kalipso jest zmęczoną kobietą w średnim wieku. To, że gra ją atrakcyjna Charlize Theron, nie znaczy, że mamy do czynienia z wiecznie młodą pięknością, tylko z kobietą, która nie chce spędzić reszty życia samotnie, lecz mieć u boku kochanego mężczyznę. Zdaje sobie jednak sprawę, że ten chce do Penelopy, bo jest dojrzała i mądra. Nie było bardziej ludzkiej nimfy w dziejach kultury, niż ta stworzona przez Nolana.
Odarcie „Odysei” z wszelkiej religijności i pokazanie, że każde zło jest wyłącznie działaniem człowieka, a nie jakichś sił nadprzyrodzonych, to największa wartość tego filmu. Oby nie umknęła ona tym, którzy tracą czas na awantury, czy taka zbroja występowała w antyku i czy starożytna Greczynka mogła być czarna. Hmm, skoro była córką królowej Sparty zapłodnionej przez Zeusa, który przybrał postać łabędzia, to musiała być biała! No chyba że łabędź był czarny, bo przecież takie też się zdarzają.
Zdumiewający kult Christophera Nolana
Ale nie byłoby całej awantury, gdyby nie to, że „Odyseję” wyreżyserował Christopher Nolan, człowiek który został namaszczony przez krytyków i widownię na najważniejszego współczesnego twórcę kina, geniusza i wizjonera. I zdumiewający fenomen kultu Nolana wydaje się o wiele ciekawszy niż internetowe awantury wokół obsady.
Szaleństwo wokół „Odysei” spowodowało, że pojawiło się nawet przekonanie, że nikt przed Nolanem nie odważył się zekranizować poematu Homera. Tymczasem ledwo dwa lata temu powstał „Powrót Odysa” z Ralphem Fiennesem jako Odyseuszem i Juliette Binoche w roli Penelopy. Owszem, to kameralny film przypominający solidne telewizyjne produkcje BBC, a nie epickie kino za setki milionów dolarów, ale jednak nie Nolan pierwszy poważył się zmierzyć z „Odyseją”. Jest też „Odyseja” Andrieja Konczałowskiego sprzed trzydziestu lat — średnio udana i dość biedna, ale jest. Chociaż więc nie Nolan pierwszy zabrał się za Homera, dla jego wyznawców chyba tylko on jest godzien ekranizować najważniejsze eposy w dziejach kultury.
Odyseusz Nolana — zmęczony, starzejący się mężczyzna
„Odyseja” Nolana jest przede wszystkim filmem na nasze czasy i pokazuje uniwersalność Homera — nieważne rekwizyty i odcień skóry. Bohaterowie wyprawy Odyseusza nie są bohaterami eposu heroicznego, ale prymitywnymi żołdakami. Tak jak zdobycie Troi pokazane jest jako urządzona przez prymitywnych siepaczy jatka. Wojna nie jest nigdy zmaganiem szlachetnych wojowników, ale masakrą urządzaną przez pełnych nienawiści i strachu facetów, którzy chcą zabijać, żeby sami nie zginąć. Wątek konia trojańskiego jest wręcz obłędny: ściśnięci w jego wnętrzu Achajowie, przerażeni i zdesperowani, sami nie wiedzą, czy nie zginą w płomieniach bądź nie utoną — koń jest wydobyty przez Trojańczyków z morza, a później chcą go oni spalić.
Odyseusz jest zmęczonym, starzejącym się mężczyzną, który rozumie, że dał się wkręcić w idiotyczną wojnę, w której naprawdę chodziło o panowanie nad szlakami handlowymi, a nie walkę o honor.
Są tu momenty fenomenalne, jak pobyt Odysa i jego ludzi w jaskini Poilifema. Cyklop jest naprawdę ogromny, przerażający i jednocześnie przejmujący, tak bardzo ludzki w swojej potworności, że możemy mu współczuć. Genialna jest scena, gdy Kirke zamienia ludzi Odysa w świnie. To scena odrzucająca swoją obrzydliwością, ale jakże prawdziwa — wojacy Odysa naprawdę są świniami, tyle że w ludzkim ciele. A sama Kirke to pani w średnim wieku, zgorzkniała i odrzucona przez świat. Czarodziejka, która tutaj jest bardziej terapeutką Odyseusza niż mistrzynią magii.
Kkiedy trzeba, Nolan potrafi się powstrzymać i osiągnąć więcej, pokazując mniej. Wątek mijania wysp, gdzie śpiewają syreny, jest świetny przez swój minimalizm — gdzieś na skałach widzimy kobiece postacie, ale niewyraźnie, ledwo zarysowane, a cała groza ich śpiewu jest pokazana przez cierpienie przywiązanego do masztu Odyseusza.
Film Nolana — być może najlepsza „Odyseja” na dzisiejsze czasy
Bałwochwalczy kult Nolana powoduje, że niemal wszystko, czego reżyser „Incepcji” się dotknie, uważane jest za arcydzieło i analizowane jak skomplikowane równanie matematyczne. Mimo że niekoniecznie na to zasługuje. „Odyseja” nie jest arcydziełem, ale to wyjątkowo solidny i wart spędzenia trzech godzin w kinie film. Jest może najlepszą „Odyseją” na dzisiejsze czasy — czasy trwogi i chaosu, kiedy musimy zrozumieć, że nie rządzą nami fatum, klątwa, bogowie, sprzysiężenia złych mocy, ale to my niszczymy z zaciekłością nasz świat.
Zapewne puryści wyłapią jedno zdanie Odysa, którego nie ma u Homera, bo nie może być: „Kończy się epoka brązu”, powiada nasz bohater, który nie wiedział przecież, że żyje w epoce brązu. Ale to odautorski komentarz samego Nolana włożony w usta Matta Damona doskonale dobranego do roli Odyseusza. Odys mówi o końcu cywilizacji, ale nie mykeńskiej przecież, tylko naszej, dzisiejszej, XXI-wiecznej. Powracający wciąż wątek nadciągających „ludów morza”, które zniszczą tę cywilizację (w istocie tajemnicze „ludy morza” przyłożyły się do upadku kultury mykeńskiej), to kolejna metafora. Tyle że dziś „ludami morza” jesteśmy my sami, w samobójczym amoku niszczący nasze dziedzictwo i kulturę, jaką mozolnie tworzyliśmy przez epoki.
„Odyseja” — najważniejszy film Christophera Nolana
Choć do twórczości Nolana mam mnóstwo zastrzeżeń, do jego kultu podchodzę jednak poważnie. Niedawno wybrałem się na „Following”, debiutanckie dzieło Nolana, niskobudżetowy i zagrany przez amatorów film czerpiący pełnymi garściami z kina noir, który teraz, po czterdziestu latach od premiery wszedł na nasze ekrany. W poniedziałkowy wieczór sala była zapełniona niemal do ostatniego miejsca i to wyłącznie przez młodych, w wieku licealno-studenckim, widzów. To znaczy, że młodzi kinomani mają swojego reżysera, tak jak poprzednie pokolenia miały swoich. Kiedyś młodzi masowo szli na Antonioniego, Felliniego, czy też Coppolę lub Scorsesego, dzisiaj idą na Nolana.
Jego fenomen tłumaczy się tym, że chociaż robi filmy ambitne, artystyczne, odnosi oszałamiające sukcesy komercyjne. Tyle że Nolan nie jest twórcą wysokoartystycznego kina, ale kina komercyjnego, gatunkowego, które obleka się w szaty niebywale ambitnej sztuki. A że te filmy, które oglądamy nie tylko jako rozrywkę, lecz także jako rzekomo wielkie dzieła sztuki, przynoszą gigantyczne wpływy, to inna rzecz.
Obłędne zyski w okolicach miliarda dolarów przyniósł „Mroczny rycerz” czy „Oppenheimer”. Ale Kilka było kompletnie niezrozumiałych. „Incepcja”, „Interstellar”, „Tenet” czy wczesne „Memento” — zafiksowane na pokrętnych teoriach czasu, korzystające ze skomplikowanych zasad matematyki i fizyki — zmuszały widza do zastanawiania się, o czym dokładnie opowiadają. I to właśnie sprawiło, że Nolan stał się tak uwielbianym twórcą — miliony widzów prowadziły niekończące się debaty osobiście i na forach dyskusyjnych, szukając odpowiedzi na pytanie, o czym opowiada film i jaka jest jego fabuła. „Incepcja” i „Tenet” to chyba filmy, na których najwięcej osób połamało klawiatury, usiłując wytłumaczyć piętrowość zabiegów reżysera. A potem ponownie oglądały te układanki, by szukać kolejnych poziomów snów i odnajdując ukryte sensy. Z żadnym pożytkiem zresztą.
To, że do większości filmów Nolana należałoby dołączać instrukcję ich obsługi sprawiło, że można o nich dyskutować do końca świata, a nawet odkrywać przesłania, o których nie miał pojęcia nawet sam reżyser.
Obejrzenie wszystkich filmów Nolana — od debiutanckiego „Following” po „Tenet” — przynosiło jeden wniosek: boahterowie jego filmów nie są żywymi ludźmi, ale figurami na szachownicy, pionkami w wielkiej grze brytyjskiego reżysera. Nolan był jak naukowiec w laboratorium poddający wiwisekcji królika doświadczalnego albo obserwujący pod mikroskopem robaczki. Postaci ze wszystkich filmów Nolana — nawet tych, które powinny wywołać bardzo silne emocje jak „Dunkierka” — były niczym mrożone filety z dorsza. Może z wyjątkiem Ala Pacino w „Bezsenności”, jedynym filmie Nolana, który nie był jego autorskim dziełem, ale pracą zleconą, remakiem norweskiego kryminału. Ale „Bezsenność” — thriller policyjny, jakich wiele — zupełnie nie pasuje do filmografii Nolana, choć wart jest obejrzenia bardziej, niż puste jak tykwa intelektualne popisy w rodzaju „Tenet”.
Teraz wreszcie mamy prawdziwych żywych ludzi, a nawet postaci półboskie są tak ludzkie, że możemy im współczuć, bo przecież widzimy w nich samych siebie. To my jesteśmy Odysem, Penelopą, Kirke i Kalipso. Nareszcie bohaterowie Nolana mają w sobie prawdziwą złość, autentyczną rozpacz, obrzydliwą nienawiść. I grają kapitalnie, a szczególnie Robert Pattison jako Antinoius — oślizgły, podły, dwulicowy zalotnik Penelopy. To wybitna rola doskonałego aktora, który już dawno uciekł z szufladki przystojnego wampira, w którym kochają się licealistki.
„Odyseja” jest z pewnością najważniejszym filmem Nolana. Filmem, o którym warto rozmawiać i poddawać poważnej analizie, o wiele bardziej niż jego popisowe łamigłówki z czasów „Incepcji”.




