Od samolotów rozpoznawczych i tankowców po satelity i oprogramowanie dowodzenia — militarnie Europa wciąż jest mocno uzależniona od Stanów Zjednoczonych. Próbuje więc opracować własne systemy. Ale komunikat od Donalda Trumpa brzmi: „Chcę, żebyście byli niezależni. Ale nie za bardzo”. Prezydent zachowuje się trochę jak toksyczny partner.
Każdego roku dziesięć dni po amerykańskich obchodach niepodległości Francja upamiętnia własny przełomowy moment w historii — święto narodowe ustanowione po zdobyciu 14 lipca 1789 r. słynnego francuskiego więzienia politycznego przez rewolucjonistów. Dzień Bastylii. Od 1880 r. niemal zawsze obchody uświetnia defilada wojskowa. W tym roku prezydent Emmanuel Macron postawił na wielki rozmach. Rekordowe 7600 żołnierzy z całej Europy przemaszerowało obok najbardziej rozpoznawalnych miejsc w stolicy Francji. Obserwował to m.in. Wołodymyr Zełenski i tłum przywódców europejskich sojuszników, a nad ich głowami przelatywały samoloty z dziesięciu krajów NATO.
Ten imponujący pokaz siły militarnej skrywał jednak pewną niewygodną prawdę — gdyby europejskie siły zbrojne musiały w najbliższym czasie stanąć do wojny, nadal byłyby w dużej mierze uzależnione od sprzętu, danych i pieniędzy ze strony swojego transatlantyckiego sojusznika. Macron i jego europejscy partnerzy są boleśnie świadomi tej sytuacji, a plany Donalda Trumpa dotyczące ograniczenia obecności amerykańskich wojsk na Starym Kontynencie oraz płynące z jego strony groźby wycofania USA z NATO doprowadziły do powstania lawiny projektów mających zapewnić europejskim armiom przynajmniej częściową niezależność od Pentagonu i amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego.
Pytanie brzmi: czy którykolwiek z tych planów ma szansę się powieść?
Obchody dnia Bastylii w Paryżu, 12 lipca 2026 r.
Foto: Jumeau Alexis/ABACA / ABACA
USA i Europa jak toksyczny związek
Wiele firm upada, gdy ich możliwości produkcyjne zdecydowanie przewyższają popyt klientów. W przypadku branży obronnej Europy problem jest odwrotny. Europejskie kraje same są odbiorcami swojego sprzętu, a zapotrzebowanie nigdy nie było większe. Jednak koniec zimnej wojny zapoczątkował dekady niedoinwestowania w obronność, a przemysłowa baza kontynentu została rozdrobniona na linie krajowe i regionalne.
Obecnie, ponad cztery lata po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę (która była dla Europy ogromnym sygnałem alarmowym), Unia Europejska oraz partnerzy z NATO, tacy jak Wielka Brytania i Norwegia, mierzą się z dwiema równoległymi trudnościami: zwiększeniem produkcji uzbrojenia do poziomu odpowiadającego zapotrzebowaniu oraz uproszczeniem procedur zakupowych i użytkowania sprzętu przez własne armie.
Określająca podejście UE do zbrojeń do 2035 r. europejska strategia przemysłu obronnego ma na celu ograniczenie biurokracji przy zamówieniach. Zachęca też państwa członkowskie do wydawania przynajmniej połowy budżetu na sprzęt wojskowy na produkty rodzimej produkcji. UE ogłosiła różne programy finansowania, z których najważniejsze to bezpośrednie dotacje pokrywające koszty zwiększania mocy produkcyjnych przez producentów oraz ramy prawne, które umożliwiają zwolnienia podatkowe dla grup krajów, jeżeli zdecydują się wspólnie kupować systemy uzbrojenia. Trump nie chciałby jednak dopuścić zbytniego przyspieszenia tych działań w Europie.
Na wieść o możliwym wprowadzeniu surowszych przepisów o preferencji europejskiej, które ograniczają zakupy sprzętu od dostawców spoza Europy, Biały Dom zagroził odcięciem Europejczykom dostępu do amerykańskich platform zbrojeniowych, które nadal wspierają zdolności armii Starego Kontynentu.
To właśnie tutaj leży jeden z największych atutów Waszyngtonu wobec sojuszników po drugiej stronie Atlantyku. Na mocy amerykańskich przepisów o kontroli eksportu uzbrojenia (ITAR) Stany Zjednoczone mogą ograniczać, zawieszać lub cofać dostęp zagranicznych klientów do technologii i danych wojskowych, także w przypadku już zakupionych i wdrożonych platform. Innymi słowy, Trump mówi Europie: „Chcę, żebyście byli niezależni. Ale nie za bardzo”. Trochę jak toksyczny partner.
Europejski problem obrony przeciwlotniczej
Za każdym razem, gdy w mediach pojawia się zdjęcie rosyjskich rakiet balistycznych uderzających w bloki mieszkalne w Ukrainie, tysiące europejskich oficerów wojskowych zgrzyta zębami. Każda taka fotografia przypomina bowiem, że europejska obrona przeciwlotnicza dopiero raczkuje i jest dramatycznie nieprzygotowana na odparcie podobnych ataków — a wojskowi już wiedzą, że to właśnie ten element przesądzi o wyniku każdego większego konfliktu.
Inicjatywa European Sky Shield (ESSI) to szybka odpowiedź na te obawy. Prowadzona przez Niemcy ESSI przyspiesza zakupy sprawdzonych platform obrony powietrznej sojuszników, w tym niemieckiego systemu IRIS-T krótkiego zasięgu, amerykańskiego systemu Patriot średniego zasięgu oraz izraelskiego Arrow 3 dalekiego zasięgu — w celu stworzenia mozaikowej, paneuropejskiej tarczy.
Oczywiście, nie do końca wpisuje się to w unijną ideę „kupuj lokalnie”. Dlatego podczas ostatniego szczytu NATO w Turcji dziesięć państw europejskich — w tym Ukraina, Francja, Niemcy i Wielka Brytania — ogłosiło powstanie nowej koalicji antyrakietowej, a europejscy giganci zbrojeniowi (MBDA, Airbus i Thales) pracują nad własnymi systemami przechwytującymi rakiety hipersoniczne i dalekiego zasięgu. Żadne z tych nowych typów uzbrojenia nie będzie jednak gotowe do ewentualnego użytku w tej dekadzie.
Tymczasem w zeszłym tygodniu Biały Dom z satysfakcją ogłosił, że producent rakiet Patriot firma Lockheed Martin otwiera w Europie centrum serwisowe dla rakiet, a Trump sugerował, że może zaoferować Ukrainie licencje na produkcję własnych Patriotów… oczywiście pod warunkiem uzyskania wątpliwej i ciągle zmieniającej się aprobaty USA.
Precyzyjne i dalekosiężne uderzenia
Europa musi umieć obronić się przed rosyjskimi atakami, jednak powinna też mieć możliwość odwetu. Siły zbrojne kontynentu potrzebują rakiet i dronów dalekiego zasięgu, które mogłyby niszczyć rosyjskie lotniska, wyrzutnie, systemy obrony przeciwlotniczej i centra zaopatrzenia głęboko za linią granicy. Obecnie większość konwencjonalnych systemów europejskich ledwo przekracza zasięg 500 km.
Z wyłączeniem dostarczanych przez USA pocisków Tomahawk i bardzo ograniczoną liczbą francuskich rakiet odpalanych z morza bilans sił pomiędzy Rosją a Europą — jeśli chodzi o zasięg — wypada zdecydowanie na korzyść Władimira Putina. Znane jako ELSA europejskie podejście do uderzeń dalekiego zasięgu łączy producentów zbrojeniowych z Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Włoch, Polski i Szwecji w celu wspólnego opracowania broni o zasięgu do 2000 km i więcej. Wielka Brytania i Niemcy traktują ten projekt poważnie — przewodzą grupie 12 państw NATO, które zobowiązały się przeznaczyć na takie inicjatywy ponad 50 mld dol.
Londyn i Berlin w ramach porozumienia Trinity House pracują nad własnym pociskiem dalekiego zasięgu odpalanym z ziemi, a brytyjsko-niemiecka firma Hypersonica w tym roku po raz pierwszy skutecznie przetestowała europejski prototyp rakiety hipersonicznej. Sam Cranny-Evans — redaktor „Calibre Defence” i ekspert think tanku RUSI — pochwalił europejskie kraje za szybkie zwiększanie mocy produkcyjnych, ale zaznaczył, że tempo inwestycji wymagane do opracowania zaawansowanej amunicji uderzeniowej jest niezwykle wysokie.
— Europa dobrze sobie radzi w dziedzinie wojsk lądowych i morskich, jeśli chodzi o zamówienia i produkcję na własnym kontynencie. Problemy zaczynają się w powietrzu, przy zdolnościach do tłumienia wrogiej obrony przeciwlotniczej — podkreśla Cranny-Evans w rozmowie z „Newsweekiem”. — Najnowsze szacunki wskazują, że tylko w ostatnich atakach na Iran USA zużyły ok. 13 tys. precyzyjnych pocisków, nie licząc rakiet obronnych takich jak Patriot. Konflikt między Europą a takim przeciwnikiem jak Rosja oznaczałby konieczność zużycia tego typu amunicji na znacznie większą skalę.
Brakujące myśliwce piątej i szóstej generacji
W tym obszarze złote kajdanki Europy wydają się być zaspawane na stałe. Europejskie siły powietrzne korzystają z kilku potężnych myśliwców własnej produkcji, takich jak Eurofighter Typhoon, francuski Rafale (produkowany przez Dassault) czy szwedzki Gripen (produkowany przez SAAB). Jednak żaden kraj europejski nie stworzył tzw. myśliwca piątej generacji — samolotu łączącego cechy stealth z najnowocześniejszą awioniką i sensorami, czyli kompletnego pakietu zapewniającego pełną dominację w powietrzu. W tym zakresie Europa jest w pełni uzależniona od amerykańskich F-35, które są bezkonkurencyjne zarówno pod względem możliwości, jak i ceny.
Co więcej, tempo rozwoju technologii sprawia, że już wkrótce na rynek trafią samoloty nowej generacji. F-22 Raptor — inny myśliwiec piątej generacji, którego sprzedaży USA odmówiły nawet sojusznikom, uznając go za zbyt zaawansowany — zostanie zastąpiony przez F-47 szóstej generacji już na początku lat 30. XXI w. Według analityków Chiny posiadają już dwa różne prototypy szóstej generacji.
Tymczasem próba zbudowania przez Europę własnego myśliwca nowej generacji — projektu New Generation Fighter (NGF) — rozpadła się w tym roku po dekadzie inwestycji rzędu dziesiątek miliardów dolarów, prawdopodobnie w wyniku nierozwiązanych sporów między francuskimi a niemieckimi firmami. Jedynym pozostałym w grze projektem jest Global Combat Air Program, który łączą Wielką Brytanię i Włochy z Japonią. Perspektywy tego przedsięwzięcia wyglądają bardziej obiecująco — w lipcu trzy rządy przyznały kontrakt o wartości 4,6 mld funtów na zaawansowaną fazę projektowania i rozwoju samolotu pod nazwą Tempest. Jednak nawet jeśli zostanie on wprowadzony do służby zgodnie z planem, czyli w 2035 r., USA i Chiny będą już znacznie wyprzedzać Europę. Do tego czasu Stary Kontynent pozostaje więc przy bardzo kosztownym F-35.
— Wiele państw Europy i firm zbrojeniowych produkuje części i uzbrojenie do F-35 lub prowadzi centra serwisowe dla tej floty, więc Europa ma swój udział w tym programie. F-35 jednak mocno wiąże UE z USA i wyjście z tej zależności będzie bardzo trudne — podkreśla Cranny-Evans.
USA i przestarzały arsenał Europy
Współczesne wojny pokazują, że systemy uzbrojenia są skuteczne tylko wtedy, kiedy stoją za nimi: nowoczesna taktyka i odpowiednie dane. Od samolotów rozpoznawczych, tankowców po satelity i oprogramowanie dowodzenia — właśnie w tej krytycznej sferze Europa wciąż jest mocno uzależniona od Stanów Zjednoczonych.
Jeśli chodzi o sprzęt, według danych Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych, państwa NATO w Europie dysponują łącznie 47 samolotami do zadań wywiadowczych. Amerykanie posiadają co najmniej 80 takich maszyn oraz dodatkowo 34 samoloty przeznaczone wyłącznie do przechwytywania komunikacji przeciwnika. Europa planuje zmodernizować starzejącą się flotę samolotów wczesnego ostrzegania i dowodzenia modelem GlobalEye — zaawansowaną platformą ISR produkcji szwedzkiego Saaba i kanadyjskiego Bombardiera, ale na razie niemal całkowicie polega na samolotach produkowanych w USA.
W zakresie oprogramowania francuska firma Mistral podpisała w styczniu umowę z armią na dostawy zaawansowanych modeli sztucznej inteligencji do zastosowań militarnych, a francuska agencja ds. AI współpracuje z tym przedsiębiorstwem, by przyspieszyć badania i testy wojskowego AI. Jednocześnie wojska Finlandii i Estonii testują wojskowy program AI opracowany przez laboratorium NestAI z Helsinek.
Problem Europy nie polega jednak na tym, że Amerykanie mają po prostu „mądrzejszy” model AI. Potężny kapitał prywatny i niemal nieograniczony popyt na inwestycje sprawiają, że amerykańskie firmy technologiczne i laboratoria AI tworzą nowatorskie rozwiązania w zawrotnym tempie, a także dysponują mocą obliczeniową niezbędną do dalszego rozwoju tych technologii. Spektakularny sukces firm takich jak OpenAI, Anthropic i Google pozwolił każdej z nich zdobyć kontrakty z Pentagonem warte setki mln dol.
Podobnie duża przepaść dzieli Europę i USA w dziedzinie oprogramowania dowodzenia i kontroli — na tym rynku dominuje słynny Palantir. W marcu 2025 r. NATO zakupiło system Maven Smart, flagowe oprogramowanie Palantira z funkcjami AI, i wdrożyło je we wszystkich krajach sojuszu. Kilka państw, takich jak Francja czy Niemcy, ograniczyło jego użycie na rzecz własnych rozwiązań, a Ukraina opracowała swój autorski system DELTA, który bardzo skutecznie pomaga wojskom Zełenskiego odpierać rosyjską ofensywę.
Jak niedawno powiedział jednak w rozmowie z „Politico” jeden z czołowych dowódców NATO odpowiedzialnych za innowacje i odporność sojuszu: — Z tego, co wiem, na dziś nie ma realnej konkurencji dla Palantira.
Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.






