Jeszcze kilka lat temu pseudomedycyna była traktowana jak margines. Dziś, gdy liczba odmów szczepień rośnie, a teorie spiskowe zdobywają polityczne wsparcie i milionowe zasięgi w mediach społecznościowych, eksperci alarmują, że państwo przegrywa walkę z medyczną dezinformacją. Czy przyjęte właśnie „lex szarlatan” pozwoli powstrzymać sprzedawców cudownych terapii i lekarzy oferujących pseudonaukowe leczenie?
Dlacego ruch antyszczepionkowy rośnie w siłę? – Dla wielu osób szczepienia to element tożsamości polityczno-religijnej, a nie kwestia ochrony zdrowia – tłumaczy bioetyk Jakub Zawiła-Niedźwiecki. W rozmowie z Jakubem Majmurkiem opowiada o
Newsweek: Czy mamy w Polsce aż tak duży problem z pseudomedycyną i dezinformacją medyczną, że potrzebujemy specjalnego „lex szarlatan”, żeby sobie z tym poradzić?
Jakub Zawiła-Niedźwiecki, bioetyk: Niestety, mamy coraz większy problem, do tego stopnia, że zaczynamy dyskutować, czy wirusy istnieją. Rozpowszechnianie się pseudonaukowych teorii może być destabilizujące społecznie i jest w interesie zewnętrznych aktorów. Nie jest przypadkiem, że wiele „pandemiosceptycznych” kont w mediach społecznościowych, gdy wybuchła pełnoskalowa wojna w Ukrainie, z dnia na dzień przekształciło się w antyukraińskie.
Te problemy nie ograniczają się do Polski. Teorie pseudomedyczne masowo produkuje świat anglosaski, teraz mają one oficjalne wsparcie w administracji Trumpa. Potęgą w ich produkcji był kiedyś Związek Radziecki, wiele z nich przeniknęło stamtąd do Polski.
Wśród ludzi, którzy zajmują się walką z pseudonaukową dezinformacją, narasta poczucie, że sobie nie radzimy z tym problemem i od kilku lat po prostu przegrywamy.
Od czasu pandemii? To wtedy zaufanie do nauki w społeczeństwie się załamało?
— Stało się coś, przed czym wielu ekspertów od dawna ostrzegało: pseudonauka stała się narzędziem partyjnego sporu, politycy odkryli, że na kwestionowaniu nauki można budować polityczny kapitał.
W pandemii eksperci mówili trudne rzeczy, rekomendowali środki, które były kosztowne dla wielu grup społecznych. A my jako społeczeństwo zupełnie już wyparliśmy to, czym była pandemia, jak wiele osób w jej wyniku straciło życie.
Przy okazji pandemii ujawnił się opór wobec szczepień. Antyszczepionkowcy to największy problem pseudomedyczny czy oni są po prostu najbardziej widoczni?
— Antyszczepionkowców możemy najłatwiej policzyć. Są oficjalne statystyki odmów szczepień, widzimy, jaka jest skala i że problem znacząco rośnie. W 2010 r. odmowy to były niewielkie liczby, dziś idzie to w dziesiątki tysięcy rocznie — co przy malejącej liczbie urodzeń jest naprawdę poważną sprawą.
Skąd bierze się lęk przed szczepionkami?
— Trudno na to pytanie odpowiedzieć. Ten lęk występował, odkąd pojawiła się pierwsza szczepionka przeciw ospie. Towarzyszyły jej protesty, pojawiały się też karykatury przedstawiające ludzi zmieniających się w krowy — bo szczepionka pochodziła od tych zwierząt. Gdy parlament brytyjski wprowadził obowiązek szczepień w 1853 r., skończyło się to zamieszkami w kilku miejscowościach.
Zrozumienie tego jest trudne, bo w przeszłości ludzie doskonale zdawali sobie sprawę, jak dramatyczne mogą być konsekwencje czarnej ospy czy polio. Dziś dzięki sukcesom szczepionek straciliśmy świadomość tego, jak wyglądały choroby, przed którymi one miały chronić. Jest to jeden z powodów sukcesów współczesnych ruchów antyszczepionkowych.
W trakcie pandemii widzieliśmy, jak umierają ludzie, a mimo to szerzyły się teorie antyszczepionkowe.
— Co ma związek z drugim zjawiskiem kluczowym dla zrozumienia sukcesu całej pseudomedycyny: rewolucją antypaternalistyczną w ochronie zdrowia. Ona obaliła paternalizm wpisany wcześniej w relację pacjent-lekarz, upodmiotowiła pacjenta, uczyniła go bardziej świadomym. Ale ma to też swoją negatywną stronę: pacjent jest przekonany, że wszystko wie lepiej, i coraz trudniej jest wdrażać środki zdrowia publicznego, które były oczywistością przez kilkaset lat.
Gdy w połowie XIX w. lekarz John Snow zablokował mieszkańcom Londynu dostęp do zakażonej cholerą pompy wody — co uważane jest za jedną z pierwszych interwencji na rzecz zdrowia publicznego — nie byli oni szczęśliwi, ale nie wybili mu okien, a w pandemii obserwowaliśmy tego typu reakcje.
Dla wielu osób szczepienia to element tożsamości polityczno-religijnej, a nie kwestia ochrony zdrowia.
Co poza odmowami szczepień jest jeszcze problemem?
— Jako przykład pseudomedyczny często wymienia się biorezonans. I faktycznie w Polsce jest on wszechobecny: nie ma w zasadzie miasta, gdzie nie byłoby gabinetu biorezonansu, statystyczny Polak ma go w odległości kilkunastu kilometrów od domu. W takich gabinetach leczy się wszystkie choroby — choć najczęściej z biorezonansu wychodzi, że pacjent ma robaki. Wszystko zależy jednak od tego, kto obsługuje maszynę robiącą „ping” — bo poza wydawaniem dźwięku „ping” maszyna do biorezonansu nie robi niczego innego, a na pewno niczego nie diagnozuje.
Jednak większy problem niż z ludźmi, którzy prowadzą jakąś działalność paramedyczną, jest z lekarzami, którzy oferują pacjentom pseudonaukowe, szkodliwe terapie.
Mamy z tym problem w Polsce?
— Tak, np. z leczeniem boreliozy. Borelioza jest oczywiście poważną chorobą. Istnieje natomiast pseudonaukowa teoria tłumacząca wszystkie niewyjaśnione objawy u pacjenta „przewlekłą boreliozą”, która po prostu nie istnieje. Tacy lekarze leczą ją długotrwałą, czasem nawet wieloletnią antybiotykoterapią, stosując obciążające leki przeciwgruźlicze i antymalaryczne. To ma fatalne skutki nie tylko dla tych pacjentów, ale także dla zdrowia publicznego. Bo nadużywanie antybiotyków może sprzyjać rozwojowi antybiotykoopornych bakterii. Niedawno pojawiły się np. informacje o antybiotykoopornej rzeżączce.
Jak wielu lekarzy było w to zaangażowanych?
— Nie znam takich danych, ale w internecie bez problemu znajdzie pan informacje, kto dobrze diagnozuje „przewlekłą boreliozę”. W mediach społecznościowych funkcjonuje wtórny rynek antybiotyków na „przewlekłą boreliozę”. Jakiś lekarz je wcześniej musiał zapisać. Na forach pacjentów można przeczytać np. o wysyłaniu próbek medycznych do rozmaitych krajów za pośrednictwem klinik, które prowadzą lekarze. W trakcie pandemii mieliśmy z kolei problem z wypisywaniem recept na rozmaite środki mające rzekomo leczyć covid mimo braku ku temu stosownych dowodów.
Środowisko lekarskie na to wszystko nie reagowało?
— Były wydawane różne oświadczenia, choć można się pewnie zastanawiać, czy nie zbyt mało i nie zbyt późno. Trudno jest znaleźć lekarza, który pod nazwiskiem poszedłby do mediów i powiedział, że to, co robią jego koledzy, to szarlataneria. I w sumie trudno się dziwić, bo reakcją może być agresja ze strony ludzi wierzących takim lekarzom. To nie znaczy, że takich zaangażowanych lekarzy nie ma — są i często ponoszą rozmaite przykre konsekwencje.
„Lex szarlatan”, ustawa przyjęta niedawno przez Sejm, daje państwu narzędzia, by walczyć z tymi praktykami?
— Ona daje pewne narzędzia rzecznikowi praw pacjenta, który będzie mógł wydawać ostrzeżenia w sprawie pseudomedycznych praktyk, wzywać do zaprzestania praktyk szkodliwych dla pacjentów i nakładać kary na zaangażowane w nie podmioty. I to są na pewno dobre zmiany.
Kluczowe jest pytanie: jak będzie stosowane to prawo? Czy państwu faktycznie starczy determinacji, by z niego korzystać? Czy będzie w stanie walczyć z oszustami obiecującymi zdesperowanym ludziom „cudowne terapie” rzekomo leczące raka, czy skupi się na osobie prowadzącej gabinet bioenergoterapii?
Sektor pseudomedyczny to są naprawdę wielkie pieniądze, można powiedzieć, że to jest wręcz coś podobnego do przestępczości zorganizowanej. A walka z takimi zjawiskami nigdy nie jest łatwa. Jeśli urzędnik, nawet mający prawo po swojej stronie, będzie w niej osamotniony, jeśli nie otrzyma odpowiedniego wsparcia od państwa, to będzie bezradny.
Rzecznik praw pacjenta nie jest prokuraturą i nowa ustawa nie daje mu też takich kompetencji. Nie ma aparatu śledczego, więc jeśli nawet ma doniesienia o nieprawidłowościach, to nie zawsze jest w stanie ustalić, co się naprawdę dzieje. Kluczowe będzie więc to, czy instytucje posiadające takie narzędzia będą zdeterminowane do działania.
Inna kwestia to np. homeopatia. To jest tolkienowski „jedyny pierścień” mogący rządzić wszystkimi teoriami pseudomedycznymi — tak absurdalna jest ta koncepcja.
Ustawa nie daje narzędzi, by z tym walczyć?
— W polskim prawie, za prawem unijnym, mamy niestety wpisany wyjątek mówiący, że homeopatia nie jest objęta systemem regulacji leków. Producent preparatu homeopatycznego nie musi udowadniać, że on jest skuteczny, musi tylko udowodnić, że jest zgodny z zasadami homeopatii. Program studiów farmaceutycznych, zatwierdzony przez Ministerstwo Zdrowia, zawiera treści dotyczące produkcji preparatów homeopatycznych. Dostępne są one w aptekach i samorząd aptekarski uważa, że to legalne środki.
Jak mamy walczyć z pseudomedycyną, jeśli jej ważna gałąź ma oficjalny status na gruncie prawa? Samorząd lekarski stoi tu po jasnej stronie mocy, wydaje klarowne stanowiska w sprawie homeopatii, ale jej obrońcy powołują się np. na wolność gospodarczą.
Wracając do ustawy: jako bioetyk muszę powiedzieć, że najlepsza ustawa i urzędnicy zdeterminowani, by ją wdrażać, to tylko gaszenie pożaru, a trzeba się zająć jego przyczynami.
Jakimi?
— Z czego wynika popularność pseudomedycyny? Między innymi z tego, że w polskiej ochronie zdrowia ludzie nie czują się zaopiekowani. Badania opinii publicznej pokazują, że pacjenci w Polsce nie są zadowoleni z tego, jak działa ochrona zdrowia, a obiektywne dane, jakie do nas spływają, potwierdzają, że mają powody, by nie być. Dopóki tak będzie, to żadne ustawy nie pomogą — bo żaden lekarz, nawet w prywatnym gabinecie, nie da pacjentowi tego, co szarlatan może mu obiecać. Nie chodzi tylko o obiektywne funkcjonowanie ochrony zdrowia, ale o społeczny odbiór jej działania, co niekoniecznie jest tym samym.
Jakub Zawiła-Niedźwiecki
Foto: materiały prywatne
Mamy jakieś dane, kto w Polsce ulega obietnicom szarlatanów? Jak podatność na ich obietnice ma się do wieku, miejsca zamieszkania, wykształcenia, zamożności?
— Niedawno pojawiło się badanie CBOS, które pokazuje, że większą odporność na dezinformację medyczną wykazują osoby starsze, które większość życia spędziły w świecie, w którym nie dokonała się rewolucja antypaternalistyczna.
Wiemy też np., że wśród antyszczepionkowców więcej jest osób z wyższym wykształceniem. I globalnie wśród badaczy pseudomedycyny pojawia się hipoteza, że jej ofiarami najczęściej padają osoby najgorzej i najlepiej wykształcone. Bo wykształcenie czasem paradoksalnie szkodzi — pacjent potrafi szukać informacji, ale już nie ma wiedzy medycznej, by je zweryfikować, i pada ofiarą szarlatanów.
A jakie są związki pseudomedycyny i polityki? W Sejmie PiS wstrzymało się od głosu w sprawie „lex szarlatan”, a Konfederacje głosowały przeciw. Pseudomedycyna to dziś jeden z tematów prawicy i skrajnej prawicy?
— Sam nie uznaję podziału prawica-lewica za szczególnie pomocny, ale trzymając się go: tak, te tematy podejmowane są przez partie uznawane za prawicowe. To trend idący z USA, który przypieczętowało przejście czołowego antyszczepionkowca tego kraju, Roberta Kennedy’ego, na stronę Trumpa.
Ciekawe jest tu pęknięcie PiS, bo partia ma z jednej strony grupę polityków wspierających pseudomedycynę, ale z drugiej strony są tam też lekarze, którzy zdają sobie sprawę z jej zagrożeń, a partia ma starszy elektorat, który jest mniej podatny na alt-med.
Jednak także na lewicy mamy środowiska przychylne pseudomedycynie. Najczęściej przyjmuje to formę przekonania, że koncerny farmaceutyczne nas trują, a natura nas uzdrowi. Co wynika z zupełnego niezrozumienia tego, co realnie znaczą takie pojęcia jak „natura” czy „naturalne”. Naturalny jest np. nowotwór. W tych środowiskach pojawia się więc np. pomysł na „dziką ciążę” — czyli nie tylko poród w domu, ale ciążę prowadzoną bez żadnej pomocy lekarza czy położnej, bez USG itd. To może być po prostu niebezpieczne.
A może popularność pseudomedycyny wynika z tego, że pacjenci przeszli już przez rewolucję antypaternalistyczną, a lekarze nie?
— Może tak być. Pracowałem przy badaniu postaw polskich lekarzy i mogę tylko powiedzieć, że to jest bardzo trudne, bo lekarze nie lubią być przedmiotem badania naukowego i jest ku temu wiele skomplikowanych przyczyn. Ale faktycznie panuje przekonanie, że istotna część polskich lekarzy nie przeszła rewolucji antypaternalistycznej. Na pewno nie przeszedł jej system. W polskim szpitalu pacjent dostaje często papier z poleceniem „proszę mi podpisać świadomą zgodę”. Ja mogę uczyć studentów medycyny, czym jest świadoma zgoda pacjenta, orzecznictwo sądów może mówić, że nie jest nim podpisanie papieru, którego się nie czytało, ale system wie swoje.
Z badań wynika, że pacjenci w polskich szpitalach często nie wiedzą nawet, na co chorują. Prowadzę zajęcia o alt-medzie dla studentów i mówię im, że medycyna może się od alt-medu nauczyć jednego: jak rozmawiać z pacjentami. Bo szarlatani dużo czasu poświęcają na rozmowę z ludźmi, którzy do nich przychodzą. Wychodzi to też w badaniach, w których uczestnicy mówią: ja już wiem, że homeopatia niczego nie leczy, ale żaden lekarz mnie nigdy tak nie wysłuchał jak homeopata.
Potrzebujemy zmiany systemu opieki zdrowia w tym kierunku?
— Potrzebujemy, ale nikt na tym nie zbije kapitału politycznego i nikt nie ma determinacji, by zacząć coś realnie zmieniać. Jakimś minimum jest to, byśmy zaczęli kształcić lekarzy na temat pseudomedycyny. Tak by pytani o jakąś szarlatańską terapię potrafili wytłumaczyć pacjentowi, dlaczego to fatalny pomysł — dziś lekarze często po prostu nie wiedzą, o czym pacjent mówi.
Jednocześnie kwestia dezinformacji medycznej jest częścią szerszego problemu z dezinformacją. I państwo sobie z nim nie poradzi, jeśli nie weźmie się za algorytmy mediów społecznościowych i ekonomię uwagi. A to przedsięwzięcie na znacznie większą skalę niż „lex szarlatan”.




