Z każdym kolejnym atakiem Kreml pozwala sobie na więcej i zmniejsza się nasz margines błędu. Brak poważnych strat zawdzięczamy wyjątkowemu szczęściu i poświęceniu pracowników odpowiednich służb — mówi dr Aleksander Olech, ekspert do spraw bezpieczeństwa narodowego. Jego zdaniem politycy powinni się mieć na baczności, bo wybory w Polsce w 2027 r. będą dla Moskwy niezwykle ważne.
Newsweek: Jesteśmy na wojnie hybrydowej z Rosją?
Dr Aleksander Olech: Tak i ta wojna cały czas się intensyfikuje. Można powiedzieć, że Polska znajduje się dziś wśród najbardziej atakowanych przez Rosję państw na świecie, choć są to oczywiście ataki poniżej progu otwartej wojny.
I kto wygrywa?
Tak długo jak Polska nie ma strat ludzkich albo poważnych strat w infrastrukturze krytycznej, tak długo jak udaje się zachować stabilność państwa, to nie przegrywamy. W takim konflikcie łatwiej jednak jest atakować, niż się bronić. Z każdym kolejnym atakiem Rosja pozwala sobie na więcej i zmniejsza się nasz margines błędu.
Jak jesteśmy konkretnie atakowani?
Kreml nie musi dziś wysyłać czołgów ani myśliwców do Polski, państw bałtyckich czy Mołdawii, by realizować cele, które jeszcze niedawno określilibyśmy jako wojenne. Polska jest dla Rosji laboratorium wojny hybrydowej, Moskwa testuje u nas rozwiązania, które potem wdrażane są na Bliskim Wschodzie, w Afryce czy Ameryce Łacińskiej — gdzie ciągle stara się budować swoje wpływy.
Jesteśmy atakowani przez sabotaż na kolei, podpalenia, ataki na centra logistyki, np. ostatni w magazynie DHL, wywołany przesyłką ze specjalnym podpalającym urządzeniem. Mamy cyberataki na infrastrukturę energetyczną, oczyszczalnie ścieków, administrację państwową, zakłócenia lotniczych sygnałów GPS — ostatnio na Lotnisku Chopina w Warszawie. Kolejna metoda to naruszenia naszej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony i samoloty, ale także takie sytuacje jak z rosyjską rakietą na Lubelszczyźnie.
Do tego trzeba dodać presję migracyjną ze strony Białorusi, działania rosyjskich służb i całą rosyjską machinę dezinformacyjną pracującą w Polsce. Ona podważa wiarę w to, że w sytuacji zagrożenia NATO nam pomoże, eskaluje polityczną polaryzację, gra na wzmocnienie antyukraińskich nastrojów.
Wiele z tych ataków mogło się skończyć śmiercią polskich obywateli. Rosja ma to wkalkulowane w swoje działania?
Tak, Kreml akceptuje polityczny koszt, jakim byłoby zabicie naszych obywateli w wyniku tych działań. Nie jest to jego celem — dlatego np. nie uzbraja dronów, które wlatują do Polski, ale absolutnie dopuszcza taką możliwość. To, że nikt jak dotąd nie zginął poza strzegącym granicy z Białorusią Mateuszem Sitkiem, zawdzięczamy wyjątkowemu szczęściu, a właściwie połączeniu szczęścia i autentycznego poświęcenia pracowników odpowiednich służb. Tym większego, że — co nie jest tajemnicą — mamy dziś wakaty w wojsku, służbach specjalnych, policji i straży granicznej.
Tę ostatnią miał wzmocnić program SAFE, ale zablokował to prezydent Nawrocki. Bezpieczeństwo padło ofiarą polaryzacji?
SAFE padł ofiarą polaryzacji politycznej po obu stronach. Nie wytłumaczono społeczeństwu, jak właściwie działa ten program, jakie są zasady finansowania, jakie możliwości blokowania środków ma Unia Europejska. Dziś polaryzacja wokół SAFE trochę osłabła: politycy PiS nie krytykują już tak programu, widzą, że był konieczny.
Mamy teraz rozmowę o SAFE 2 z udziałem Amerykanów oraz Brytyjczyków i może politycy zrozumieją, że zamiast kupna kolejnego czołgu lepiej będzie zainwestować we wzmocnienie granicy. Zresztą w ogóle dyskusję powinniśmy zacząć nie od tego, z czego finansujemy wydatki na bezpieczeństwo, ale od ustalenia priorytetów tego bezpieczeństwa. I jeśli uznamy, że priorytetem jest wzmocnienie granicy albo służb chroniących nas przed sabotażami, to środki się znajdą.
Co jest strategicznym celem działań hybrydowych Rosji?
Pokazanie, że Rosja jest w stanie prowadzić ofensywne działania na terenie państwa NATO. I wysłanie NATO sygnału: szanujcie nasze wpływy w Białorusi i Ukrainie, nie próbujcie ich przeciągnąć na zachodnią stronę, bo w razie czego, potrafimy wam zadać ból. Więc lepiej zacznijcie rozmawiać o deeskalacji na naszych warunkach.
Dla Rosji strategicznym sukcesem jest też skłócenie Polski i Ukrainy, nastawienie tych państw przeciw sobie. Gdyby ktoś Putinowi powiedział w 2022 r.: wojna będzie się toczyć ponad cztery lata, Federacja Rosyjska poniesie wielkie straty, ale w efekcie posypią się relacje między Warszawą a Kijowem, to myślę, że zaakceptowałby taki scenariusz.
Rosja działa globalnie i ważne jest dla niej, by przedstawiać się jako państwo walczące nie tyle z Ukrainą, ile z całym Zachodem. By mogła mówić np. rządom państw Sahelu: wy macie swoje problemy z neokolonialną polityką, my też jesteśmy ofiarą Zachodu, my wam wyślemy broń i najemników, wy nam wyślijcie swoje surowce, jedziemy na jednym wózku.
Jak jeszcze Rosja może nas atakować?
W zasadzie wyczerpała już możliwości ataków hybrydowych. Zostały jeszcze takie działania jak wtargnięcie uzbrojonego myśliwca w polską przestrzeń powietrzną albo „zielonych ludzików” w obszar przygraniczny, np. przesmyk suwalski. Jest też wiele możliwości uszkodzenia infrastruktury krytycznej, choćby ataku na dworcu. Nie chcę jednak podpowiadać Rosji.
A ataki na polityków? Na przykład ujawnienie kompromitujących obyczajowo materiałów?
Dla Rosji przyszłoroczne wybory w Polsce będą najważniejsze po wyborach prezydenckich we Francji wiosną. I na pewno polscy politycy znajdują się pod obserwacją rosyjskich służb — pojawia się więc pytanie, czy będą umieli powściągnąć swoje potencjalnie ryzykowne prywatne zachowania. Albo ograniczyć się w zbieraniu na siebie haków i zastanowić się dwa razy, gdy obca osoba zgłosi się nagle do nich z materiałami mogącymi skompromitować przeciwnika. Oni nie muszą wiedzieć, że po drugiej stronie jest Rosja.
Przy okazji incydentu z rakietą pojawiło się wiele dezinformacji, na czele z tezami, że to ukraińska prowokacja mająca nas wciągnąć w wojnę. W realiach wojny hybrydowej, gdy pytamy, czy polska jest gotowa, powinniśmy pytać nie tylko o obronę powietrzną, ale także obronę przed dezinformacją?
Kilka elementów zaważyło na tym, że po ostatnim incydencie pojawiły się podobne spekulacje. Po pierwsze, incydent w Przewodowie, który nigdy nie został właściwie wyjaśniony polskiej opinii publicznej. Dlatego gdy spadają rakiety albo gdy naszą przestrzeń powietrzną naruszają drony, to duża część opinii publicznej automatycznie myśli, że są one ukraińskie. Po drugie, pamiętajmy o wypowiedziach takich polityków jak Andrzej Duda — a więc dwukrotnie wybrany prezydent — że „Zełenski chciał wciągnąć Polskę do wojny”.
Każdy taki incydent będzie postrzegany dwojako — jako atak Federacji Rosyjskiej i w kontekście naszych relacji z Ukrainą. I będą się pojawiały pytania, czy Ukraina nie przepuściła celowo lecącej w kierunku Polski rakiety, którą mogła zestrzelić, by np. zwiększyć w Polsce poparcie dla pomocy wojskowej. Albo czy ukraińska obrona powietrzna nie skierowała rakiety w stronę Polski, by odsunąć ją jak najdalej od ważnych ukraińskich celów.
Politycy muszą tłumaczyć społeczeństwu, że Ukraina nie zawsze jest się w stanie obronić przed wszystkimi atakami. Że przed 2022 r. nie prowadziła przeciw nam ataków hybrydowych, nie wystrzeliwuje rakiet w naszym kierunku ani nie jest państwem imperialnym, pragnącym atakować Polskę, a Rosja jest. Ale też ukraińscy politycy powinni mieć świadomość, jak ważne są dla nich kolejne wybory w Polsce i aby w ich wyniku Polska miała rząd, który będzie wspierać ukraiński wysiłek obronny.
Jak możemy się bronić, by takie incydenty jak w Przewodowie były najmniej destabilizujące społecznie?
Główny problem polega dziś na tym, że nie ma jednego źródła informacji, które byłoby wiarygodne dla wszystkich. Gdzie Polak ma szukać wiarygodnych informacji, gdy zalewany jest dezinformacją przy okazji np. wtargnięcia rosyjskich dronów do Polski? Na koncie premiera albo prezydenta na X? Oba funkcjonują na co dzień w logice politycznej walki, pełne są agresywnych politycznych treści. Jedna połowa Polski nie ufa Tuskowi, druga Nawrockiemu, ani jeden, ani drugi nie będzie więc raczej wiarygodnym źródłem informacji w kryzysowej sytuacji, gdy przestraszone, bombardowane rosyjską dezinformacją społeczeństwo będzie się próbowało dowiedzieć, co się właściwie dzieje.
Ukraińscy eksperci pracują już na miejscu tragedii w Przewodowie
Foto: PAP/ EPA
Dużo zrobiłaby sensowna współpraca informacyjna z Ukrainą. Gdyby po rozbiciu się w Polsce ukraińskiego drona polskie i ukraińskie MON wspólnie wydały komunikat wyjaśniający, co się stało, i tłumaczący sytuację broniącej się Ukrainy, byłoby to bardzo pomocne. Podobnie gdyby politycy wyruszyli do przygranicznych samorządów, wytłumaczyli, jakie są zagrożenia, co robić w kryzysowej sytuacji itd.
Można by też wyznaczyć jedną osobę w rządzie, która będzie zajmować się tylko dezinformacją i nie będzie się angażować w agresywne, polityczne polemiki, tak by cieszyć się jakimś podstawowym zaufaniem także po drugiej stronie.
W warunkach obecnej polaryzacji to w ogóle możliwe?
Na pewno działania hybrydowe Rosji, nie tylko w Polsce, mają na celu wzmocnienie polaryzacji. We wszystkich możliwych obszarach, niekoniecznie nawet w kwestii wojny i Ukrainy, ale też choćby marszów równości organizowanych przez środowiska LGBT. W 2019 r. niewiele brakowało, by marsz LGBT w Lublinie został zaatakowany za pomocą materiałów wybuchowych. Gdyby się to udało, to też idealnie by się wpisywało w cele hybrydowych działań Rosji.
Kluczowe jest to, by kwestie Rosji i wsparcia dla Ukrainy były wyjęte z politycznego sporu. By zwłaszcza przy okazji ostatnich wyborów Rosja nie była wciągana do polityki. Udało się to w Szwecji, gdzie na odcinku rosyjskim i ukraińskim mamy konsensus, politycy nie wyzywają się od „ruskich onuc”, nie zarzucają sobie, że są „agenturą Kremla”, nie robią też zarzutów ze wsparcia dla Ukrainy. Tam natomiast rośnie problem migracji. A Polska powoli ma problem z kwestią współpracy z Ukrainą, LGBT, migracją etc. Powoli zaczyna na nas oddziaływać coraz więcej problemów. Trzeba reagować teraz.
Czasem się udaje. Gdy wybuchły kontrowersje wokół UPA, to doszło do czegoś w rodzaju porozumienia między ministrem obrony Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, premierem Tuskiem i prezydentem Nawrockim: nie podoba nam się kult UPA, zachowujemy się tu asertywnie wobec Ukrainy, ale utrzymujemy dla niej wsparcie.
Przemysław Czarnek nawoływał, by Unia wstrzymała wsparcie, dopóki Ukraina nie odetnie się od kultu UPA.
Ale Czarnek nie pełni dziś rządowej funkcji. A wszystkie organy władzy, łącznie z prezydentem, się jednak porozumiały.
Bez rosyjskiej dezinformacji możliwy byłby wzrost poparcia dla takiej partii jak Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna?
Braun na pewno zagospodarował pewną antyukraińską niszę, ale nie każdy, kto jest antyukraiński i z tego powodu popiera Brauna, musi być od razu prorosyjski. Każde napięcie na linii Kijów — Warszawa będzie wodą na młyn partii takich jak Korona.
Znów to jest coś, o czym powinien pamiętać także Kijów i uwzględnić to w swojej polityce. Po wyborach w polskiej polityce pewne rzeczy się nie zmienią: nadal będziemy wydawali 5 proc. PKB na obronność, będziemy płacić Amerykanom za strategiczną obecność w naszym regionie, nadal będziemy rozwijać bliską współpracę z Rumunią, krajami bałtyckimi i nordyckimi, coraz bardziej otwierać się na Turcję. Pytanie, jak bardzo będziemy skupieni na współpracy z Ukrainą. Geografii nie zmienimy — jesteśmy jedynym państwem na świecie graniczącym jednocześnie z Ukrainą, Białorusią i Rosją — ale z geografii można wyciągnąć różne polityczne wnioski.
Jak możemy odpowiedzieć na działania hybrydowe Rosji?
Nasze możliwości odpowiedzi ogranicza to, że jesteśmy częścią NATO i nie możemy sobie pozwolić — choć czasem byśmy chcieli — na nieproporcjonalną odpowiedź. Generalnie są trzy rozwiązania.
Pierwsze to przekazywanie broni Ukrainie. W ten sposób nie atakujemy bezpośrednio Rosji, ale zbroimy państwo, które to robi. By robiło to skutecznie, musi dysponować nie tylko sprzętem defensywnym, ale i ofensywnym. Gdyby Ukraina dysponowała sprzętem ofensywnym, jaki ostatecznie otrzymała, w pierwszych sześciu miesiącach wojny, to efekt mógłby być zupełnie inny.
Po incydencie na Lubelszczyźnie pojawiły się jednak głosy, że Polska nie powinna zbroić Ukrainy, tylko zadbać o własną obronę.
Jakkolwiek byśmy ją wzmocnili, to nie będziemy w stanie obronić całego naszego nieba, bo takiej obrony nie jest sobie w stanie zapewnić żadne państwo, łącznie ze Stanami i Izraelem. Tymczasem przekazując ofensywną broń Ukrainie, zmuszamy Rosję do obrony, przez co ma mniej przestrzeni, by przeprowadzać wymierzone w nas operacje.
Drugi sposób odpowiedzi to nasze własne cyberataki. Państw, które mają realne możliwości ofensywne w cyberprzestrzeni, nie ma dużo: to Stany, Wielka Brytania, Francja. My pomału budujemy z naszymi sojusznikami zdolności ofensywne i poczynamy sobie coraz śmielej — jest kwestią otwartą, czy powinniśmy jeszcze śmielej.
Miejsce upadku rosyjskiej rakiety w miejscowości Tarnawa-Kolonia w województwie lubelskim
Foto: Wojtek Jargiło/PAP
Trzecia odpowiedź to współpraca w ramach NATO. Gdy w zeszłym roku spadły w Polsce rosyjskie drony, to Holandia, kraje nordyckie, Francja zadeklarowały, że Polsce trzeba pomóc, uruchomiły konsultacje w ramach art. 4 traktatu atlantyckiego i wsparcie w ramach art. 3. Dostajemy więc wsparcie polityczne i sprzętowe. Sprzęt idzie na wschodnią granicę NATO, co nie tylko zabezpiecza nas, ale też sprawia, że bezpieczniejsze czują się kraje bałtyckie, a Białoruś i obwód królewiecki widzą, że tu są kraje natowskie.
Nie powinniśmy sami prowadzić operacji dezinformacyjnych skierowanych do Rosjan?
To by wymagało potężnych środków, zmiany całej naszej polityki informacyjnej i mentalnego podejścia do rywalizacji z Rosją. Uważam, że razem z partnerami powinniśmy się raczej skupić na odkłamywaniu rosyjskiej dezinformacji oraz własnych kampaniach informacyjnych, nie tylko w Polsce, ale też w tych obszarach, gdzie wymierzona w cały Zachód rosyjska dezinformacja działa najsilniej — np. w Afryce lub Azji Środkowej. Choć to znacznie trudniejsze, bo dużo więcej czasu i energii zajmuje odkłamanie zmanipulowanej czy fałszywej informacji niż dezinformowanie.
Mamy jednak godne uwagi inicjatywy, np. to, co polskie MSZ zrobiło niedawno na odcinku ormiańskim, pokazując obywatelom Armenii, w jaki sposób Rosja manipuluje wyborami i jakie zagrożenia z tego wynikają. Podobne działania próbujemy realizować, przy wsparciu ekspertów, właśnie w Afryce, Azji i na Bliskim Wschodzie. Polska musi zacząć mówić o zagrożeniach ze strony Rosji nie tylko w gronie najbliższych sojuszników, ale i na całym świecie. To zbliży w wymiarze bezpieczeństwa, ale może być też krokiem do rozmów o energetyce, gospodarce i technologii. Zamieńmy wspólne wyzwania na wspólne cele.
Dr Aleksander Olech jest analitykiem specjalizującym się w bezpieczeństwie narodowym, współpracownikiem NATO, redaktorem naczelnym portalu Defence24.com
Foto: Archiwum prywatne




