Ruch MAGA pęka. Kłótnia prezydenta USA z Tuckerem Carlsonem to preludium frakcyjnych walk o rząd dusz. W ich efekcie prawica jeszcze bardziej się zradykalizuje.
Prezydent przestał udawać, że poważnie traktuje ideologię, która zapewniła mu władzę. Skupił się na ciągnięciu ze stanowiska profitów, co było celem familii Trumpów od początku, choć dekadę temu nie liczyli na Biały Dom, a jedynie rozreklamowanie, dzięki kampanii wyborczej, podupadłej marki. Elektorat prawicy uwierzył, że powtarzający slogany Fox News nowojorski cwaniak zbawi naród. A twórcy doktryny, która stanowi źródło owych sloganów — neoprawicowi intelektualiści skupieni w think tankach typu Heritage Foundation, American Compass, Claremont Institute, America First Policy Institute — uważali Trumpa za świetny, bo pozbawiony skrupułów i wątpliwości, instrument wcielania w życie wydumanych modeli państwa, prawa, gospodarki.
Na początku było miło
Trochę udało im się osiągnąć: wzrost nastrojów antyimigranckich, masowe deportacje, wzmocnienie prerogatyw prezydenta, prymat specyficznie pojętego interesu narodowego nad międzynarodowymi zobowiązaniami sojuszniczymi i partnerskimi, protekcjonizm handlowy. Przy czym największy sukces Trumpa — Wielka Piękna Ustawa (Big Beautiful Bill) — mieści się raczej w spektrum tradycyjnego programu republikanów: deregulacji, cięć socjalu, ulg podatkowych. Wprawdzie zwiększy zadłużenie publiczne o 5,5 bln dol., ale dyscyplina fiskalna zeszła w partyjnej hierarchii wartości na dalszy plan. A mówiąc brutalnie: zgrywający konserwatystów oportuniści mają ją gdzieś.
Nie o to jednak chodziło doktrynerom MAGA. Miała być prawicowa dyktatura, a jest dyktaturka. Skorumpowana, lecz bezzębna, nie licząc okrucieństw wobec imigrantów oraz brutalności i bezkarności agentów ICE. Ideowcy zrozumieli, że Trump nie spełni ich oczekiwań, a wielu uwiedzionych przez politycznego szarlatana zwykłych zjadaczy chleba zwątpiło, czy rzeczywiście chce przywrócić Ameryce wielkość. Nawet niedawni bywalcy wieców dostrzegają nepotyzm, korupcję, forsowanie interesów elit kosztem ubogich i średnio zarabiających obywateli. Ceny rosną, zarobki stoją, a na domiar złego prezydent rozpętał kolejną wojnę, czego zaprzysiągł nie robić.
Media wiele miejsca poświęciły „rozwodowi” Trumpa z Tuckerem Carlsonem, bo to celebryta, ważna postać ekosystemu środków przekazu, choć odgrywa w nim rolę pasożyta, a nie pracowitej pszczółki zapładniającej publiczny dyskurs. Przypomnijmy, że był najbardziej wpływowym propagandystą MAGA, gwiazdorem wieczornego pasma Fox News. Straszył, dzielił, jątrzył, wychwalał Putina, Orbána, Bolsonaro, pluł na Zełenskiego i brał za to 35 mln dol. rocznie. Póki nie wyszły na jaw e-maile dowodzące, że z rozmysłem kłamał w sprawie rzekomych „fałszerstw wyborczych”, które miały zapewnić zwycięstwo Joe Bidenowi. Sieć Ruperta Murdocha musiała wynagrodzić łgarstwa firmie Dominion produkującej maszyny do liczenia głosów sumą 787,5 mln dol.
Lider słupków nie wyleciał za mówienie nieprawdy, tylko lekkomyślne przyznanie się do tego, że znał prawdę, czyli świadomego oszczerstwa. Wedle niezwykle liberalnych amerykańskich przepisów o swobodzie głoszenia poglądów jedynie zła wola pozwala uznać dziennikarza za winnego zniesławienia. Oszczerstwo nieumyślne sądy traktują jak wypadek przy pracy. Tymczasem Carlson nie pozostawił wątpliwości, co sądzi o powielanych przez macierzysty kanał banialukach dotyczących „fałszerstw”, śląc wiadomości w rodzaju: „Gównoprawda na temat oprogramowania [Dominion] jest kompletnym absurdem”. Oczywiście sam też ową g…prawdę powtarzał, dlatego e-maile zdecydowały o wyniku procesu. Wiosną 2023 r. gwiazdor Fox News wyleciał, ale nie złożył broni.
Wkrótce zrobił wywiad z Putinem. Bez komentarza zostawił m.in. wypowiedź rozmówcy, że Polska kolaborowała z Hitlerem, a następnie zmusiła go do rozpoczęcia II wojny światowej, odmawiając ustępstw terytorialnych. Pokazał również scenki świadczące, jak wspaniale żyje się Rosjanom pod rządami dobrego władcy broniącego wartości chrześcijańskich przed ideologią gender. Pierwsze oznaki, że demiurg prawicowych mediów zamierza zerwać z Trumpem, pojawiły się latem ubiegłego roku, gdy Departament Sprawiedliwości, wbrew uchwalonym przez Kongres przepisom, odmówił ujawnienia akt Jeffreya Epsteina, bo nadwerężyłyby reputację prezydenta i jego znajomych. „Tuszują zbrodnie, bardzo poważne zbrodnie!” — alarmował Carlson.
Władimir Putin udziela wywiadu Tuckerowi Carlsonowi na Kremlu, Moskwa, 6 lutego 2024 r.
Foto: Gavriil Grigorov / POOL / AFP / East News
Niejeden z was mnie zdradzi
Czarę goryczy przepełnił atak na Iran. Prezenter usiłował odwieść prezydenta od tego pomysłu, dzwonił, chodził do Białego Domu. Kiedy się nie udało, wypalił z grubej rury. Oskarżył Trumpa o zdradę interesów narodowych „na polecenie i żądanie Izraela”. „Ta wojna jest najbardziej katastrofalną decyzją podjętą przez przywódcę USA za mojego życia” — ocenił, a ma lat 57, więc widział sporo katastrof. Na odpowiedź długo nie czekał. A właściwie serię odpowiedzi. Honorowy gość wieców wyborczych prezydenta i Krajowej Konwencji Republikanów dowiedział się, że jest „głupkiem o niskim IQ”, „wrakiem człowieka”, „wymachującym rękami błaznem”, który „nie zdołał skończyć studiów”, a „po wywaleniu z telewizji prowadzi trzeciorzędny podcast”, „gada bzdury dla zyskania taniego rozgłosu” i „przestał być częścią MAGA”.
Na marginesie: Tucker nigdy nie przepadał za Donaldem. W 1999 r., gdy deweloper pierwszy raz przymierzał się do prezydentury, nazwał go „najbardziej odrażającym człowiekiem świata”. Siedem lat później uznał, że „nie jest żadnym wcieleniem zła, tylko osobą chorą psychicznie”. Teraz dżentelmeni rozstali się na dobre. To nie chwilowa różnica zdań ani przekomarzanki politycznych sojuszników, lecz mordobicie. Podobnie jak w przypadku zerwania Trumpa z Marjorie Taylor Greene — niegdyś jego kluczową orędowniczką w Izbie Reprezentantów, porównującą wodza do Chrystusa i Nelsona Mandeli, lansującą tezę QAnon, jakoby prowadził zakulisową wojnę z „szajką pedofilów czczących szatana”.
Tucker Carlson patrzy na Donalda Trumpa podczas wiecu sponsorowanego przez konserwatywną grupę Turning Point USA w Duluth w stanie Georgia, 23 października 2024 r.
Foto: Carlos Barria / Reuters
Nie zdzierżyła tuszowania afery Epsteina. Ubiegłej jesieni wyrzekła się walki o reelekcję, jednak nie odeszła na polityczną emeryturę. Zasiliła szeregi nieformalnej antytrumpowskiej opozycji wewnątrz MAGA. Po wybuchu wojny z Iranem wezwała do „wypalenia rozżarzonym żelazem kultu jednostki”, któremu uległa Partia Republikańska, oraz usunięcia prezydenta ze stanowiska na mocy 25. poprawki konstytucyjnej pozwalającej wszczynać adekwatną procedurę, jeśli „straci zdolność sprawowania władzy i wypełniania obowiązków”.
Trumpa porzucili również: najsłynniejszy amerykański siewca teorii spiskowych Alex Jones, dawna prezenterka Fox News Megyn Kelly, czarnoskóra — co rzadkie w tym towarzystwie — publicystka i eksdyrektorka Turning Point USA (zamordowanego Charliego Kirka) ds. komunikacji Candace Owens plus kilkunastu kongresmenów. Nie ma sensu mnożyć nazwisk, które osobom nieuzależnionym od polityki mało powiedzą, ale na drugą stronę wewnętrznej barykady przeskoczyło naprawdę sporo prominentnych wyznawców trumpizmu.
Trudno orzec, ile w tych decyzjach wyrachowania, a ile ideologicznego puryzmu. Prezydent skończył 80 lat, po listopadowych wyborach straci kontrolę nad Kongresem, będzie — jak mawiają Amerykanie — „kulawą kaczką”. Choć Marjorie Taylor Greene słusznie zauważyła, że MAGA opiera się na kulcie jednostki, tego typu systemy stworzone przez — powiedzmy — Stalina czy Mao nie runęły wraz z ich śmiercią, kontrolę przejmowali wychowankowie dyktatorów.
I tu dochodzimy do tytułowego pytania: co się stanie z amerykańską prawicą, kiedy Trump przejdzie w stan spoczynku? Niewątpliwie będzie próbował sterować zwolennikami z Mar-a-Lago, lecz szybko utraci realne wpływy, tak jak wszyscy poprzedni przywódcy USA, mimo że jest wśród nich egzemplarzem wyjątkowym.
Konstytucja Stanów Zjednoczonych po dwóch kadencjach wyrzuca lokatorów Białego Domu na margines życia publicznego. Wiele można jej autorom wytknąć, jednak wbudowali w ustrój państwa naprawdę solidne mechanizmy zapobiegające powstaniu autokracji. Niestety, prawica nie wróci do przeszłości, czyli klasycznego konserwatyzmu Eisenhowera, Nixona, nawet Reagana, który przetarł drogę oszołomom, ale sam nie należał do ich grona. Obie strony sceny politycznej nazbyt się zradykalizowały. Aby powróżyć z fusów, warto zajrzeć za kulisy Heritage Foundation — stołecznego think tanku, który kształtował linię wszystkich republikańskich administracji od czasów rzeczonego pogromcy imperium zła.
Wypalić złogi lewactwa
Organizacja trafiła na czołówki mediów za sprawą Projektu 2025 de facto postulującego przekształcenie amerykańskiej demokracji w ustrój autorytarny oparty na wartościach chrześcijańsko-narodowych. Co nie powinno nam przesłonić faktu, że wcześniej pomogła Trumpowi obsadzić Sąd Najwyższy prawnikami, którzy m.in. zapewnili mu bezkarność i zdelegalizowali aborcję. A potem rozdawała kluczowe stanowiska ministerialne. To nie jest spokojna przystań byłych oficjeli i ekspertów, do której się dzwoni po wypowiedź mającą ubarwić artykuł czy audycję, tylko jedna z najpotężniejszych grup nacisku.
W łonie HF trwa ideowy ferment odzwierciedlający rozterki ogółu republikanów, a zwycięzcy burzy mózgów zdeterminują program prawicy na lata, kiedy sprawczość Trumpa ograniczy się do decyzji, który kij golfowy wyjąć z worka. Najprawdopodobniej — dzięki prowadzonym od dwóch lat czystkom — kontrolę utrzyma prezes Kevin Roberts, duchowy ojciec Projektu 2025. Podobnie jak wiceprezydent J.D. Vance pochodzi z ubogiej rodziny. Ojciec był alkoholikiem, brat popełnił samobójstwo. Mając 29 lat, Roberts zrobił doktorat z historii. Należy do katolickiej organizacji Opus Dei, w rodzinnej Luizjanie ufundował wyznaniowe liceum o dumnej nazwie Akademia Jana Pawła Wielkiego.
Nie wierzy, że jego współwyznawca Joe Biden wygrał wybory prezydenckie. Za najważniejsze zadanie fundacji i całej prawicy uważa „zinstytucjonalizowanie trumpizmu, aby lewactwo już nigdy nie zdołało wykoleić reform gwarantujących narodowi powrót do korzeni”. Nowa amerykańska rewolucja (tak się tu nazywa wojnę o niepodległość USA) „będzie bezkrwawa tylko wtedy, gdy druga strona nie stawi oporu”. W książce „Dawn’s Early Light” („Przy blasku świtania” — wers hymnu) z przedmową Vance’a szef HF precyzuje, że dla ocalenia kraju należy „zrównać z ziemią” FBI, Krajowe Instytuty Alergii i Chorób Zakaźnych (NIAID), ministerstwo oświaty, redakcję „New York Times’a”, wszystkie uniwersytety Ligi Bluszczowej, 80 proc. uczelni „pseudokatolickich”, fundacje Billa i Melindy Gatesów, a nawet harcerstwo (Boy Scouts of America).
Wszystkie te instytucje, zdaniem Robertsa, stały się równie groźne, jak martwe drzewa w lesie, więc „prawdziwi konserwatyści zamiast gasić pożary, muszą przejść do ofensywy — wziąć zapałki i rozpocząć żmudny proces kontrolowanego wypalania” złogów lewactwa. Poza uniwersytetami, liberalnymi mediami i skautami należy unicestwić: „klępy w damskich garniturach rządzące agencjami reklamowymi, wielopłciowych aktywistów o tęczowych włosach księżniczek, niezdejmujących piżamy przed pójściem do zdalnej pracy aparatczyków HR, uzależnione od Adderallu mamy psów pełniące funkcję konsultantek ds. różnorodności, mówiące przez nos prawniczki z Ivy League, które zakładają przedsiębiorczości kajdanki regulacji, finansowanych przez George’a Sorosa tłustych propagatorów likwidowania policji, hipsterskich socjalistów żyjących z funduszy powierniczych rodziców”.
Innymi słowy: odwrotu od histeryczno-paranoicznego stylu dzisiejszej neoprawicy nie należy oczekiwać. Tymczasem przeciętny, niezaślepiony ideologiczną nienawiścią wyborca ledwo pojmie, kogo poeta w przytoczonej wyliczance miał na myśli. Owszem, zarejestrowani zwolennicy głównych partii z reguły głosują po linii i rzadko zmieniają afiliację, jednak gwałtownie rośnie elektorat niezależny, do którego zalicza się już 45-47 proc. dorosłych obywateli. Nie interesuje ich teoria, lecz praktyka — oceniają rządzących wedle stanu własnego portfela. Partia Republikańska przez minione 35 lat tylko dwukrotnie zdobyła przewagę w ogólnokrajowym głosowaniu na prezydenta. Obecny kierunek rozwoju nie wróży jej poprawy notowań.





