– Kiedy czuję, że coś mnie zaczyna nudzić, wywalam cały tekst, który od tamtego momentu powstał, i zaczynam od nowa – mówi Mieczysław Gorzka, jeden z najpopularniejszych polskich autorów kryminałów. W najnowszym „Copycat” wraca do swoich ulubionych tematów: zbrodni, psychologii i traum z przeszłości.
„Copycat” zaczyna się od brutalnego morderstwa, którego sprawca naśladuje metody działania seryjnych zabójców. Szybko okazuje się jednak, że równie ważne jak samo śledztwo są historie ludzi naznaczonych wydarzeniami sprzed lat. Gorzka osadza akcję na dobrze sobie znanym Dolnym Śląsku i sięga po pomysł, z którym – jak przyznaje – nosił się od ponad dwóch dekad.
NEWSWEEK: „Copycat” to kolejna po „Roku zmian” książka bliższa thrillerowi psychologicznemu niż klasycznemu kryminałowi. Wszystko zaczyna się od szokującej zbrodni, ale bardzo szybko poznajemy historie ludzi, którzy od lat żyją z traumą.
MIECZYSŁAW GORZKA: W cyklu „Poszukiwacz zwłok” i „Wilczyca” również jest dużo psychologii i rozterek wewnętrznych. Tutaj i tak starałem się ograniczać takie analizy, skupiając się także na tym, co dzieje się wokół głównych postaci. Natomiast traumy z przeszłości to jeden z moich ulubionych tematów. Uważam, że w dużym stopniu kształtują nasze przyszłe życie. Staram się budować narrację w taki sposób, by pokazać czytelnikowi pewne mechanizmy i uzasadnić, dlaczego bohaterowie są tacy, a nie inni.
Tytułowy „copycat” nie kopiuje jednej zbrodni ani działań jednego seryjnego mordercy, chociaż inspiruje się m.in. Robertem Hansenem, który zamordował co najmniej 17 kobiet.
Takie przypadki się zdarzają, chociaż sam termin „copycat” wszedł do kryminalistyki dopiero za sprawą „Psychopaty” z Sigourney Weaver. Później pojawiło się pojęcie „copycat effect”, odnoszące się choćby do strzelanin szkolnych czy zamachowców próbujących naśladować innych sprawców, których poznali z telewizji albo internetu. Nie wzorowałem się ani na filmie, ani na samym zjawisku. Tytuł nawiązuje do utworu zespołu Lacrimosa „Copycat” – fragment tekstu zacytowałem na początku książki.
Z samym pomysłem nosiłem się od ponad 20 lat. Zastanawiałem się, co by było, gdyby ktoś zaczął naśladować innych seryjnych morderców. Początkowo planowałem nawiązać do Eda Geina, Teda Bundy’ego i jeszcze paru innych niezbyt przyjemnych osobników. Okazało się, że relacje między bohaterami zajmują znacznie więcej przestrzeni, niż zakładałem. Oni niejako wypchnęli te wszystkie inne złe postacie z książki i ostatecznie został tylko Hansen. Był wyjątkowo wyrazisty. Zabierał ofiary na Alaskę i urządzał na nie polowania.
Jedną z najciekawszych postaci jest Agnieszka Dudek – kobieta, która przeżyła porwanie, a później zaczęła opisywać własną traumę w książkach. Pisanie o kimś, kto wykonuje ten sam fach, to ułatwienie czy dodatkowe wyzwanie?
Często oglądamy filmy albo czytamy książki, w których pisarz gra główną rolę, prowadzi jakieś śledztwo. A on przecież wykonuje raczej zawód polegający na siedzeniu godzinami w jednym miejscu i klepaniu w klawiaturę. Nuda. Trudno umieścić to w fabule tak, żeby było ciekawie.
Przy Agnieszce zaryzykowałem, bo idealnie pasowało mi to do jej postaci: rzadko wychodzi z domu, jest odcięta od świata, bardziej żyje swoim życiem wewnętrznym i walczy z traumami. Jednocześnie dużo rozmyśla i pisze książki. Z czegoś jednak musi żyć, więc musiała osiągnąć jakieś sukcesy, bo wiemy, ile zarabiają pisarze. Z dwóch książek, pisząc trzecią, ciężko byłoby jej przeżyć. Puściłem więc oko do czytelników – to w końcu fikcja literacka. Widocznie dostała jakieś nagrody.
Często próbuje pan zwodzić czytelnika. Pisząc, bardziej myśli pan o nim czy o swoich bohaterach?
Przede wszystkim chcę się sam dobrze bawić. Wychodzę z założenia, że jeżeli cała historia mnie wciągnie i nie będę się przy pisaniu nudził, to mam gwarancję, że czytelnik również nie. Napisałem 19 książek i takie podejście się sprawdza. Kiedy czuję, że coś mnie zaczyna nudzić, wywalam cały tekst, który od tamtego momentu powstał, i zaczynam od nowa.
Ułożenie dobrej intrygi kryminalnej polega też na podrzucaniu pewnych tropów. W „Copycat” można znaleźć kilka takich okruszków, do których czytelnik później może wrócić, jeśli je zapamiętał. Albo nie wrócić – to już jego sprawa. Ale potem zawsze może powiedzieć: „Aha, faktycznie, nie zwróciłem uwagi!”. Na tym polega zabawa. Lubię wymyślać twisty czy podrzucać jeszcze jakąś bombę na koniec, która trochę zmienia wydźwięk całej historii.
Zawsze ma pan dokładnie zaplanowaną intrygę czy pozwala bohaterom i sytuacjom czasem się poprowadzić i zaskoczyć?
Znam zarys fabuły. Wiem, kim będą bohaterowie i jakie będą mieli cechy charakteru. Potem jednak daję się ponieść akcji. Zdarza się, że sam siebie zaskakuję, bo coś sobie wymyśliłem, a potem widzę to z innej perspektywy, choćby w zestawieniu z faktami, które już pojawiły się w książce. I wtedy muszę szybko coś zmienić. Mam też swoje podejście do dialogów – uważam, że każdy powinien czegoś dotyczyć, zakończyć się jakąś puentą, podsumowaniem.
Oczywiście wiem, jaki będzie początek, co się będzie działo i jakie będzie zakończenie, ale to, co znajduje się w środku, powstaje na bieżąco. Powiedzmy, że 60–70 proc. książki to improwizacja. I dlatego to taka fajna, twórcza zabawa.
Bohaterowie są zawsze ciekawsi od zbrodni?
Bardzo ciężko jest dzisiaj zaskoczyć czytelnika zbrodnią. Na początku zawsze musi być ona ciekawa – niezwykła, czymś się wyróżniająca. Kiedy mam już opowieść, zbrodnię i zarys śledztwa, bohaterowie trochę wyskakują mi z kapelusza. Zawsze najpierw jest historia, potem dopiero oni.
Nie lubię postaci płaskich, papierowych, z niejasnymi motywacjami. Dużo myślę nawet o tych drugo- i trzecioplanowych, ponieważ one też grają swoje role i nie mogą być tylko statystami. Czasami dodaję im jakąś charakterystyczną cechę: specyficznie mówią, mają dziwne zainteresowania. Do tej pory ten patent działa i jestem dumny z tego, że moich pełnokrwistych bohaterów doceniają i czytelnicy, i krytycy.
W „Copycat” bardzo mocno wybrzmiewa Dolny Śląsk – od Wrocławia po Środę Śląską. Pan zawsze musi dobrze znać miejsca, o których pisze?
Mam taką zasadę, że od pierwszej książki umieszczam akcję w miejscach, które znam i widziałem. Napisałem już ponad 10 książek o Wrocławiu, więc czasami zaczyna mi brakować nowych miejsc. Ale Wrocław jest fajny, bo ma pięć rzek, mnóstwo lasów, zakamarków, wałów, więc jest w czym wybierać. Bardzo lubię też jego średniowieczną historię, przeczytałem na jej temat z 200 książek. Wrocław jest tak obszerny, że pomieści książki i Gorzki, i Krajewskiego, i jeszcze paru innych pisarzy.
Siłą rzeczy Środa Śląska jest mi szczególnie bliska, bo tam się urodziłem. Często tam wracam, mam niedaleko domek pod lasem, w którym piszę. Pojawiała się już w moich powieściach, ale zawsze chciałem napisać taką, której część akcji będzie działa się właśnie tam. Kościół św. Andrzeja, uliczki, komenda, budynek sądu, parking, mur przy parkingu kościelnym – wszystko wygląda tak, jak to opisuję w „Copycat”.
Kiedy potrzebuję nowego miejsca, najpierw sprawdzam je na mapie, a potem tam jadę. Nie będę pisał o Wyspach Kanaryjskich, bo nigdy tam nie byłem. Piszę o miejscach, które znam i które mi się podobają.
Po 19 książkach domyślam się, że pisanie jest pełnoetatową pracą. Ale pan prowadzi również firmę księgową. To nadal aktualne?
Od 2023 roku utrzymuję się wyłącznie z pisania. Bardzo się cieszę, ponieważ zawsze chciałem to robić i pisałem już w szkole podstawowej. Pod tym względem wygrałem szóstkę w Totolotka – odpukać w niemalowane. Robię to, co lubię, i udaje mi się z tego utrzymać siebie i rodzinę. Mogę w stu procentach skupić się na pisaniu, rozwijać się, tworzyć coraz lepsze książki i dobrze się przy tym bawić.
Pisał pan kryminały, thrillery, fantastykę, horror, komedię kryminalną. Może pora na jakiś pełnoprawny crossover gatunkowy?
Do pewnego stopnia była nim „Burza”, za którą zresztą zebrałem cięgi, bo ludzie spodziewali się po mnie kryminału. A to jest horror mystery w stylu wczesnego Stephena Kinga albo Deana Koontza. Są tam wątki kryminalne, fizyka kwantowa, podróże w czasie, psychologia. Uwielbiam takie pomieszanie gatunkowe i chętnie do tego wrócę. Jeżeli czytelnicy sięgają po książkę Gorzki, chcą dostać kryminał. Trochę z tym walczę, bo nie chcę się w nim zamykać.
Dwie książki fantasy – „Klątwę” i „Przedostatniego smoka” – napisałem z przymrużeniem oka, bo akurat miałem ochotę stworzyć coś takiego. Dla rozluźnienia powstała komedia kryminalna „Spadek po mojemu”, która ukazała się w tym roku i została dobrze przyjęta. Mam prawie gotowy zbiór opowiadań science fiction, który ma się ukazać w przyszłym roku. Mógłbym napisać książkę obyczajową, a prace nad kolejnym horrorem są już bardzo zaawansowane.
To jeszcze został panu chyba tylko dramat kostiumowy.
Mam w planach, ale jako sztukę teatralną. Ten pomysł musi jeszcze chwilę dojrzeć. Poza tym musiałbym napisać ją dla kogoś, bo samemu dla siebie trochę szkoda. Mam bardzo wiele pomysłów z różnych gatunków i nie chcę być szufladkowany tylko jako autor kryminałów i thrillerów. Dlatego od czasu do czasu wyskakuję z czymś nowym.
„Klątwę” i „Przedostatniego smoka” wydał pan samodzielnie, żeby wesprzeć małe księgarnie. Takie eksperymenty mają sens na rynku zdominowanym przez wielkie sieci?
Nie rozpatrywałem tego w kategorii, czy mają sens. W Polsce małe księgarnie nie wytrzymują konkurencji z gigantami i się zamykają. Kiedy jeżdżę na spotkania autorskie po małych miejscowościach, zawsze pytam: „Jest u was księgarnia?”. Odpowiedź często brzmi: „Była, ale już nie ma”. Wychowałem się w latach 80., kiedy chodziło się do księgarni, oglądało książki na półkach. Brakuje mi tego. Nie walczę z sieciami, ale chciałbym, żeby zostały miejsca, w których można zobaczyć książkę i porozmawiać z kimś, kto się na nich zna.
Dlatego z żoną wydaliśmy te książki dla czterech zaprzyjaźnionych księgarń: dwóch we Wrocławiu, jednej w Środzie Śląskiej i jednej w Brzegu Dolnym. Zainwestowałem własne pieniądze i mam nadzieję, że chociaż trochę im pomogłem, że zarobiły parę groszy, choćby na czynsz. Na szczęście inwestycja mi się zwróciła, m.in. dzięki audiobookowi, który przeczytał Filip Kosior. Ale nawet gdybym stracił, jestem w stanie to przełknąć, byleby te księgarnie zostały i czytelnicy mogli się tam spotykać.
„Zła przeszłość” była już dziewiątą książką cyklu z nadkomisarzem Marcinem Zakrzewskim. Ma pan już pomysł na kolejną?
Mam i jeszcze w tym roku zacznę ją pisać.
A Marek Rosiński, główny bohater „Copycat”, może być zalążkiem czegoś więcej?
Pisałem „Copycata” z założeniem, że będzie to historia jednorazowa. Wynika to trochę z mojej niechęci do serii kryminalnych i pragmatycznego podejścia do pisania: jeśli pierwsza książka z serii nie sprzeda się dobrze, kolejne zejdą jeszcze gorzej.
Mam oczywiście dwie serie, w tym tę z Zakrzewskim. Ale to inna bajka, bo on od początku był bohaterem cyklu i na nim zbudowałem swoją popularność. Natomiast Rosiński został wymyślony jako bohater jednorazowy. Dla mnie on się już zużył. Kompletnie nie mam pomysłu i nawet nie pomyślałem, że mógłby jeszcze gdzieś w jakiejś powieści wyskoczyć. Swoje już przeżył, więc niech sobie spokojnie pracuje i układa życie. Nie będę go już męczył.
Z każdą kolejną książką trudniej jeszcze wymyślić zaskakującą historię?
Tak, ale na szczęście na razie nie mam z tym problemu, bo inspiracje przychodzą w różnych momentach. Na nowego Zakrzewskiego wpadłem podczas jazdy samochodem. Przejeżdżałem obok kiosku na przystanku, który od lat jest zamknięty, i pomyślałem: „O, ale fajny pomysł”. Niektóre po czasie znikają, ale inne zaczynają żyć własnym życiem. Kiedy któryś dojrzeje, trafia na listę do napisania. Myślę, że pod tym względem do 25., a nawet 28. książki jestem gotowy.





