Polacy w historii bywali kolonizowani i sami byli kolonizatorami. Dziś jest wśród nas wielu nacjonalistów, choć jesteśmy jednocześnie ofiarami nacjonalistów.
Polska skrajna prawica straszy Polaków obcymi. Jak to skrajna prawica. Straszy na przykład Niemcami. Najśmieszniejsze jednak w tej polskiej prawicowej germanofobii jest to, że ludzie, którzy od lat opowiadają o Niemcach z klucza „Niemiec zawsze pozostanie Niemcem”, dzisiaj z wypiekami obserwują sukcesy tej części niemieckiej polityki, która najbardziej przypomina wszystko to, czego sami kazali nam się w Niemczech bać.
Te same poglądy? Możemy być przyjaciółmi
Niemiecki nacjonalizm nagle okazuje się świetny, bo jest antyliberalny, antyimigrancki, antybrukselski, antyzielony, anty-LGBT i przede wszystkim drażni dokładnie tych samych ludzi, których drażni polska prawica. Skoro mamy wspólnych wrogów, rozumowanie idzie mniej więcej tak – to najwyraźniej jesteśmy przyjaciółmi.
No więc nie jesteśmy i na tym właśnie polega nędza nacjonalizmu.
Można sobie wyobrazić międzynarodówki liberałów, socjalistów, ekologów czy anarchistów, ponieważ ich idee mają ambicję być uniwersalne. Międzynarodówka nacjonalistów zawiera natomiast sprzeczność już w samej nazwie. Każdy jej uczestnik uważa przecież, że przede wszystkim należy dbać o własny naród, własne państwo, własną gospodarkę, własną historię i własne interesy.
Każdy nacjonalista uważa własny nacjonalizm za naturalną samoobronę, a cudzy za groźny szowinizm
Dopóki nacjonaliści siedzą razem na konferencji i narzekają na Brukselę, migrantów, gender, ekologów i zakrętki przytwierdzone do butelek, wszystko wygląda świetnie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy wracają do domu i zaczynają realizować dokładnie to, co obiecali swoim wyborcom. Niemiecki nacjonalista odkrywa wtedy, że ma niemieckie interesy, polski ma polskie, ukraiński ukraińskie, węgierski węgierskie, amerykański amerykańskie. Te interesy nie tylko nie muszą być identyczne, ale czasami są po prostu sprzeczne.
Dzisiaj jesteśmy kumplami, jutro „America First”
Część polskiej prawicy patrzy na AfD i widzi przede wszystkim sojusznika w wojnie kulturowej. A tu niespodzianka: AfD nie powstała po to, żeby realizować polski interes narodowy. Ma własną wizję niemieckiej historii, własny stosunek do Rosji, własne pomysły na Europę, niekoniecznie korzystne również dla tych polskich prawicowców, którzy cieszą się z nadchodzącej „białej Europy”.
Niemcy mają w końcu własne środowiska relatywizujące, lekko mówiąc, niektóre elementy niemieckiej odpowiedzialności historycznej i własne wyobrażenie o tym, czym powinny być silne Niemcy. Jeśli kiedyś AfD podejmie decyzje wyraźnie uderzające w polski interes, zapewne znowu zobaczymy biednych nacjonalistycznych Polaków patrzących na popieranych przez siebie nacjonalistów robiących im krzywdę z powodu nacjonalizmu, który sami popierają. I będzie płacz: jak to, przecież oni też nie lubili migrantów, Zielonych i Brukseli, przecież też chcieli Europy ojczyzn.
Podobny zresztą mechanizm można obserwować już dzisiaj w relacjach z trumpowską Ameryką. Administracja Trumpa wstrzymała wydawanie wiz imigracyjnych w wielu placówkach, po czym Polska i Węgry zostały z tego ograniczenia wyłączone. Ale to jeszcze bardziej podchwytliwe, bo nie chroni nas system, a raczej uczyniony wyjątek, a wyjątki na pstrych jeżdżą koniach.
Nacjonalistyczna międzynarodówka działa dla nas korzystnie, bo ideologiczni kumple z Waszyngtonu potraktowali swoich ideologicznych kumpli z Warszawy i Budapesztu lepiej niż innych. Tyle że właśnie na tym polega różnica między porządkiem opartym na regułach a porządkiem opartym na transakcjach i politycznych sympatiach. Dzisiaj jesteśmy kumplem, więc dostajemy cukierka, jutro „America First” może wymagać od Amerykanów dokładnie czegoś przeciwnego do tego, czego potrzebuje Polska. I amerykański nacjonalista będzie miał ze swojego punktu widzenia pełne prawo tak zrobić, ponieważ obiecał wyborcom „America First”, a nie „Poland First”.
No dobra, to teraz Ukraina
Podobne zjawisko widać po stronie ukraińskiej. Wielu Ukraińcow krytykujących Polskę za Konfederację, Brauna czy prawicowe odchylenie PiS samych siebie określa jako nacjonalistów. Często są głęboko konserwatywni i pielęgnują kult OUN oraz UPA, a OUN, przykro mi, należała do rodziny międzywojennego integralnego nacjonalizmu, miała cechy autorytarne i faszystowskie.
Owszem, nacjonalizm kraju wojennego i będącego pod długoletnią władzą sąsiadów musi mieć swoją specyfikę, ale zjawisko tu opisywane trwało długo przed wojną. Paradoks jednak pozostaje. Gdyby część tych ludzi urodziła się w Polsce i zamieniła ukraińskie symbole na polskie, zapewne odnalazłaby się właśnie w tej części polskiego spektrum politycznego, którą z Ukrainy uważa za przerażającą. Tak samo jak niejeden polski narodowiec, gdyby urodził się w Saksonii, zapewne głosowałby na AfD. Różni ich często nie tyle konstrukcja świata, ile flaga powiewająca nad tą konstrukcją.
Dlatego każdy nacjonalista uważa własny nacjonalizm za naturalną samoobronę, a cudzy za groźny szowinizm. Polak mówi „patriotyzm”, Ukrainiec słyszy „polski nacjonalizm”, Ukrainiec mówi „patriotyzm”, Polak słyszy „banderyzm”, Niemiec mówi „patriotyzm”, a Polak zaczyna nerwowo oglądać mapę z 1937 roku. Zasada pozostaje ta sama: kiedy moja wspólnota walczy o swoje, jest to słuszne i naturalne, kiedy twoja wspólnota robi dokładnie to samo, zaczyna mi zagrażać.
Podobny mechanizm widziałem zresztą w Ukrainie. Ileż to ja się nasłuchałem od zachodnich Ukraińców narzekań na „sowków”, „ruskich” i rosyjskojęzycznych ludzi ze wschodu, również tych, którzy uciekali przed rosyjską wojną. Dzisiaj ci sami Ukraińcy słusznie, owszem, oburzają się, kiedy Polacy traktują ukraińskich uchodźców jako jedną podejrzaną masę: mechanizm jest podobny i pokazuje prawdziwą nędzę nacjonalizmu. Nie samo przywiązanie do kraju, języka, kultury czy historii, bo to może być czymś zupełnie normalnym, a nawet pięknym. Nędza zaczyna się wtedy, kiedy naród staje się podstawową kategorią wyjaśniającą świat, a interes narodowy moralnym alibi. Wtedy dokładnie ta sama rzecz wykonana przez naszych jest patriotyzmem, a wykonana przez obcych staje się dowodem ich odwiecznej podłości.
Polski radykał w AfD słyszy samego siebie, tylko po niemiecku
Dlatego nacjonaliści tak łatwo zakochują się w nacjonalistach innych narodów i dlatego te romanse tak często muszą kończyć się awanturą. Kochają w nich własne odbicie. Niemiecki radykał mówi o narodzie, tradycji i suwerenności, a polski radykał słyszy samego siebie po niemiecku. Wszystko działa, dopóki rozmawiają o globalizmie, migracji, LGBT i Brukseli. Potem jednak trzeba ustalić politykę wobec Rosji, handel, granice, reparacje, rolnictwo, transport, prawa mniejszości, historię i podział pieniędzy. Wtedy okazuje się, że pod wspólną ideologią znajdują się konkurujące państwa.
Liberalny porządek europejski, przy wszystkich swoich wadach, powstał między innymi po to, żeby ten mechanizm osłabić. Unia bywa idiotyczna, arogancka, nadregulowana i irytująca, ale jej historyczny sens polega również na tym, żeby Niemiec nie musiał być słabszy, aby Polak mógł czuć się bezpieczny, a sprzeczne interesy państw nie prowadziły automatycznie do polityki siły. Europa nie zniosła konfliktu, tylko zmieniła jego technologię.
Dlatego zdumiewa mnie entuzjazm części polskiej prawicy wobec demontażu tego świata. Polska przecież nie leży na wyspie. Leży tam, gdzie leżała zawsze, między Niemcami a Rosją, a najbardziej absurdalnym marzeniem polskiego nacjonalisty jest świat całkowicie nacjonalistyczny. W takim świecie Rosja będzie bez skrępowania realizowała interes rosyjski, Niemcy niemiecki, Ukraina ukraiński, Węgry węgierski, Ameryka amerykański, a Polska będzie mogła z dumą realizować polski, tyle że jako średniej wielkości państwo położone na równinie między znacznie potężniejszymi graczami.
Czy prawica naprawdę chce powrotu do agresywnego, niepewnego świata i Polski ulokowanej między agresywną Rosją a agresywnymi Niemcami tylko dlatego, że nie podoba jej się, że geje mogą nie żyć w strachu i nakrętki od napojów się nie gubią?
Ziemowit Szczerek













