Szerokość gestu Donalda Trumpa imponuje mi, bo obiecana wypłata ma być dla wszystkich, a nie tylko dla tych, którzy zagłosują właściwie. Nawet dla komunistów, nawet dla zwolenników demokratów.
Na 55 dni przed wyborami połówkowymi, które wyłonią skład Izby Reprezentantów oraz jedną trzecią Senatu, Donald Trump postanowił zwołać w Dallas konwencję Partii Republikańskiej. Z samej partii nie przybyło zbyt wiele osób, zamiast nich na trybunach zasiedli najwierniejsi wyznawcy aktualnie rządzącego prezydenta, czyli lud MAGA w pełnym wizerunkowym rynsztunku od czerwonych czapek z daszkiem po garnitury ozdobione wzorem muru, który oddziela Stany Zjednoczone od Meksyku.
Przybyli mogli odczuć lekkie rozczarowanie, ponieważ ich ukochany przywódca przemawiał zaledwie godzinę i 45 minut, co musiało wywołać przykre poczucie niedosytu. Na szczęście w tym czasie zdążył odnieść się do spraw najważniejszych.
Przede wszystkim koncentrował się na zagrożeniach, wśród których prym wiedzie widmo komunizmu krążące nad Ameryką. Ma się ten upiór objawiać wśród członków Partii Demokratycznej, którzy chcieliby zmusić biedne dzieci do czytania nawet nie Marksa, ale Lenina i Stalina. Trudno mi sobie przypomnieć, kto konkretnie i kiedy wysuwał takie postulaty, ale mogłam przegapić.
Wśród innych niebezpieczeństw warto wymienić coś, co można byłoby nazwać nadmierną geografią: zbyt wiele i za bardzo zróżnicowanych nazw własnych jest wciąż niepotrzebnie utrzymywanych, czyniąc nasze życie nadmiernie skomplikowanym. Biedne dzieci — i tak już przygniecione koniecznością czytania pism Stalina — muszą je w szkole wkuwać na pamięć, kompletnie przez to zaniedbując czynienie swojego kraju znowu wielkim.
Melania Trump i Donald Trump w Waszyngtonie, 11 września 2026 r.
Foto: Elizabeth Frantz / Reuters
Prezydent Trump na szczęście dokonał już w tej dziedzinie kilku ulepszeń, między innymi nazywając Zatokę Meksykańską Zatoką Amerykańską oraz publikując mapę całej Ameryki Północnej wraz z Alaską w barwach flagi USA. Podczas konwencji w Dallas rozwinął to twórczo, dorzucając pomysł zmiany nazwy któregoś oceanu (na Amerykański), ale jeszcze nie był zdecydowany, czy zacząć od Pacyfiku, czy Atlantyku, oraz — i to jest naprawdę super pomysł! — by cieśninę Ormuz przemianować na Cieśninę Trumpa, żeby „on też coś z tego miał”. Z uśmiechem dodał, że władze Iranu na pewno się ucieszą.
Jestem tymi wizjami zachwycona prawie tak samo jak one, ale sugerowałabym, żeby się nie rozdrabniać, bo po co tak to dzielić, skoro można nazwać całą naszą planetę Ameryka, a może nawet niech się tak nazywają wszystkie planety naszego układu, a to, dookoła czego krążą, niech się nazywa Trump i niech nam na wieczne czasy przyświeca.
Wiem, że to nie jest szlachetne uczucie, ale zazdroszczę Amerykanom, bo oprócz tego, że będą mieli łatwiej w szkole, to jeszcze na dodatek prezydent obiecał, że jak republikanie wygrają wybory, wypłaci każdemu dorosłemu Amerykaninowi po 5 tys. dol.! Szerokość gestu mi imponuje, bo wypłata ma być dla wszystkich, a nie tylko dla tych, którzy zagłosują właściwie. Nawet dla komunistów, nawet dla zwolenników demokratów. Ekonomiczne męczybuły już zaczęły oczywiście narzekać, że to będzie strasznie dużo pieniędzy, ale oni już tacy są niepotrzebnie upierdliwi.
Tymczasem wystarczy popatrzeć, jak świetnie się USA pod rządami Trumpa rozwijają, jakie wysokie są ceny benzyny i jak wspaniale wyszło z tym Iranem. Dołóżmy do tego wszystkie sukcesy w rozwiązywaniu innych wojen oraz w polityce wewnętrznej, a jakby tego było mało, to jeszcze osobisty wkład głowy państwa w rozbawianie narodu za pomocą memów i gier umieszczanych na oficjalnej stronie Białego Domu. Dwie z nich wywołały światowy zachwyt: pierwsza, wzorowana na popularnym Snake’u, w której urzędnik deportuje nielegalnych imigrantów, oraz druga, oparta z kolei na Tetrisie, polegająca na odpowiednim dopasowywaniu cegieł w murze na granicy z Meksykiem. I znowu — nie wszyscy docenili geniusz, na przykład ci od gry Tetris zagrali orężem praw autorskich i jakby tego było mało, dołożyli jeszcze, że misją ich firmy nie jest to, by ludzi dzielić, ale by ich łączyć. Więc w mur się już nie da zagrać, ale wąż z deportowanych wciąż hula w najlepsze.
U nas w Polsce nie jest tak różowo, bo nawet jak jakaś partia oznajmia przebudzenie, to potem zaznacza, że wcale nie spali, co zamiast nas wzmacniać, wprowadza w zmieszanie. Najbliższe wybory będą w Krakowie i nie weźmie w nich udziału ani nikt z Konfederacji, ani ze Stowarzyszenia Dobry Radom. Jak wczoraj jechałam wokół Plant, to mi Pan Taksówkarz powiedział, że jego zdaniem trzeba głosować na bogatych, bo oni mniej kradną, bo już mają. Dodałabym, że warto również ze względu na geografię, a „Gibała” to też może być całkiem niezła nazwa dla stolicy Małopolski.