Nowy premier ma pełnię władzy, ale też inklinacje do nieliczenia się z opiniami innych. I nie unika populistycznych zagrywek. Pytanie, czy nie będzie w przyszłości nowym Orbánem — tylko lepszym i bardziej nowoczesnym.
Na Węgrzech trwa wielkie sprzątanie po 16-letnich rządach Viktora Orbána. Rząd premiera Pétera Magyara ma większość konstytucyjną, pozwalającą mu robić właściwie wszystko, potężny jeszcze niedawno Fidesz jest zaś w kompletnej rozsypce. Co więcej, najważniejsi ludzie Fideszu odpuścili walkę polityczną — mandaty poselskie złożyli sam Orbán oraz jego pretorianie: Péter Szijjártó i János Lázár.
Nowe władze ujawniają kolejne afery i przekręty poprzedniej władzy, które pokazują, że Orbán i Fidesz uważali Węgry za swoją prywatną własność.
Nie ma dziś żadnej siły politycznej, która mogłaby stawić opór Magyarowi. Fidesz jest rozgromiony, a skrajnie prawicowa Mi Hazánk ma w parlamencie tylko sześcioro posłów i może co najwyżej urządzać chamskie występy, jak ten szefa partii László Toroczkaia, który nazwał Magyara „obrzydliwym, tchórzliwym robakiem”. Za co został natychmiast wykluczony z obrad parlamentu przez przewodniczącą Zgromadzenia Narodowego Ágnes Forsthoffer. Ten skandal pokazał, że nowa władza nie będzie się patyczkować w żadnej kwestii. Z nikim.
Także z Rosją, do niedawna bliskim sojusznikiem Orbanistanu. Zmiana stosunku do Moskwy jest wręcz szokująca: kilka dni temu szefowa węgierskiej dyplomacji Anita Orbán (zbieżność nazwisk przypadkowa) nakazała 10 rosyjskim dyplomatom opuszczenie Węgier, sugerując, że zajmowali się szpiegostwem. Dla przyzwyczajonej do cieplarnianych warunków w Budapeszcie rosyjskiej agentury to szok i klęska.
***
Plac Bośniacki znajduje się w dzielnicy Zugló, kwadrans autobusem od dworca Keleti ku północno-wschodnim rubieżom miasta. Ze ścisłego centrum to pół godziny drogi. Nad niską zabudową góruje Kościół św. Antoniego Padewskiego, zawsze panował tu podmiejski klimat, a główną atrakcją była duża hala targowa z bazarem. Dziś hala jest wymarła i działają tylko niektóre sklepiki, prowadzone głównie przez Azjatów.
Za to zaraz za nią stanęło osiem potężnych biurowców oraz centrum handlowe Zenit Corso i apartamentowiec Zenit Residence. Niemal pachnące nowością budynki w kolorze rdzy i błyskające zielenią szkła wyglądają jak ogromna stacja kosmiczna. Na niektórych balkonach rezydencji widać meble ogrodowe, rowery czy kwiaty, co sugeruje, że ktoś tam mieszka, ale reszta budynków jest kompletnie pusta, zamknięta na głucho, bo żadna firma się tam nie wprowadziła. I chyba nieprędko wprowadzi.
Peter Magyar świętuje zwycięstwo w wyborach na wiecu w Budapeszcie
Foto: Leonhard Foeger / Reuters
Biurowce zbudowała firma Bayer Construct, należąca do potentata w branży nieruchomości Attili Balázsa. Ten deweloper miewał wspólne interesy z Istvánem Tiborczem — zięciem Orbána, właścicielem imperium hotelowego, który stał się miliarderem dzięki małżeństwu z Ráhel Orbán, córką byłego premiera. Do Tiborcza należy kilka luksusowych hoteli w centrum stolicy, a wśród nich najsłynniejszy na Węgrzech, czyli Gellért, obecnie w trakcie remontu generalnego. Ogromny budynek, legenda Budapesztu, łypie pustymi oczodołami okien pozbawionych szyb i wygląda na całkowicie wypatroszony w środku.
Węgierscy royalsi, czyli Ráhel i István, przezornie jeszcze przed kwietniowymi wyborami ewakuowali się do USA i nie zamierzają wracać nad Dunaj. To oszałamiające bogactwo córki i zięcia Orbána było jednym z powodów porażki Fideszu w wyborach. Nepotyzm i rozszarpywanie majątku narodowego stały się nie do wytrzymania dla obywateli. Opowiadał o tym dokumentalny film „Dynastia”, który też przyczynił się do klęski Orbána. Nakręcony przez Direkt36, zespół dziennikarzy śledczych, którzy konsekwentnie ujawniali patologie systemu oraz oligarchiczny model bogacenia się na Węgrzech, pokazał, że ludziom Fideszu chodzi wyłącznie o pieniądze i luksusy.
Jeśli szukać dowodów na to, że bez niezależnego dziennikarstwa demokracja upadnie, to właśnie Direkt36 jest dobrym przykładem.
Dlaczego jednak Plac Bośniacki stał się najsłynniejszym placem na Węgrzech i co ma z tym wspólnego Viktor Orbán? Ta wielka inwestycja to jeden z największych przekrętów Fideszu, choć nie do końca udany. Bo gdyby Orbán wygrał wybory albo skok na kasę urządzono wcześniej, to dziś tysiące pracowników najważniejszych instytucji państwowych korkowałoby swoimi samochodami wszystkie drogi dojazdowe do Placu Bośniackiego.
Te rdzawo-szklane monstra miały być bowiem siedzibami instytucji państwowych, obecnie zajmujących piękne kamienice położone w centrum miasta, często perły architektury secesyjnej. Wśród tych nieruchomości są prawdziwe cuda, jak ogromny budynek dawnego Królewskiego Banku Pocztowego, gdzie siedzibę ma Węgierski Skarb Państwa, odpowiedzialny za nadzór nad publicznymi pieniędzmi. Akurat przez 16 lat ten nadzór oznaczał głównie dbanie o kasę dla kolegów Orbána.
Szwindel polegał na tym, żeby kamienice i biura w centrum sprzedać bez oficjalnego ogłaszania przetargów bogatym klientom zagranicznym. Podobno chętni już byli — Chińczycy, bogacze z Zatoki Perskiej, a nawet oligarcha z Kazachstanu.
***
Magyar ustanowił specjalny urząd, niezależny od premiera i rządu, mający za zadanie wyśledzić wszystkie tego typu afery oraz wyprowadzone na zewnątrz państwowe pieniądze. Narodowe Biuro ds. Odzyskiwania i Ochrony Majątku (NVVH) powstało błyskawicznie. W lipcu szef kancelarii premiera i wicepremier Bálint Ruff złożył projekt ustawy o powołaniu NVVH, dwa tygodnie później przegłosowano go w parlamencie, w sierpniu powołano kierownictwo, a od 1 września biuro działa pełną parą.
Szefowa Anna Unger oraz jej zastępczyni, odpowiedzialna za pion śledczy Katalin Tásnady, otrzymały na wniosek Magyara całodobową ochronę policyjną. Premier tłumaczył, że będą walczyć z mafią — i był to też jasny komunikat, że NVVH nie cofnie się przed niczym.
A jest co odzyskiwać, Magyar zaś publicznie pokazuje, jak rząd Fideszu pławił się w luksusach, podczas gdy zwykli obywatele często żyli poniżej progu ubóstwa. Premier nie unika populistycznych zagrywek, do czego zresztą otwarcie się przyznaje. Tak wykorzystał sprawę dawnego klasztoru karmelitów w najbardziej reprezentacyjnej części miasta. To XVIII-wieczny budynek na Wzgórzu Zamkowym, gdzie Orbán przeniósł swoją kancelarię. Wcześniej wyremontował go na wysoki połysk i zapraszał tam zagranicznych gości, by pokazywać im miasto z rozległych tarasów widokowych. Klasztor karmelitów stał się jednym z symboli imperialnej władzy Orbána. Szczególnie pewien element wystroju: legendarny ogromny globus, kopia XIX-wiecznego oryginału, na którym znajdują się ówczesne granice państw, a zatem także Wielkich Węgier, sprzed traktatu w Trianon.
Magyar po przejęciu władzy nie omieszkał osobiście oprowadzić mediów po upadłym imperium Orbána i szefa jego gabinetu Antala Rogána, człowieka symbolu węgierskiej korupcji i zamiłowania do luksusu. Klasztor udostępniono do zwiedzania zwykłym obywatelom, co także zostało sfilmowane. Na filmie Magyar pokazuje dziennikarzom pokój cygarowy, gdzie ówcześni władcy Węgier mieli się rozkoszować smakiem drogich wyrobów tytoniowych. To wszystko wyglądało tak, jakby generał zwycięskiej armii prezentował zdobyczne trofea po wygranej wojnie.
Zarówno medialne, jak i czysto polityczne działania Magyara zmierzają do całkowitego rozmontowania czegoś, co nazywało się NER (Nemzeti Együttműködés Rendszere — System Współpracy Narodowej), a było synonimem nowego państwa Fideszu, tak zabetonowanego, że przez długie lata niemożliwego do pokonania. NER, ustanowiony po zwycięstwie wyborczym Orbána w 2010 r., to oficjalna nazwa nowego porządku społeczno-politycznego. A tak naprawdę była to machina służąca systemowej korupcji i wyprowadzaniu publicznych pieniędzy do kieszeni ludzi władzy oraz sprawowaniu pełnej kontroli nad gospodarką i mediami.
Fidesz jest w rozsypce, bo jego członkowie wiedzą, że nie mają szans wrócić do władzy. Orbán zdaje sobie sprawę, że jego kariera jest skończona, zwłaszcza że wprowadzenie przez Magyara kadencyjności sprawowania urzędu premiera wyklucza możliwość, by „Viktator” mógł znów stanąć na czele rządu.
Ale najbardziej znamienne jest to, co zrobił Péter Szijjártó — były już minister spraw zagranicznych. To człowiek, który raportował swojemu przyjacielowi Siergiejowi Ławrowowi, o czym rozmawiano na posiedzeniach Rady Europejskiej, oraz konsultował z szefem rosyjskiej dyplomacji politykę węgierskiego MSZ. Szijjártó, najbardziej odstręczająca postać rządu Orbána, po wycofaniu się z polityki zatrudnił się u chińskiego producenta samochodów BYD, którego wcześniej wspierał w ekspansji na węgierskim rynku państwowymi dotacjami.
Na Plac Bośniacki jechałem zresztą miejskim autobusem firmy BYD.
Pensja Szijjártó wypłacana przez Chińczyków jest tajna, ale spekuluje się o 2 mln euro rocznie.
***
Magyar do tej pory potknął się tylko raz — gdy usiłował ręcznie wybrać nowego prezydenta republiki. Poprzedniego Tamása Sulyoka zmusił do dymisji — nominant Fideszu początkowo stawiał opór, ale w końcu zrzekł się urzędu.
Prezydenta na Węgrzech wybiera parlament i tradycyjnie jest on sojusznikiem aktualnie rządzącej partii. Formalnie ma to być pozapartyjny autorytet, człowiek budujący zgodę narodową, bo prerogatywy prezydenta są bardzo skromne. Sulyokowi kadencja kończyła się dopiero w 2029 r., ale Magyar uznał, balansując na granicy prawa, że skoro większość konstytucyjną ma Tisza, to jego partia ma prawo wybrać swojego prezydenta. Pierwsza próba skończyła się jednak klapą. Magyar wysunął kandydaturę Judit Polgár, szachistki wszech czasów, osoby powszechnie znanej i lubianej. Tyle że nie skonsultował tego ani ze swoją partią, ani z samą Polgár, która zaszczycona, acz wstrząśnięta szybko odmówiła, dając Magyarowi mata.
To pokazało, że premier ma wyraźne inklinacje do jedynowładztwa i nieliczenia się z opiniami innych. Stąd obawy, czy nie będzie w przyszłości nowym Orbánem — lepszym, bardziej nowoczesnym modelem dobrze znanego produktu węgierskiej polityki, jakim jest autokrator.
11 sierpnia 2026 r. Nowy prezydent Węgier Andras Baka po zaprzysiężeniu przed parlamentem
Foto: Bernadett Szabo / Reuters
Epoka Orbána, czyli Orbán-korszak, wpisuje się w logikę węgierskiej historii ostatnich stu lat. Każdy z szefów państwa, czy nacjonalistycznego, czy komunistycznego, pozostawiał po sobie całą epokę: mówi się o Horthy-korszak, Kádár-korszak, Orbán-korszak. Pytanie, czy kiedyś będziemy mówić o Magyar-korszak. Bo kto wie, czy jego rządy nie będą równie długie jak wspomnianych.
Po wpadce z Polgár premier zdecydował się na Andrása Bakę, szanowanego prawnika, byłego prezesa Sądu Najwyższego, cenionego za swoją niezależność. Głównym zadaniem Baki będzie współpraca z rządem w przygotowaniu nowej konstytucji. A ta ma powstać w ciągu dwóch lat i zmienić system polityczny na Węgrzech. Bardzo możliwe jest wprowadzenie powszechnych wyborów prezydenta, a więc wzmocnienie jego mandatu.
Dziś Tisza ma pełnię władzy na Węgrzech, ale Magyar musi się spieszyć ze zmianami, bo dopóki nie przywróci w pełni praworządności, nie wpłyną do kraju wyczekiwane jak deszcz na pustyni pieniądze z Unii Europejskiej. Węgry są dziś jedynym krajem UE, który nie dostał ani centa z pożyczki wojskowej SAFE. Rząd Orbána wnioskował o 17 mld euro, finalnie przyznano Węgrom prawo do ponad 16 mld (to trzecia pod względem wielkości kwota, po Polsce i Rumunii), ale Komisja Europejska wstrzymuje wypłaty, dopóki nie zostanie ukrócona w pełni korupcja.
Nic dziwnego, bo istniało zagrożenie, że pieniądze te trafią do rozlicznych firm powiązanych z kamarylą Orbána i zostaną najzwyczajniej rozkradzione. Te 16 mld euro na zbrojenia dałoby głęboki oddech ledwo dyszącej węgierskiej gospodarce, pozwalając przesunąć miliardy budżetowych forintów na inne, pozawojskowe cele. Co więcej, Tisza się spieszy, bo — jak piszą węgierskie media — niewypłacone Węgrom pieniądze mogą zasilić inne kraje korzystające z SAFE, w tym Polskę.
Magyar zdominował swoich ministrów, nawet w tak, zdawałoby się, przyziemnych kwestiach jak sprawa gospodarki odpadami. Kwestia śmieci, będąca w gestii ministra środowiska, stała się jednym z kluczowych problemów rządu i w podsumowaniach stu dni premierowania Magyara stoi obok spraw służby zdrowia oraz kwestii odzyskiwania przywłaszczonych przez poprzednią władzę pieniędzy.
Sprawa segregacji i wywozu odpadów nie wydaje się polityczna, a jednak jest. Nie dlatego, że dotyczy każdego obywatela, a system segregacji jest niewydolny. Otóż rząd Fideszu niedługo przed swoim upadkiem podpisał aż na 35 lat umowę z MOHU — spółką córką giganta naftowego MOL — który to MOHU kompletnie nie radzi sobie z gospodarowaniem odpadami. Magyar powiedział, że umowa nie jest Pismem Świętym, i natychmiast zabrał się do jej likwidowania.
Faktycznie sprawa śmieci nie wygląda dobrze. Pod moim domem stoi jeden mały pojemnik na odpady zmieszane, jeden na papier i jeden na metal i plastik, ale żeby oddać szkło, muszę się kawałek przejść, co dla mnie nie jest problemem, ale dla starszych ludzi może już być. Nie ma natomiast nigdzie w okolicy pojemników na bioodpady. Butelkomaty nie działają, działają źle bądź jest ich za mało. Walka Magyara z MOHU to też stanięcie po stronie obywateli przeciw naftowemu gigantowi opanowanemu przez ludzi Fideszu.
Magyar podniósł także minimum emerytalne, ze śmiesznych 28 500 forintów (równowartość nieco ponad 300 zł) do 120 tys. (około 1500 zł). Oczywiście większość emerytów dostaje zdecydowanie powyżej kwoty minimum, ale i tak wielu bieduje. Na Węgrzech jest 2,5 mln emerytów — w niespełna dziesięciomilionowym kraju. Z tego co trzeci emeryt żyje poniżej bądź na granicy minimum egzystencji. Ten elektorat będzie rósł w siłę, bo Węgry starzeją się na potęgę. Magyarowi jednak sprzyja to, że inflacja osiągnęła właśnie najniższy poziom od 10 lat.
***
W momencie, gdy Fidesz jest w stanie totalnej dezintegracji, a Mi Hazánk potrafi się tylko awanturować, na scenie pojawia się osobliwa formacja opozycyjna, a właściwie jedna nowa gwiazda radykalnej prawicy. Elizabeth Tóth jest młodą, wytatuowaną influencerką polityczną z TikToka, prowadzącą kanał Węgierska Rzeczywistość i stojącą na czele powstałego latem tego roku ruchu Dobbanjon. To jedno słowo zawiera w sobie hasło Elizabeth i jej kamratów: „Znów mocno bije węgierskie serce!”.
Elizabeth Tóth, gwiazda węgierskiej skrajnej prawicy
Foto: Tóth Elizabeth, Magyar Valósá/”Stop Önkény” / Facebook
Nie wiadomo dokładnie, kim jest Elizabeth Tóth, choć zapewne na imię ma Erzsébet, ale w social mediach Elizabeth brzmi lepiej. Nie wiemy, ile ma lat, jest matką dwojga dzieci, z jej Facebooka wynika, że jest żarliwą kibicką drużyny Ferencvárosu i zaczęła wokół siebie gromadzić młodzież o nacjonalistycznych poglądach. Ale także objawiła się już na kilku demonstracjach gromadzących sieroty po Orbánie. Dała się zapamiętać dzięki głośnej antyimigranckiej retoryce. Zestaw jej haseł jest znany z czasów Fideszu, a szczególnie Jobbiku: „Węgry dla Węgrów”, „Ojczyzna nie jest na sprzedaż”, „Bruksela nie będzie nami rządzić”.
Co z tego wyniknie, nie wiadomo. Na razie Elizabeth organizuje wielką demonstrację przeciwko rządom Pétera Magyara. Odbędzie się na Placu Kossutha, w tradycyjnym miejscu wszelkich protestów.





