Co by się stało, gdyby Ukraińcy zniknęli? Wszyscy mielibyśmy przerąbane — mówią pracodawcy.
Wszystko stoi. Na osiem ciężarówek, które Łukasz ma w swojej firmie, w trasę ruszają cztery. No, jak się dogada ze szwagrem i sam usiądzie za kółkiem, będzie sześć. Ale to na chwilę, bo ktoś musi prowadzić firmę, a szwagier ma swoje życie. To oznacza niewyróbkę, przepracowanych kierowców, koniec przynajmniej części kontraktów. Ukraińcy jeżdżą dobrze, pracują i nie narzekają, bo praca w transporcie jest pewna i płatna. I odpocznie człowiek od problemów w rodzinie i w kraju. Nie byłoby z czego porobić opłat, firma by chwilę pofunkcjonowała, a potem by straciła płynność.
— Tak to sobie wyobrażam — mówi Łukasz. — Gdyby nagle wszyscy wrócili do Ukrainy albo pojechali gdzieś dalej. W branży zaczęłaby się walka o pracownika, a czym się walczy? Stawką. Inflacja by poszybowała, bo jak transport drożeje, to wszystko idzie do góry. Pan by to poczuł przy kasie w Biedronce. W której też nie byłoby komu pracować.
Antyukraińska pikieta
Foto: Fot. Pawel Wodzynski/East News
To nie tak, że oni komuś zabierają pracę
Co by było, gdyby Ukraińcy wyjechali? W budownictwie? Tragedia — mówi Kamil, kierownik budowy z prawie dwudziestoletnim doświadczeniem. Obecnie pracuje przy budowie dużego budynku mieszkalnego w Warszawie. Ze statystyk wynika, że w budowlance zatrudnia się ok. 150 tys. Ukraińców. — Więcej, a w każdym razie w dużych miastach — przerywa Kamil. — Szacowałbym, że na budowach, na których pracowałem, Ukraińcy stanowią od 20 do 30, a czasem i do 50 proc. pracowników. Już teraz często brakuje pracowników, wykonawcy muszą ich szukać. Gdyby nie było Ukraińców, trudno byłoby znaleźć osoby wykwalifikowane. Na pewno ceny by wzrosły. Jak są drożsi pracownicy, a musieliby być drożsi, bo trzeba by ich skądś ściągać, wszystko idzie do góry. Wtedy pewnie bardziej by się opłacało ściągać pracowników z dalszych zakątków świata. Przeciętny Kowalski zapłaciłby więcej za metr mieszkania.
Na budowach Kamila pracuje od 100 do 150 osób. Część polskich budowlańców, którzy za pracą wyjechali na Zachód, już tam została. Braki kadrowe wyrównali Ukraińcy. Gdyby nie to, ceny mieszkań rosłyby jeszcze szybciej. — Oni nie mają aż tak wygórowanych oczekiwań finansowych jak Polacy, którzy popracowali w Anglii i wrócili. I tak zarabiają dużo lepiej niż w swoim kraju. Ale to nie tak, że oni komuś zabierają pracę. Pracowników, zwłaszcza tych wykwalifikowanych, wciąż brakuje.
Miejsca pracy są
W Polsce legalnie pracuje 770 tys. Ukraińców — mówi Piotr Rogowiecki, dyrektor Departamentu Analiz i Legislacji Pracodawców RP. — Głównie w transporcie, magazynowaniu, przetwórstwie przemysłowym. 68 proc. wszystkich zatrudnionych w Polsce cudzoziemców to Ukraińcy. Ich wkład w wypracowanie PKB to ok. 3 proc. Do tego dochodzi wkład składkowy i podatkowy. Do samego ZUS wpłacają 15 mld zł rocznie, a przecież ZUS wypłaca emerytury, głównie Polakom. Do tego jeszcze podatki, samych PIT i CIT Ukraińcy wpłacają prawie 2,5 mld. Ktoś, kto ma antyimigranckie przekonania, powie: ale pobierają świadczenia, socjal. Niektórzy pobierają, ale z różnych szacunków wynika, że na każdą pobraną złotówkę socjalu, czy to będzie 800+, czy 300+, Ukraińcy wpłacają do systemu średnio ponad 5 zł. Opłacają się budżetowi, gospodarce. Ktoś inny powie: drenują nasz system opieki zdrowotnej. Nieprawda, wpłacają składki w wysokości 700 mln zł rocznie. To wszystko się opłaca.
— Co by się stało, gdyby nagle wszyscy wyjechali?
— Fizycznie nie mielibyśmy kim obstawić tych 770 tys. miejsc pracy. To nie jest tak, że Polacy są wypychani z rynku pracy przez Ukraińców. Każdego roku z rynku pracy schodzi kilkaset tysięcy pracowników. Przechodzą na emeryturę i wcale nie tak wiele osób na tej emeryturze pracuje — tłumaczy Rogowiecki.
Pracodawcy musieliby zacząć drastycznie walczyć o pracownika. Najczęściej wynagrodzeniem, co przełożyłoby się na wzrost inflacji, bo ten koszt byłby przerzucony na konsumenta — za wiele rzeczy płacilibyśmy więcej. I wtedy już mamy kłopot strukturalny. Cały czas dyskutujemy o strategii migracyjnej kraju, rząd utrudnił ostatnio dostęp do rynku pracy m.in. Kolumbijczykom i Gruzinom. A pracowników brakuje.
Przy takim zapotrzebowaniu to nawet ci Ukraińcy, którzy dziś pracują w Polsce — i którzy coraz częściej spotykają się z hejtem — nie wystarczą.
— Absolutnie! Jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji, ktoś powie, że automatyzacja, robotyzacja wejdą i załatwią sprawę, ale to nieprawda — na pewno nie w krótkim i średnim okresie. Ukraińcy często wykonują prace, które jeszcze bardzo długo nie będą podlegały przemianom technologicznym — uważa Rogowiecki. — W Polsce zachodzą dziś procesy podobne do tych, które zachodziły wcześniej w krajach zachodniej Europy. Po wejściu Polski do UE kilka milionów Polaków wyjechało za pracą. W tamtych krajach ludzie nie palili się do pracy na zmywakach, nie chcieli wozić paczek, remontować domów, zbierać szparagów. W Polsce jest dziś podobnie. I nic w tym złego, ogólny poziom zamożności jest na tyle wysoki, że wielu z nas nie chce wykonywać niektórych zawodów. W te miejsca wchodzą imigranci. Wszyscy jeździmy Uberami czy Boltami — ogromną część tej branży stanowią imigranci, głównie Ukraińcy. Albo dostawa jedzenia — dawno nie widziałem Polaka dowożącego jedzenie. Jeszcze jeden przykład: transport. W tej branży jesteśmy europejską potęgą, ale kłopoty są coraz poważniejsze, brakuje 200 tys. kierowców. Skąd ich wziąć? Miejsca pracy są, a Polacy się jakoś o nie nie biją.
A co jeśli wyjadą?
Foto: Ilustracja Piotr Chatkowski
Tu jest mój dom
— Niech pomyślę — Krzysztof zapala papierosa i rozgląda się po swojej knajpie. Najwięcej zarabia na alkoholach, ale są też pizze, burgery, frytki, drobne przekąski. — Tylko dziś, na wieczornej zmianie, pracuje siedem osób. Dwie osoby w kuchni, trzy w barze, są też dwie osoby do pomocy — ogarnąć salę, kuchnię, szkło, ogródek.
Pięcioro z nich to Ukraińcy. — Młode dzieciaki, po dwadzieścia parę lat. Świetnie mówią po polsku, mają mieszane towarzystwo polsko-ukraińskie. Część z nich przyjechała tu jeszcze przed wojną, ale już po Krymie. — To są młodzi polscy obywatele, nawet jeśli jeszcze nie mają paszportów. Pracują tak samo jak my, mają tu życie. Dlaczego mieliby wyjeżdżać? Jest jeszcze ochroniarz. On jest akurat Białorusinem. Powinno się im dawać paszporty z marszu, Ukraińcom i Białorusinom. Kulturowo, językowo są bardzo podobni do nas. Zdarzy się czasem, że jakiś podpity klient chce ich wysyłać do domu, ale to pojedyncze przypadki. Wtedy zwykle pacyfikują go inni klienci, Polacy.
Krzysztof nie patrzy nikomu w paszport, kiedy ktoś przychodzi zostawić CV. Ale młodzi z Polski popracują w wakacje, a potem wracają na studia. Część z nich całkiem znika, część bierze pojedyncze zmiany, zwykle tylko w weekendy. Czasem przeżywają swoje dwudziestoletnie dramaty i ktoś musi popracować za nich. — Broń Boże, nie mówię, że Polacy pracują gorzej. Wszyscy moi pracują świetnie. Ale cudzoziemcy jak złapią pracę, w której są fajna atmosfera, przyzwoita stawka i dobre tipy, będą się jej trzymać. Zwłaszcza w gastronomii, bo wokół knajp tworzą się środowiska, poznają nowych ludzi, zaprzyjaźniają się.
— Narzekają, że atmosfera w Polsce się zmienia?
— Nie bardzo. Ale wiadomo, że to ich rusza. Zwłaszcza tych młodszych, bo oni żyją z głową w telefonie, a wiadomo, co się dzieje w mediach społecznościowych. Nie rozumiem tego hejtu. Nikomu nie przeszkadzają, krzywdy nie robią. Dużo pracują. Zdarzyła się raz sytuacja, że klientka po paru drinkach zaczęła wysyłać barmankę „do domu”. A ona, wygadana, wytatuowana dziewucha mówi: „Tu jest mój dom. A dodatkowo to moje miejsce pracy, może pani wyjść, jak się pani nie czuje tutaj dobrze”. Jak się tamta wściekła! Darła twarz, że „tu jest Polska, a ukraińska kur… do domu”. Tak się kończy miks alkoholu, mediów społecznościowych, toksycznej polityki i frustracji. Dziwne, ale większy hejt na Ukraińców widzę wśród kobiet niż mężczyzn. A co by było, jakby oni naprawdę wyjechali? Na przykład do Berlina, gdzie by ich przyjęto z otwartymi ramionami? Musielibyśmy otworzyć rynek dla imigrantów z innych stron świata. Takich, którym znacznie dłużej zajmie asymilacja. Którzy przyjadą z rodzinami, którzy będą mieli inne spojrzenie na świat niż my. Skorzystaliśmy bardzo na nieszczęściu Ukraińców. Powinniśmy o tym pamiętać.
Kto ma to wszystko wozić?
W Polsce trwa boom kurierski. Od stycznia do końca czerwca 2026 r. zarejestrowano ponad 800 działalności kurierskich. Działa u nas już prawie 11 tys. takich firm. Tylko w 2025 r. zrealizowały ponad 2,26 mld usług pocztowych. Samych przesyłek kurierskich było 1,4 mld.
— Kto ma to wszystko wozić? — pyta retorycznie Rafał. Na stałe współpracuje z kilkunastoma podwykonawcami. Siedmiu z nich to cudzoziemcy. Sześciu Ukraińców i jeden Gruzin. — Branża rozwija się tak szybko, że brakuje rąk do pracy. Dla każdego wystarczy. A dowóz jedzenia? Dowóz zakupów? Widział pan w ostatnich latach Polaka, który wiezie pizzę? Nie ma niczego złego w tym, że Polacy nie wykonują takich prac. Tylko nie mieści mi się w głowie, jak można kupować w Żabce, w której za kasą siedzi Ukrainiec, odbierać od niego paczki, pocztę, jedzenie, strzyc się u Ukrainki, zamawiać od niej drinka w barze i ich przy tym nienawidzić albo nimi gardzić. W mojej osiedlowej Żabce pracują dwie Polki i troje Ukraińców. W lokalnej pizzerii sami ukraińscy kelnerzy. W szpitalu, bywam często, bo babcia staruszka ma problemy zdrowotne, co druga pielęgniarka to Ukrainka. A kierowcy Uberów? Polacy pracują w innych zawodach, mają większe oczekiwania. Bezrobocie mamy dość niskie [w czerwcu tego roku wyniosło 5,8 proc.], a w takiej Warszawie praktycznie żadne [w czerwcu 1,6 proc.]. Zwłaszcza w dużych miastach i ich okolicach, gdzie Ukraińców mieszka najwięcej, nie jest tak, że trzeba z nimi walczyć o pracę. Więc o co chodzi? O politykę, jak zwykle. Suk***yny namawiają ludzi, żeby nienawidzili tych, którzy na nich pracują.
Jakich chcemy migrantów?
O ilu więcej pracowników powinno być w Polsce, żeby zaspokoić potrzeby gospodarki? — pytam Piotra Rogowieckiego.
— Według GUS co roku z rynku pracy schodzi 200-300 tys. osób. Gdyby warunki życia w Ukrainie nagle pogorszyły się jeszcze bardziej, gdyby wojna jeszcze przybrała na sile i do Polski nagle przyjechało kolejne kilkaset tysięcy pracowników, to pracodawcy przyjęliby ich z otwartymi ramionami, oni by w ten rynek wsiąkli błyskawicznie. No chyba że wydarzyłoby się u nas jakieś załamanie gospodarcze. Pamiętajmy o wskaźniku aktywności zawodowej Ukraińców w Polsce — według różnych szacunków wynosi on od sześćdziesięciu kilku do 85 proc. Jest dużo wyższy niż w innych krajach. W Niemczech np. wynosi około 30 proc. Oni tu po prostu pracują.
— A jednak nie brakuje ludzi, którzy mówią: patrzcie, rozbijają się drogimi samochodami, chodzą w drogich ubraniach.
— To zadajmy sobie pytanie, jakich chcemy imigrantów: biednych czy bogatych? Przecież bogaty wyda u nas dużo więcej pieniędzy, dzięki czemu zarobią polski przedsiębiorca, jego pracownik i budżet państwa.
Z Anglii będziemy Polaków ściągać?
Wyobraź sobie, że nagle wszyscy cudzoziemcy, nie tylko Ukraińcy, znikają — mówi Tomek, pracujący w remontówce. W jego firmie jest pięć osób. Dwóch Ukraińców i trzech Polaków. — Gospodarka dostaje po dupie, inflacja rośnie, wszystko robi się jeszcze droższe. I co wtedy? Ja ludzi do pracy znajdę, ale będę im musiał więcej zapłacić, bo takich firm jak moja są tysiące i każdy będzie walczył o pracownika. Z Anglii będziemy Polaków ściągać? W funtach im płacić? Skończyłoby się tak, że rząd by musiał na gwałt ściągać setki tysięcy pracowników. Z rodzinami. Którzy nie nauczą się tak szybko polskiego. Którzy nie tak szybko poczują się u nas jak u siebie. I których znów ktoś będzie wysyłał do domu.





