Zostają z żonami dla wygody albo świętego spokoju. Łączy ich rutyna i codzienność. Czasem boją się samotności, czasem nie chcą tracić codzienności z dzieckiem, a czasem uważają to za obowiązek czy odpowiedzialność prawdziwego mężczyzny. Dlaczego tak wielu polskich mężów żyje w związkach bez miłości?

— Byle tylko przeżyć dzień, tydzień, miesiąc — zwierza się Albert (39 l.). Bierze nadgodziny, aby wrócić do domu jak najpóźniej, gdy żona już siedzi w telefonie. Scrolluje zawzięcie do późnych godzin nocnych, ledwo zauważa jego przybycie. Żal mu tylko utraconych chwil z 7-letnim synem. Ale w tygodniu nie ma ochoty wrócić do domu przed dwudziestą, czasem później. — Nie umiem opisać, jak bardzo żona mnie irytuje. Czy ją kocham? Nie wiem. Jestem wdzięczny, że urodziła naszego syna; za to ma mój szacunek do końca świata. Ale nie daję rady w roli męża. Jej męża — dodaje szybko.

W weekendy zaciska zęby, bo musi. Przecież mają swoje, ustalone wyłącznie przez żonę, rodzinne rytuały. Wtedy do pracy uciec się nie da. W sobotę rano robią zawsze duże zakupy w supermarkecie, potem czas na sprzątanie (dzielą się obowiązkami). Wspólny obiad na mieście, a w niedzielę u teściów Alberta. — Ich też nie lubię, wkurzają mnie — zastrzega. Czemu zatem w tym wszystkim tkwi? — Żeby nie rozwalić rodziny, nie zniszczyć synowi życia. Przecież my z żoną nawet się nie kłócimy — milknie Albert. Dlaczego odczuwa głównie irytację w kontakcie z nią? — Nie wiem, czy kocham moją żonę. Naprawdę nie wiem. Nawet specjalnie jej nie lubię. Szanuję ją tylko jako matkę mojego syna, wytrwam do jego osiemnastki. A co potem? Nie wiem. Nie wiem, czy starczy mi siły na rozwód.

Związki dla wygody. Dla poczucia (jednak chyba złudnego) bezpieczeństwa. Dla „świętego spokoju”. W takich relacjach brakuje intymności, miłości, rozmowy, bliskości, porozumienia. Czasem nawet nie ma zwykłego międzyludzkiego szacunku.

Psycholożka Renata Orłowska z Poradni „Dobry Czas” przyznaje, że spotyka się z tym zjawiskiem bardzo często. Nie tylko w gabinecie. — Cóż, to jeden z najczęstszych obrazów, jakie widzę u mężczyzn po trzydziestce i czterdziestce. Relacja formalnie trwa, choć emocjonalnie jest martwa. Mężczyzna zgłasza się z lękiem, z bezsennością, czasem z uzależnieniem od pracy. Czasem z erupcją złości, której nie rozumie. Dopiero po kilku sesjach okazuje się, że u podstaw leży związek, w którym od lat brakuje bliskości, a jest tylko logistyka: wspólne rachunki, dziecko, przyzwyczajenie. To nie jest margines, ale bardzo częsty scenariusz — podkreśla.

Orłowska zauważa, że mężczyźni rzadko przychodzą z hasłem „mój związek mnie unieszczęśliwia”. Jeśli już, dostrzegają inne objawy, a sprawy związku wychodzą na jaw z czasem. — Co wiele mówi o tym, jak głęboko ta niezgoda bywa zepchnięta poza świadomość — przyznaje.

— Niech już będzie! — tak o swoim małżeństwie opowiada Konrad (46 l.). Jest znany z tego, że wiecznie narzeka na związek, na żonę i na swoje życie. Przyjaciele dali mu wiele razy do zrozumienia, że każdy jest mimo wszystko kowalem swojego losu. I skoro on nie chce nic zmienić, to niech przynajmniej nie zamęcza innych opowieściami. W teorii rozwód Konrada i jego żony wydaje się dość łatwy. Mieszkanie mogliby sprzedać, kupić dwa mniejsze. Wspólnych dzieci i zwierząt brak. Kredyty? Konrad spłaca leasing za samochód, a żona niewielką pożyczkę. Każde z nich ma swoją pracę i krąg osobnych znajomych. W domu widują się w przelocie, czas spędzają bardzo rzadko. Śpią osobno, każde ma swoją sypialnię, a do tego wspólny salon. Nieużywany. Żona Konrada też wcale nie jest szczęśliwa; mimo to małżeństwo trwa.

Skąd bierze się postawa typu „niech będzie, byle było”? Zdaniem Renaty Orłowskiej kilka mechanizmów nakłada się tutaj na siebie. Jakich? — Męska socjalizacja uczy, że separacja to porażka, a nie decyzja. Chłopcy są wychowywani w wytrwałości i braniu na klatę, a nie rozpoznawaniu własnych potrzeb emocjonalnych. Odejście z relacji bywa więc przeżywane jako kapitulacja, nawet jeśli relacja jest destrukcyjna — opowiada psycholożka.

— Działa tutaj także silny mechanizm obronny, czyli racjonalizacja. „Przecież nie bije, nie zdradza, jest okej”. To powoduje umieszczenie poprzeczki tak nisko, że nieszczęście staje się do zniesienia, co pozwala uniknąć konfrontacji z pytaniem: czy ja w ogóle chcę tu być?

Do tego, jak w przypadku Alberta, nierzadko dochodzi lęk przed utratą regularnego, codziennego kontaktu z dzieckiem. Orłowska uważa, że ten lęk jest realny i często uzasadniony systemowo, a nie tylko emocjonalnie.

— Polski system sądowy wciąż częściej przyznaje opiekę matkom. Dla wielu mężczyzn „zostać dla dziecka” to nie frazes, tylko kalkulacja ryzyka. Spore znaczenie ma samotność. Mężczyźni posiadają statystycznie mniej sieci wsparcia społecznego niż kobiety, mniej bliskich relacji poza partnerką. Rozstanie oznacza nie tylko utratę związku, ale i jedynego źródła bliskości. Nieraz mężczyźni wolą trwać w czymś, co nie działa, byle tylko nie zostać z niczym — wyjaśnia.

Psycholożka obserwuje, że ważny jest też styl przywiązania, wyniesiony z domu. — Mężczyzna z lękowym stylem przywiązania trzyma się relacji (nawet toksycznej), gdyż perspektywa braku bliskości budzi większy lęk niż zła bliskość. Z kolei ten z przywiązaniem unikowym może trwać w związku dlatego, że jest on emocjonalnie płytki. Daje mu to bezpieczny dystans, którego nieświadomie potrzebuje. Zła relacja bywa dla niego wygodniejsza niż żadna, bo nie wymaga prawdziwej intymności.

— Prawdziwy facet nie ucieka jak jakiś frajer — oznajmia dobitnie Andrzej (51 l.). Zupełnie tak, jakby chciał upewnić sam siebie, że ma rację.

— Miłości między nami nie ma już dawno. Jesteśmy z żoną jak znajomi, jak współlokatorzy, tak to wygląda. Ja się już z tym wszystkim pogodziłem. Jestem mężczyzną, biorę odpowiedzialność za swoje czyny i decyzje — wyjaśnia. Żonę poznał dzień przed swoimi dwudziestymi urodzinami. Była o dwa lata młodsza. Zakochanie, po dwóch latach ślub. Wspólnie dorabiali się domu, samochodów, pierwszy raz we dwoje pojechali razem na wakacje za granicę. Na świecie witali kolejno trójkę pociech. Mniej więcej od dziesięciu lat, gdy dzieci zaczęły mieć już swoich znajomych i swoje małe światy, odkryli, że jako parę nic już ich nie łączy. Ani seks, którego nie ma, ani rozmowy, których jest jak na lekarstwo, ani czułość. Ta po prostu zniknęła.

Renata Orłowska przypomina, że w polskiej kulturze dorosłość mężczyzny definiuje się przez stabilność zewnętrzną: pracę, dom, rodzinę. — Jeśli te elementy się zgadzają, otoczenie nie pyta, czy w środku znajduje się szczęście. To tworzy presję trwania w formie, nawet kosztem treści — opowiada.

Robert (45 l.) tylko terapeucie wyznał, że od dawna nie jest szczęśliwy. Przyszedł dlatego, że czuł się winny z tego powodu. Dlaczego nie umie docenić swojego fajnego związku? Partnerkę ma miłą, ciepłą, mądrą. Syna energicznego, zdrowego, ciekawego świata. Kredyt jakoś się spłaca, rodzice wprawdzie trochę chorują, ale wciąż dają radę. Robert był pewien, że coś jest z nim nie tak, skoro nie umie poczuć wdzięczności. Może ma jakąś ukrytą, tajemniczą wadę systemu, która uniemożliwia bycie szczęśliwym? W gabinecie pierwszy raz w życiu wypowiedział na głos to, co od dawna go trapiło i powodowało bezsenność oraz brak poczucia sensu. No więc nie czuje się szczęśliwy, nie chce mu się niczego planować, a już szczególnie nie ma ochoty rozmawiać z partnerką. Jednocześnie nie może jej niczego zarzucić, widzi, jak się stara.

Po kilku sesjach terapeuta powiedział Robertowi, że choruje na depresję. On tak się tym zdenerwował i przeraził, że musiał na chwilę wyjść z gabinetu. Inaczej wyobrażał sobie depresję. Myślał, że człowiek siedzi wtedy w piżamie, nie wychodzi z domu i płacze. On, Robert, nie płakał od lat. Pracował, całkiem sporo, chodził na siłownię dwa razy w tygodniu. Starał się udawać, że cieszy się życiem.

Prawie połowa mężczyzn w Polsce może wykazywać symptomy depresji, jak wynika z nowych badań, które przeprowadziły dr Ewa Jarczewska-Gerc oraz dr Magdalena Nowicka z Wydziału Psychologii Uniwersytetu SWPS. Najczęściej wskazywane przez respondentów symptomy to: drażliwość i agresja, wycofanie społeczne, zachowania ryzykowne oraz nadużywanie substancji.

Na to zjawisko uwagę zwraca, także w kontekście związków, antropolożka kultury, terapeutka i coach, Joana Poremba. W swojej książce „Codzienność w depresji. Rzecz o tym, jak depresji powrócić do życia”, w rozmowie z dr. hab. n. med. Sławomirem Murawcem, psychiatrą i psychoterapeutą, poruszają temat depresji męskiej jako tej, która bywa ukrywana pod maską siły, milczenia i samowystarczalności. Przewlekłe zmęczenie, smutek, melancholia, samokrytycyzm i poczucie winy to tylko część możliwych objawów. Poremba i Murawiec mówią o tym, że mężczyznom w depresji towarzyszyć może pracoholizm, lekceważący stosunek do innych (nawet bliskich), oziębłość emocjonalna, złość, unikanie rozmów i bliskości. Wielu mężczyzn (w tym ich żony czy partnerki) często nie ma pojęcia, że chorują na depresję, co powoduje pogorszenie jakości związku, poczucie samotności, obojętności itd. W takich przypadkach należałoby zająć się przede wszystkim diagnozą oraz leczeniem depresji.

A jeśli mężczyzna rzeczywiście tkwi w związku z kobietą, której już nie kocha, a czasem nie lubi? I której woli unikać, bo staje mu się obojętna albo irytuje? Czy jest na to lek? Od czego w ogóle zacząć? — To nie jest jedna decyzja, tylko cały proces — zastrzega Renata Orłowska.

— Pierwszym krokiem może być uczciwe nazwanie tego stanu, bez łagodzenia. Zamiast twierdzić, że „przechodzimy trudny czas”, warto powiedzieć sobie szczerze: „nie jestem szczęśliwy, trwam tu z lęku albo z przyzwyczajenia”. Drugi krok to rozróżnienie lęku od rzeczywistego zagrożenia. Wiele decyzji o pozostaniu w związku podejmowanych jest w trybie przetrwania, a nie namysłu. Warto je sprawdzić z kimś z zewnątrz, w terapii indywidualnej, zanim podejmie się jakąkolwiek decyzję. Trzeci krok, jeśli jest na to przestrzeń, stanowi rozmowa z partnerką. Nie o rozstaniu, tylko o stanie faktycznym. Terapia par ma sens wyłącznie wtedy, gdy oboje partnerzy chcą tam wejść uczciwie. Czwartym krokiem jest praca nad różnicowaniem siebie. W psychologii nazywamy to self-differentiation, czyli zdolnością do zachowania własnej tożsamości i potrzeb wewnątrz bliskiej relacji. Bez rozpuszczania się w niej ani bez całkowitego dystansowania — objaśnia psycholożka. Obserwuje, że wielu mężczyzn, trwających w relacji „dla świętego spokoju”, nigdy nie nauczyło się być w związku, ale z osobnym, wyraźnym „ja”. — A bez tego każda relacja, dobra czy zła, będzie kosztować ich siebie — mówi Orłowska.

Jej zdaniem kolejny, piąty element, bywa pomijany, lecz jest kluczowy: odbudowanie sieci wsparcia poza związkiem. Jeśli partnerka staje się jedyną osobą, z którą mężczyzna rozmawia o czymkolwiek istotnym, każda decyzja o zmianie relacji będzie przeżywana jako zagrożenie totalną izolacją. — Przyjaźnie, terapia, grupy wsparcia to nie dodatek, ale warunek, żeby móc podjąć decyzję z pozycji wyboru, a nie desperacji. Trzeba też budować poczucie bezpieczeństwa, które nie zależy wyłącznie od tego, czy związek trwa. Na koniec warto odpuścić mit, że zostać to zawsze siła, zaś odejść to zawsze słabość. Czasem jest dokładnie odwrotnie.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version