„»Nic się nie stało. Ludzie gadają«”. Tym krótkim stwierdzeniem na temat swojej wyboistej relacji z Elżbietą Czyżewską w latach 80. Joanna Pacuła dolała do ognia kanister benzyny” – czytamy we fragmencie książki „Pacuła. Najsłynniejsza Polska na świecie”.

Bo skoro nic się nie stało, to dlaczego ludzie gadają? O czym gadają? Kto dokładnie gada, skoro nikt nic nie mówi? A jak już mówi, to od razu się z tego wycofuje? Od czterdziestu lat Pacuła głównie dyskretnie milczy na temat tego, co stało się na Manhattanie w nowojorskim mieszkaniu Czyżewskiej przy 60. Ulicy.

Wiadomo tyle, że zamieszkała tam jakiś czas po swoim przyjeździe do Stanów Zjednoczonych, musiało to być w okresie między majem 1982 roku (kradzież paszportu) i lutym 1983 (początek zdjęć do Parku Gorkiego). U Czyżewskiej spędziła kilka tygodni lub kilka miesięcy, z pewnością jednak wyleciała stamtąd z hukiem, gdy gospodyni nagle wyrzuciła ją na bruk. Ot, awantura jakich wiele, z jednym drobnym wyjątkiem: cztery lata później na motywach tej historii powstaje hollywoodzki film, a grająca w nim główną rolę aktorka otrzymuje nominację do Oscara.

***

Żeby wyjaśnić, dlaczego w 1987 roku ktoś wyłożył milion dolarów na ekranizację kłótni dwóch polskich emigrantek, trzeba się cofnąć do lat 60. Elżbieta Czyżewska, pierwsza z bohaterek tej dramy, jest wówczas jedną z najbardziej rozchwytywanych aktorek nad Wisłą. Polska Marilyn Monroe albo „Cybulski w spódnicy”. Tak o niej wtedy mówią. „Żona dla Australijczyka”, „Rysopis”, „Rękopis znaleziony w Saragossie”, „Giuseppe w Warszawie”, „Niekochana”, „Małżeństwo z rozsądku” – wielkie role wielkiej aktorki. Nie jest klasycznie ładna, ale ma seksapil, dowcip i urok bynajmniej nie na kartki. Ma też świetne nogi i biust. Osiecka: „Wszyscy się w niej zakochaliśmy”. Gołas: „Była szara i niepozorna, ale z tej szarości robiła się interesująca”. Hen: „Kiedy dziś oglądam stare filmy z Czyżewską, widzę, jak wspaniałe było to aktorstwo”. Liliana Komorowska, polska aktorka, która wyjechała do USA, a teraz mieszka w Kanadzie: „Elżbieta była twarzą lat 60. w Polsce”.

Pracuje z tytanami polskiego filmu, a oni ją uwielbiają. Jako aktorkę, bo prywatnie bywa kapryśna. Gra u Hasa, Barei, Wajdy, Skolimowskiego, za tego ostatniego wychodzi nawet za mąż, ale małżeństwo kończy się po sześciu latach. W 1965 roku na scenie Teatru Dramatycznego widzi ją David Halberstam, laureat Nagrody Pulitzera, amerykański korespondent „New York Timesa” w Warszawie. Po spektaklu prosi Czyżewską do tańca. Ubrany jest w smoking i ciężkie śniegowce. Dla Czyżewskiej to szczyt męskiej nonszalancji. Jest kupiona. W szarym jak srajtaśma PRL-u tańczy z księciem z bajki, który prowadzi ją w stronę szczęśliwego zakończenia. Cztery miesiące później biorą ślub. Że happy endu nie będzie, na razie jeszcze się nie domyślają. W 1967 roku na fali nastrojów antysemickich Halberstam, Żyd z pochodzenia, w dodatku autor „kilku zdań za dużo”, zostaje wydalony z Polski. Czyżewska jedzie za nim. Po części z konieczności, bo małżeństwo z człowiekiem dla władz niewygodnym robi z niej w polskiej branży filmowej persona non grata, po części po to, by być nie tylko „polską Marilyn Monroe”, ale może i drugą amerykańską.

W Nowym Jorku początkowo żyje jej się dobrze. Jest towarzyską petardą, którą do mieszkania Halberstamów przychodzą oglądać hollywoodzkie gwiazdy. Ma ambicje, by zostać jedną z nich, ale kiepski, a potem ciężki od akcentu angielski stoi jej na drodze. Nie pomaga też wiek – w chwili wyjazdu do USA Czyżewska ma prawie trzydziestkę. Polka coraz częściej sięga więc po alkohol, a w 1975 roku rozwodzi się ze swoim Amerykaninem. On pragnie rodziny, męczy go ciągłe imprezowanie, tabuny Polaków w gościnie; ją wciąż roznosi nerwowa, niespokojna energia. Sama nie może zrobić kariery, pomaga więc innym. Jej mieszkanie staje się strefą zrzutu dla przyjeżdżających do USA rodaków. Nocują u niej m.in. Janusz Głowacki, Daniel Passent, Agnieszka Holland, nocuje każdy, kto chce na innym kontynencie poczuć się jak w domu. W końcu trafia do niej również Pacuła.

Zofia Czerwińska: „Ela przyjęła ją serdecznie, utrzymywała, a ona wzięła jej kalendarz z kontaktami, obgadywała”. Joanna Kranc: „Rzeczy Pacuły wywaliła przez okno (…) Elżbieta była »dobra pani«, »ja cię teraz kocham«, potem nagle koniec. Rozumiem, że Pacuła jej podpadła. Każdemu z nas jacyś ludzie kiedyś podpadli. Ale stopień agresji, forma były jednak zdumiewające”. Agnieszka Holland: „Myślę, że Pacuła przyjechała z Paryża do Nowego Jorku z bardzo precyzyjnym planem, żeby zrobić karierę aktorską, wykorzystując wszystkie sposoby, jakie były dla niej dostępne. Elżbieta jak zawsze była wielkoduszna i zaoferowała jej swoją pomoc. Oprowadzała ją, poznała z mnóstwem ludzi, m.in. na pewno z Milošem Formanem. Natomiast efektem tej znajomości było to, co Elżbietę zazwyczaj spotykało, czyli wielkie rozczarowanie”. Przyjaciele Pacuły strzegą jej wersji wydarzeń tak, jakby mieli do czynienia z aktami Pentagonu. „Nie wiem”, „nie pamiętam”, „nie zajmuję się plotkami” – to zwykle słyszę, kiedy zaczynam temat jej relacji z Czyżewską. Cisza przerywana niedomówieniami sprawia, że w oczach opinii publicznej Pacuła jest od czterech dekad czarnym charakterem tej opowieści: zblazowaną i przebiegłą oportunistką. Jędzą, która wykorzystała kontakty Czyżewskiej i niemal na plecach starszej aktorki zrobiła w Hollywood karierę.

Dla Czyżewskiej – z powodu wieku, przesiąkniętej wschodnioeuropejskim akcentem angielszczyzny i trudnego charakteru, a także alkoholizmu – karierę niedostępną. Amerykańskie kino kocha takie historie. Do takiego wniosku dochodzą Agnieszka Holland i szukający materiału na reżyserski debiut Jurek Bogajewicz (dla hollywoodzkich przyjaciół Yurek Bogayevich). Holland jest już wówczas po swojej pierwszej oscarowej nominacji (za „Gorzkie żniwa”), a Bogajewicz to kolejny Polak zdeterminowany, by zrobić karierę w Ameryce. – Przyjechał w latach 80. do Stanów – mówi Holland. – I od razu uwiódł, w sensie zawodowym, dwie producentki: młodziutką Kanadyjkę i bardzo bogatą starszą Amerykankę, Julie.

W efekcie o Pacule i Czyżewskiej powstaje w 1987 roku film „Anna”, wschodnioeuropejska wersja „Wszystkiego o Ewie”, wspomnianego już słynnego dzieła, w którym ofiarą młodej manipulantki pada gwiazda filmowa grana przez genialną Bette Davis. Budżet jak na hollywoodzkie warunki jest mały, to niespełna milion dolarów, zdjęcia powstają w dwadzieścia sześć dni. Ale produkcją i dystrybucją zajmuje się Vestron, studio, które w tym samym roku do kin wprowadzi hitowe Dirty Dancing. Czyżewską, zamaskowaną jako tytułowa Anna, gra Sally Kirkland, Joannę, przechrzczoną na Krystynę, piękna Czeszka Paulina Porizkova, która podobnie jak Pacuła w latach 80. właśnie podbija Hollywood. Postrzegana jest jako ewenement: wściekle inteligentna supermodelka, w czasie wywiadów zawstydza dziennikarzy dowcipem i szybkimi ripostami, po których mają miny, jakby trafiła ich z procy. Jej Krystyna w swojej pierwszej scenie śledzi Annę, słynną czechosłowacką aktorkę mieszkającą w Nowym Jorku. Objuczona walizkami jak boy hotelowy w godzinach szczytu, z głową owiniętą szalem i w za dużym płaszczu, stroju podobnym do tego, w jakim w Parku Gorkiego występowała Pacuła. Krystyna ma zęby popsute tak spektakularnie, jakby podróżowała w czasie ze średniowiecza. W Annie tak często błyszczy tym drewnianym uśmiechem, że wygląda to niemal na złośliwość pod adresem Pacuły. Jej głowę owija ciasno spleciony warkocz, ot, nieobyta wiejska dziewucha, która chce być blisko przebrzmiałej gwiazdy. Anna z Czechosłowacji wyjechała prześladowana przez władze, zna smak tragedii, do domu nie ma po co wracać. Skończyła czterdzieści cztery lata, w Hollywood uznawana jest już więc za „starszą panią” i takie role dostaje.

Gra w off-broadwayowskich sztukach trzeciego sortu, każdą rolę traktuje jednak śmiertelnie poważnie. Jest aktorką totalną, tyle że w fabryce snów nikogo to nie obchodzi. Krystyna podczas wizyty w biurze agenta Anny buja się na fotelu jak dziecko. Na pytanie, czy mówi po angielsku, odpowiada z szerokim, paskudnym uśmiechem: „Nadzienie z grzybami i rodzynkami, kochanie”. „Ładna, ale ma straszne zęby. Pewnie jest z Europy Wschodniej, gdzie wszyscy mają zepsute” – podsumowuje ją pracownica agencji. Anna i jej kochanek pisarz uczą Krystynę wymowy, po kilku miesiącach dziewczyna pisze do rodziny list: „Powiedz mamie, że Anna się postarzała i nikt jej tutaj nie zna. Anna uczy mnie, jak się czesać i ubierać. Anna chce, żebym sobie zrobiła zęby, ale to będzie dużo kosztować. Zęby są bardzo ważne w Ameryce, wszyscy wielcy sławni ludzie mają białe zęby”. Krystyna słucha Anny we wszystkim, idzie więc do dentysty, który uwiedziony urodą robi jej olśniewający uśmiech za darmo. W zamian chce ją zabrać do francuskiej restauracji, a Krystyna się zgadza. Czy pozuje na naiwną? A może po prostu gra? Twarz Krystyny robi wrażenie nie tylko na stomatologu, ale i słynnym reżyserze, który daje jej swój numer telefonu. Anna zachęca ją, by do filmowca zadzwoniła, choć po jej twarzy widać, że sama wolałaby to zrobić we własnej sprawie. Ich przyjacielska relacja zostaje skażona. Anna zaczyna Krystynie zazdrościć młodości i świeżości tego, że cały świat stanął przed nią otworem, podczas gdy przed nią zamyka się coraz więcej drzwi. Krystyna romansuje z reżyserem, jeździ z nim jego limuzyną. Anna dalej grywa w podrzędnych sztukach, Krystyna dostaje rolę „kogoś w typie Maty Hari” w wielkiej hollywoodzkiej produkcji. „Anna powiedziała, że będę musiała wymyślić sobie historię mojego życia i trzymać się jej niezależnie od wszystkiego” – pisze Krystyna do domu. Kradnie więc historię Anny, która w udzielonym przez Krystynę telewizyjnym wywiadzie wstrząśnięta rozpoznaje swoje własne dzieje.

Potem zaczyna dziewczynę pakować, wyrzuca ubrania Krystyny przez okno. W finale, który przypomina mi kolejny film z Bette Davis, „Co się zdarzyło Baby Jane”, starsza gwiazda próbuje Krystynę zabić, co jej była podopieczna kwituje słowami zza kadru: „Anna przeszła załamanie nerwowe. To częste u aktorów”. Mediom Kirkland powie po premierze, że walczyła o zmiany w scenariuszu, aby zakończenie było bardziej „optymistyczne”, w stylu „amerykańskiej widowni”. W finale bohaterki obejmują się rozpaczliwie, brodząc w wodzie w ubraniach, bite przez morskie fale. Obie żyją, co wydaje się istotne. W filmowej wersji wygląda też na to, że to nie koniec ich relacji. W prawdziwym życiu było inaczej.

– Bogajewicz zrobił mi to, co ta młoda kobieta robi Annie w filmie. Ukradł moje życie – mówi po premierze Czyżewska. Jest rozgoryczona, w Annie miała zagrać główną rolę, wrócić nią może nie na szczyt, ale do gry. Spotykała się z reżyserem przez kilka miesięcy, opowiadała mu o swoim życiu, po przeczytaniu scenariusza zaczęła się wycofywać. – Niewiele można było zrobić, bo Czyżewska nam nie dała tej szansy – twierdzi Agnieszka Holland. – Miała w sobie takie napięcie, zachowywała się autodestrukcyjnie. Robiła awantury jakby chciała w życiu grać karykaturę postaci, którą miała być na planie. Producenci się przestraszyli i dali rolę innej aktorce. Zdumiewało mnie takie marnotrawstwo talentu i inteligencji: strasznie chciała grać, a potem robiła coś, co ludzi zniechęcało. I o tym był właśnie ten scenariusz: o fantastycznej kobiecie, która zrobiła wiele, żeby sobie zaszkodzić. Może Czyżewska się przestraszyła swojego obrazu odbitego w filmie? Anna przynosi Kirkland Złoty Glob oraz wspomnianą już nominację do Oscara dla najlepszej aktorki.

– Bycie reżyserowaną przez Jurka Bogajewicza to wielka przyjemność – mówi ze sceny. Wspomina też o scenariuszu Holland i o tym, jak ważna jest współpraca filmowców z różnych krajów. Po latach powie, że była dla reżysera czwartym wyborem, a zaakceptował ją dopiero, kiedy trzy inne aktorki zrezygnowały. Ma czterdzieści sześć lat, za sobą przeszłość hippiski sprzeciwiającej się wojnie w Wietnamie i renomę jednej z pierwszych amerykańskich aktorek, które wystąpiły na scenie nago. I to u nie byle kogo, bo u Andy’ego Warhola. W wywiadach z lat 80. mówi, że Anna to polityczny manifest, opowieść o ludziach spoza Hollywood, systemu, kobietach, które przetrwały. – Przez ostatnie ćwierć wieku mogłam zagrać wiele ról, które zakończyłyby się komercyjnym sukcesem, ale je odrzuciłam. Zwykle dlatego, że nie pokazywały kobiet, jakie znam, albo nie miały w sobie człowieczeństwa. Może się wydawać, że przebiłam się późno, ale jestem malarką, pianistką, aktorstwo jest po prostu kolejną gałęzią sztuki – mówi. Dodaje, że europejskie kobiety zawsze wydawały jej się naturalne i niezwykle bystre, dlatego podziwiała aktorki z Europy

Fragment książki Marty Górnej „Pacuła. Najsłynniejsza Polska na świecie” wydanej nakładem Wydawnictwa Agora.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version